27.10.2023, 08:00 ✶
Brenna nie odpowiedziała na słowa o Olivii, bo nie znajdowała właściwych słów. Nie, Livia nie powinna musieć się przekonywać, jak to wygląda: żadne dziecko nie powinno. A jednocześnie nie istniał żaden sposób, aby ją przed tym ochronić, bo jak długo nie skończy siedemnastu lat, nie dało się jej wyrwać że szponów rodziny. Zresztą, czy gdyby się dało, ta w ogóle by tego chciała? Victoria potrzebowała bardzo wiele, zanim powiedziała wreszcie: dosyć.
Brennę nie po raz pierwszy nawiedziła niewesoła myśl, że one wszystkie - ich trójka, ale też jej kuzynki i inne przyjaciółki - są ostatecznie dziećmi swoich rodziców, ukształtowanymi przez domowe warunki. Ona miała w tym wszystkim ogrom szczęścia. A Victoria była znacznie odważniejsza od niej.
- Ty dasz sobie radę że wszystkim. A jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to zawsze ją dostaniesz - powiedziała w końcu tylko.
Skryła uśmiech, nieco gorzki, za kubkiem, kiedy Victoria upierała się, że pewnych rzeczy nie wolno lekceważyć. Bo co miała jej powiedzieć? Że nie istniały i nie mogły istnieć sprawy ważniejsze niż te, które były na czele listy? Że poza śledztwami, często paskudnym, boi się, że Harper Moody jest na skraju złamania? Ze bała się o Patricka i Idę? Że Zakon zaczął sypać się po Beltane, a ona nie wie, jak go pozbierać? Że nawet siedząc tutaj rozważała, czy bardziej mogą potrzebować cichego wsparcia Laurenta, czy też bardziej nie chciałaby narażać go na jeszcze większe niebezpieczeństwo – i czy nie bała się, że w swojej dobroduszności chłopak zaufa komuś, komu nie trzeba? Że zastanawiała się, kto z bliskich osób wepchnie jej pierwszy sztylet w plecy, niekoniecznie z własnej woli? Że miotała się, bo musiała odnaleźć się w nowej roli - a chociaż tak, też rekrutowała, też biegała na zadania i też prosiła różnych ludzi, by robili różne rzeczy, to teraz nagle odpowiedzialność zdawała się dziesięć razy większa? A ona ostatecznie nie była nikim specjalnym, i do zaoferowania miała przede wszystkim masę energii oraz niezachwianą dotąd lojalność.
- Mogę ci przysiąc na własne życie, że są i będą ważniejsze sprawy, którymi muszę się zająć - powiedziała więc w końcu tylko. – Ale one też mnie nie przybiją. Znasz mnie, Tori, jak się wywalę na twarz, to wstaję, ocieram krew z nosa i idę dalej. Z moim fartem do wpadania do każdego dołu w promieniu dziesięciu mil, jak mogłoby być inaczej? – zapytała żartobliwie, chcąc chyba trochę rozluźnić tę cholernie napiętą atmosferę. – Tutaj, ledwo kilkaset metrów od domu, też jest taki, który kiedyś przypadkiem zwiedziłam – dodała, machając ręką mniej więcej we właściwą stronę. - I nie wiem, czy narobiłabym hałasu, ale mogę obiecać, że bym spróbowała.
Najlepiej takiego, na który składałyby się i krzyki oraz przekleństwa drugiej strony. Tyle że w życiu nie zawsze wszystko wychodziło tak, jak się planuje.
Brennę nie po raz pierwszy nawiedziła niewesoła myśl, że one wszystkie - ich trójka, ale też jej kuzynki i inne przyjaciółki - są ostatecznie dziećmi swoich rodziców, ukształtowanymi przez domowe warunki. Ona miała w tym wszystkim ogrom szczęścia. A Victoria była znacznie odważniejsza od niej.
- Ty dasz sobie radę że wszystkim. A jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to zawsze ją dostaniesz - powiedziała w końcu tylko.
Skryła uśmiech, nieco gorzki, za kubkiem, kiedy Victoria upierała się, że pewnych rzeczy nie wolno lekceważyć. Bo co miała jej powiedzieć? Że nie istniały i nie mogły istnieć sprawy ważniejsze niż te, które były na czele listy? Że poza śledztwami, często paskudnym, boi się, że Harper Moody jest na skraju złamania? Ze bała się o Patricka i Idę? Że Zakon zaczął sypać się po Beltane, a ona nie wie, jak go pozbierać? Że nawet siedząc tutaj rozważała, czy bardziej mogą potrzebować cichego wsparcia Laurenta, czy też bardziej nie chciałaby narażać go na jeszcze większe niebezpieczeństwo – i czy nie bała się, że w swojej dobroduszności chłopak zaufa komuś, komu nie trzeba? Że zastanawiała się, kto z bliskich osób wepchnie jej pierwszy sztylet w plecy, niekoniecznie z własnej woli? Że miotała się, bo musiała odnaleźć się w nowej roli - a chociaż tak, też rekrutowała, też biegała na zadania i też prosiła różnych ludzi, by robili różne rzeczy, to teraz nagle odpowiedzialność zdawała się dziesięć razy większa? A ona ostatecznie nie była nikim specjalnym, i do zaoferowania miała przede wszystkim masę energii oraz niezachwianą dotąd lojalność.
- Mogę ci przysiąc na własne życie, że są i będą ważniejsze sprawy, którymi muszę się zająć - powiedziała więc w końcu tylko. – Ale one też mnie nie przybiją. Znasz mnie, Tori, jak się wywalę na twarz, to wstaję, ocieram krew z nosa i idę dalej. Z moim fartem do wpadania do każdego dołu w promieniu dziesięciu mil, jak mogłoby być inaczej? – zapytała żartobliwie, chcąc chyba trochę rozluźnić tę cholernie napiętą atmosferę. – Tutaj, ledwo kilkaset metrów od domu, też jest taki, który kiedyś przypadkiem zwiedziłam – dodała, machając ręką mniej więcej we właściwą stronę. - I nie wiem, czy narobiłabym hałasu, ale mogę obiecać, że bym spróbowała.
Najlepiej takiego, na który składałyby się i krzyki oraz przekleństwa drugiej strony. Tyle że w życiu nie zawsze wszystko wychodziło tak, jak się planuje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.