Nic wcale nie zaczęło się układać, a przynajmniej nie w jej życiu. Potrzebowała spokoju, stabilności, a od początku maja to, co przeżywała, było kurewsko dalekie od poukładania i wytchnienia. Cały czas żyła w napięciu, po trosze w strachu, a świat zrobił fikołka i wszystko było do góry nogami. I kiedy ktoś tak cię trzyma za nogi i tobą potrząsa, to w końcu masz ochotę się wyrzygać. Victoria miała. Ze złości i bezsilności; czuła się opuszczona, nic nie warta i oszukana. Chyba nigdy w życiu nie czuła się tak. I była na Sauriela wściekła, bo za wszystko co robiła, jak się o niego troszczyła, ni cholery nie zasłużyła na takie traktowanie. Nie było jej winą, że czuła, a miała wrażenie, jakby popełniła tym jakąś straszną zbrodnię. I chyba świat ją za coś karał, bo nie dość, że miała w głowie te wszystkie wspomnienia, które nie należały do niej, to jeszcze odczuwała rzeczy, których wcale nie chciała i nie potrzebowała.
Ale czy to przy okazji nie oznaczało, że żyła? I jak każdy żyjący człowiek – że czuła.
Nie była pewna, czy powinna się z nim w ogóle spotykać. Nie była pewna czy chce (chciała), ani czy w ogóle ma siłę na niego patrzeć i słuchać co ma do powiedzenia. A jednak ostatecznie się zgodziła – bo sama również miała mu kilka rzeczy do zakomunikowania.
- Hej – zobaczyła go od razu i bez przeszkód podeszła do stolika, by opaść na wolne krzesło. Spojrzała na niego krótko, na samym początku, a potem zaczęła się rozglądać po knajpie. Wyglądała… po prostu na bardziej zmęczoną niż zwykle. Powróciła do niego spojrzeniem dopiero wtedy, gdy zadał to swoje pytanie. Momentalnie poczuła odrobinę złości. Bo tak, matka jej przekazała. - Wiesz, powinieneś mnie ostrzec. Zgubiłeś gdzieś sowę czy nie miałeś odwagi się ze mną skonfrontować? – brzmiała chyba trochę zbyt oschle, niż planowała. Niż chciała. Ale była zawiedziona. Kto by nie był… odwróciła głowę, szukając wzrokiem jakiejś kelnerki czy kogokolwiek. - Matka – zaczęła, kiedy już odnalazła wzrokiem kelnerkę i zauważyła, że idzie w ich kierunku, kładąc nacisk na to słowo. - Zrobiła mi z twojego powodu awanturę stulecia. A ja nie byłam nawet na to przygotowana – czy pobrzmiewała przez nią gorycz? Ależ oczywiście. I pozwoliła tej goryczy skapnąć z jej słów, kiedy mówiła do kelnerki, że poprosi whisky. Nie miała ochoty na miód.
Nie wzniosła razem z nim żadnego toastu, po prostu patrzyła jak nagle on się cieszy. To była ogromna zmiana po marazmie w jaki wpadł po tej próbie, jaką za sobą miał. To to złamało serce Victorii tak najbardziej. To, że mogłaby go więcej nie zobaczyć. - Gładko – powtórzyła za nim z lekkim niedowierzaniem. - Wyglądasz jakbyś był z siebie bardzo dumny – powiedziała i westchnęła, sięgając po swoją szklankę. - Cóż… cieszę się, że widzę cię w tak dobrym humorze – mimo wszystko… jakąś jej część się z tego cieszyła. Ale to, że było to jej kosztem stało do tego w kontraście. To, że najwyraźniej jej obecność go w jakiś sposób unieszczęśliwia do tego stopnia, że postanowił wyjść na słońce. Ale cieszyła się, że jest mu chociaż trochę lepiej, tak.