Kiwnęła głową – tak, to było przeczucie. Mówiła wszystko, co jej przychodziło do głowy, bo nie miała pojęcia, co właściwie jest istotną informacją, a co kompletną bzdurą do niczego niepotrzebną. Miała mętlik w głowie i potrzebowała kogoś, kto mógłby pomóc jej to wszystko ułożyć, zaś Sarah… Jej skupienie i zainteresowanie było odświeżające. Na przykład jak próbowała rozmawiać z Saurielem, to on owszem, widziała, że się martwił i sam sugerował jej żeby szukała pomocy dalej, ale odnosiła wrażenie, że być może nie do końca wierzył w to, co mu mówiła. A przynajmniej w część tego, co mówiła…
Miała nadzieję, że jednak nie zalewa panny Macmillan swoimi niepoukładanymi myślami zanadto. Bardzo się starała brzmieć możliwie najbardziej rzeczowo i poukładanie jak tylko potrafiła, ale w obliczu tak niewiarygodnych „przygód” w Limbo być może zupełnie nie było to możliwe. Victoria zdawała sobie sprawę z tego, że to może być dużo, wręcz za dużo, ale to wrażenie… te wszystkie wspomnienia i to co przydarzyło się w Limbo, choć takie surrealistyczne, to mimo wszystko – było to prawdziwe. I niemożliwie wręcz intensywne. Być może było to za dużo na jednego człowieka. I był to cały potok emocji, bo Victoria miała wrażenie, że w tym wszystkim tonie.
A najbardziej, to że traci rozum.
Nie miała pojęcia jakie myśli na jej temat nawiedziły Sarah, że zrobiła na niej tak ogromne wrażenie. Jakby sama miała siebie ocenić, to powiedziałaby, że brzmiała wyjątkowo nieskładnie jak na siebie, tak, że łatwo można było się zgubić. Ale z drugiej strony – jak można było się w tym nie gubić, skoro właściwie trudno było szukać jakichkolwiek informacji na ten temat?
– Wiem, przepraszam – powiedziała, kiedy Sarah stwierdziła, że to bardzo dużo informacji. A kiedy szybko zaczęła zaprzeczać, że to wcale nie za dużo – to tylko wygięła w górę pełne wargi, w uśmiechu, całkiem przyjaznym. Miała wrażenie, może błędne, że Sarah przeżywała tę historię niemal tam mocno jak ona. – Byłam tam i to wszystko przeżyłam, a mimo to mi też trudno to wszystko… zrozumieć – to chyba powinien być motyw przewodni tego spotkania: „nie rozumiem”. Patrzyła jak Sarah wstaje, jak bierze do ręki pergamin i coś do pisania. Była w swym wyglądzie, budowie ciała, srebrnych oczach i jasnych włosach tak eteryczna… Nie jak wila, ale jak jakaś wróżka, dziecię Księżyca. – Nie, nie wiem – powiedziała odruchowo, ale za chwilkę pokręciła głową. – Nie, czekaj. Chodzi o krąg życia? Beltane jako święto płodności i życia, i Samhain jako święto ku czci zmarłych i śmierci? – teraz zgadywała, bo nigdy nie była wielce wierząca, natomiast była osobą, która dużo myślała i lubiła czytać, starała się kojarzyć pewne rzeczy.
– Dlaczego cię nie wpuścili? – zapytała i nieco uniosła brwi, w zaskoczeniu. – Wiem głównie tyle, że na polanie znikąd drzewa wyrosły korzeniami do góry i że ja i reszta Zimnych wisieliśmy kilka godzin na górze. I że pomylono nas z martwymi – no i że wichura zrobiła tam straszne spustoszenie.