27.10.2023, 14:20 ✶
Sarah spięła się w miejscu, raz jeszcze marszcząc nosek, kiedy tylko wyobraziła sobie, jak to whiskey trafia do wnętrza jej ust. Obrzydliwe. Nie dlatego, że nie lubiła czegoś mocniejszego - Macmillan oddawała się o wiele gorszym uciechom niż objęcia alkoholu, po prostu ten smak... Nikt nie wyrwie jej z takiej myśli, że mężczyźni po prostu kłamali mówiąc jak bardzo im ten trunek smakuje - to musiała być jakaś gra, oszustwo. Whiskey smakowało, jakby ktoś ci kazał wylizać opakowanie po przeterminowanym pasztecie.
- Przecież to jest gorzkie, Muhtagh... jak chcesz mnie spić, żebym się zamknęła, to następnym razem przygotuj nalewkę z wiśni czy coś - wzgardziła propozycją od razu, poprawiając usadowienie paniusi - chciała na tym swoim krzesełku, z nóżką nałożoną na nóżkę, wyglądać dumnie, najdumniej na świecie, zupełnie jakby jeszcze kilka sekund temu nie powstrzymywała napływających do oczu łez.
Słuchała go w ciszy, ale te słowa nieszczególnie do niej docierały, bo nie rozumiała wybrzmiewającego za nimi znaczenia. Dla jej brata mogło być to wszystkim, źródłem największej w życiu męki i goryczy, dla niej... cóż, jej to tak naprawdę nigdy nie dotknęło, nie częścią tych kłótni, nie czuła się też nigdy częścią spraw sercowych Murtagha, co jej w końcu do tego było, skoro ich więź była czymś na kompletnie innym poziomie. Pewnie gdyby umysł Sarah objął to w odpowiednim czasie, to by się za bratem wstawiła. Teraz, po tym wszystkim, co się stało, odebrała to pokracznie, w skupieniu na swoim interesie.
- Mrzonkami? - Nie brzmiała na zdenerwowaną, bardziej na rozczarowaną. - Słabo wychodzi ci stawianie go w złym świetle, kiedy ledwie tydzień temu Pops ulatował mi życie, zabierhając mnie z pochłoniętego walką Beltane. Tak, to Beltane, gdzie te oszołomy niszczyły nasze dziedzictwo, święte miejsce stworzone przez naszych przodków...
Chociaż z łatwością kupowało ją progresywne myślenie szerzone przez jej młodych znajomych, traciło ono na swojej sile, kiedy mówiła o miejscach kultu i wierze - nie była przykładem najbardziej oddanej kapłanki, dużo brakowało jej do świętości, ale budowanie swojego życia wokół kowenu uczyniło ją kimś całkowicie od tego zależnym.
- Mówisz, że do twarzy mi z posłuszeństwem? - Znów zacisnęła usta w wąską linię. Nie podobały jej się ani te słowa, ani ten ton, z jakim jej to rzucił. - Oboje wiemy, że gdyby to była plawda, to byłabym kimś zupełnie innym niż tehaz.
Ciemne myśli z tyłu jej głowy pchały ją do rozwiązań tak radykalnych, że staliby teraz oboje u boku ich kuzyna w walce o idee ich przodka. Ona się jednak przed tym intensywnie wzbraniała, tylko... Tylko to stawało się coraz cięższe i cięższe.
- Przecież to jest gorzkie, Muhtagh... jak chcesz mnie spić, żebym się zamknęła, to następnym razem przygotuj nalewkę z wiśni czy coś - wzgardziła propozycją od razu, poprawiając usadowienie paniusi - chciała na tym swoim krzesełku, z nóżką nałożoną na nóżkę, wyglądać dumnie, najdumniej na świecie, zupełnie jakby jeszcze kilka sekund temu nie powstrzymywała napływających do oczu łez.
Słuchała go w ciszy, ale te słowa nieszczególnie do niej docierały, bo nie rozumiała wybrzmiewającego za nimi znaczenia. Dla jej brata mogło być to wszystkim, źródłem największej w życiu męki i goryczy, dla niej... cóż, jej to tak naprawdę nigdy nie dotknęło, nie częścią tych kłótni, nie czuła się też nigdy częścią spraw sercowych Murtagha, co jej w końcu do tego było, skoro ich więź była czymś na kompletnie innym poziomie. Pewnie gdyby umysł Sarah objął to w odpowiednim czasie, to by się za bratem wstawiła. Teraz, po tym wszystkim, co się stało, odebrała to pokracznie, w skupieniu na swoim interesie.
- Mrzonkami? - Nie brzmiała na zdenerwowaną, bardziej na rozczarowaną. - Słabo wychodzi ci stawianie go w złym świetle, kiedy ledwie tydzień temu Pops ulatował mi życie, zabierhając mnie z pochłoniętego walką Beltane. Tak, to Beltane, gdzie te oszołomy niszczyły nasze dziedzictwo, święte miejsce stworzone przez naszych przodków...
Chociaż z łatwością kupowało ją progresywne myślenie szerzone przez jej młodych znajomych, traciło ono na swojej sile, kiedy mówiła o miejscach kultu i wierze - nie była przykładem najbardziej oddanej kapłanki, dużo brakowało jej do świętości, ale budowanie swojego życia wokół kowenu uczyniło ją kimś całkowicie od tego zależnym.
- Mówisz, że do twarzy mi z posłuszeństwem? - Znów zacisnęła usta w wąską linię. Nie podobały jej się ani te słowa, ani ten ton, z jakim jej to rzucił. - Oboje wiemy, że gdyby to była plawda, to byłabym kimś zupełnie innym niż tehaz.
Ciemne myśli z tyłu jej głowy pchały ją do rozwiązań tak radykalnych, że staliby teraz oboje u boku ich kuzyna w walce o idee ich przodka. Ona się jednak przed tym intensywnie wzbraniała, tylko... Tylko to stawało się coraz cięższe i cięższe.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.