13.11.2022, 13:36 ✶
Schlebiało mu jej zainteresowanie takimi detalami jak nowe i całkiem przydatne zaklęcie odpychania rąk.
- Śmiało, Bren, możesz ich poszukać kiedy będę sprawdzał te przedmioty. Nie jest ich dużo, a jeśli trochę się ze mną potargujesz to może dobrodusznie podzielę się tą inkantacją. - puścił jej oczko bo przecież nie ma nic za darmo a można się trochę podroczyć i pożartować aby przehandlować takie ciekawostki. Przyszła tu z pączkami, to dobry wstęp; wystarczy, że wszystkie tu zostawi. Póki co miał tylko trzy a powszechnie wiadomo, że lubił jeść tak samo jak lubił pływać - nazwisko zobowiązuje.
Nie przepadał za balami i bankietami, na które - jako najstarszy syn - musiał czasem chodzić jeśli odpowiednio wcześnie się nie buntował ojcu. Nie umiał rozmawiać z ludźmi o "byle czym", "laniu wody" czy broń Merline, polityce. Dobrze, że Cynthia była bardziej wygadana i potrafiła go ratować z opresji. Słuchał zatem o planach Brenny i wyobrażał sobie jak goni swoją kuzynkę z tą tutaj suknią.
- Jeśli będzie się opierać to możesz wejść w konszachty z Cynthią. Potrafi być przekonywująca równie co ty. - zaoferował, ochoczo wypychając siostrę poza dom, do zawierania jak największej ilości znajomości i przygód. Często gościła w jego myślach, ale teraz musiała ustąpić pracy bo przyniesiony naszyjnik miał złowrogi blask - a stwierdzał to Łamacz Klątw, który siedział w zawodzie dobre pięć lat. Teoretycznie nie jest to szmat czasu ale nie próżnował i wiedział na co zwracać uwagę.
- Aleś ty dyplomatyczna. Po prostu chcesz wiedzieć czy ktoś nie chce wam napytać biedy bo jesteście coraz bardziej wpływowi. - mówił bez ogródek bo byli tu sami i znali się dobre dwanaście lat. Sięgnął po szkło powiększające i z bliska przyglądał się fakturze naszyjnika, słuchając jednocześnie opowieści dziewczyny.
- Pełna diagnoza zajęłaby mi tutaj parę dni. Niektóre tworzywa, jak tutaj srebro, wytapiane i nasączone specjalną mieszanką ziół staje się podatne na wchłanianie i magazynowanie zaklęć. Nie jestem w stanie ocenić tego od razu, do tego potrzeba jubilera, a ci bywają opieszali w diagnostyce. - mówił trochę do siebie a trochę do Brenny, mając nadzieję, że nie brzmi jak świr. W pewnym momencie zerknął na nią, jakby z niepokojem w spojrzeniu i krańcem szaro-czarnej różdżki dźgnął powietrze pół metra nad biurkiem a jaskrawe nici zdradzały, że rzucił zaklęcie ochronne na wypadek gdyby coś miało się wydarzyć. Warto zaznaczyć, że zaklęcie ochroni Brennę, a nie samego Castiela. Podwinął rękawy koszuli i rozpoczął proces sprawdzania, szeptając zamiennie słowa po łacinie. Adekwatnie do tonu pojawiały się różne odcienie światła. Naszyjnik wydawał się nie reagować więc nie przerywając diagnostyki wyciągnął z pierwszej szuflady małe puzderko. Operując jedną ręką wyjął ze środka bardzo malutką fiolkę z mlecznobiałym płynem. Odkorkował zębami i bardzo ostrożnie upuścił jedną kroplę na największą część ozdoby. Teoretycznie nic nie powinno się wydarzyć, a jednak najpierw usłyszał syczenie a dwie sekundy później poraził go prąd do takiego stopnia, że odsunął się gwałtownie na krześle i upuścił różdżkę z grymasem bólu na twarzy. Nawet nie przeklął choć na dłoni miał różowo-czerwony ślad po oparzeniu. Cała dłoń drżała, jakby nie należała do niego. Brr.
- Zwykły naszyjnik nie powinien umieć się bronić. - wydusił z siebie po chwili i potrząsał dłonią próbując ją tym schłodzić.
- Mam nadzieję, że nikt go nie zakładał? - zapytał, podnosząc w końcu wzrok na Brennę. Ktoś próbował tu opchnąć niefajną "zabawkę"...
- Śmiało, Bren, możesz ich poszukać kiedy będę sprawdzał te przedmioty. Nie jest ich dużo, a jeśli trochę się ze mną potargujesz to może dobrodusznie podzielę się tą inkantacją. - puścił jej oczko bo przecież nie ma nic za darmo a można się trochę podroczyć i pożartować aby przehandlować takie ciekawostki. Przyszła tu z pączkami, to dobry wstęp; wystarczy, że wszystkie tu zostawi. Póki co miał tylko trzy a powszechnie wiadomo, że lubił jeść tak samo jak lubił pływać - nazwisko zobowiązuje.
Nie przepadał za balami i bankietami, na które - jako najstarszy syn - musiał czasem chodzić jeśli odpowiednio wcześnie się nie buntował ojcu. Nie umiał rozmawiać z ludźmi o "byle czym", "laniu wody" czy broń Merline, polityce. Dobrze, że Cynthia była bardziej wygadana i potrafiła go ratować z opresji. Słuchał zatem o planach Brenny i wyobrażał sobie jak goni swoją kuzynkę z tą tutaj suknią.
- Jeśli będzie się opierać to możesz wejść w konszachty z Cynthią. Potrafi być przekonywująca równie co ty. - zaoferował, ochoczo wypychając siostrę poza dom, do zawierania jak największej ilości znajomości i przygód. Często gościła w jego myślach, ale teraz musiała ustąpić pracy bo przyniesiony naszyjnik miał złowrogi blask - a stwierdzał to Łamacz Klątw, który siedział w zawodzie dobre pięć lat. Teoretycznie nie jest to szmat czasu ale nie próżnował i wiedział na co zwracać uwagę.
- Aleś ty dyplomatyczna. Po prostu chcesz wiedzieć czy ktoś nie chce wam napytać biedy bo jesteście coraz bardziej wpływowi. - mówił bez ogródek bo byli tu sami i znali się dobre dwanaście lat. Sięgnął po szkło powiększające i z bliska przyglądał się fakturze naszyjnika, słuchając jednocześnie opowieści dziewczyny.
- Pełna diagnoza zajęłaby mi tutaj parę dni. Niektóre tworzywa, jak tutaj srebro, wytapiane i nasączone specjalną mieszanką ziół staje się podatne na wchłanianie i magazynowanie zaklęć. Nie jestem w stanie ocenić tego od razu, do tego potrzeba jubilera, a ci bywają opieszali w diagnostyce. - mówił trochę do siebie a trochę do Brenny, mając nadzieję, że nie brzmi jak świr. W pewnym momencie zerknął na nią, jakby z niepokojem w spojrzeniu i krańcem szaro-czarnej różdżki dźgnął powietrze pół metra nad biurkiem a jaskrawe nici zdradzały, że rzucił zaklęcie ochronne na wypadek gdyby coś miało się wydarzyć. Warto zaznaczyć, że zaklęcie ochroni Brennę, a nie samego Castiela. Podwinął rękawy koszuli i rozpoczął proces sprawdzania, szeptając zamiennie słowa po łacinie. Adekwatnie do tonu pojawiały się różne odcienie światła. Naszyjnik wydawał się nie reagować więc nie przerywając diagnostyki wyciągnął z pierwszej szuflady małe puzderko. Operując jedną ręką wyjął ze środka bardzo malutką fiolkę z mlecznobiałym płynem. Odkorkował zębami i bardzo ostrożnie upuścił jedną kroplę na największą część ozdoby. Teoretycznie nic nie powinno się wydarzyć, a jednak najpierw usłyszał syczenie a dwie sekundy później poraził go prąd do takiego stopnia, że odsunął się gwałtownie na krześle i upuścił różdżkę z grymasem bólu na twarzy. Nawet nie przeklął choć na dłoni miał różowo-czerwony ślad po oparzeniu. Cała dłoń drżała, jakby nie należała do niego. Brr.
- Zwykły naszyjnik nie powinien umieć się bronić. - wydusił z siebie po chwili i potrząsał dłonią próbując ją tym schłodzić.
- Mam nadzieję, że nikt go nie zakładał? - zapytał, podnosząc w końcu wzrok na Brennę. Ktoś próbował tu opchnąć niefajną "zabawkę"...