28.10.2023, 13:53 ✶
- Nie ściągnęli tego na siebie, ale tego też nie wiesz...
Zawsze był taki mądry, ale teraz wydawał się stać obok tych wydarzeń. To dobrze, to tak dobrze! To wspaniale, że nie brał w tym udziału... a może po prostu była strasznie naiwna. Rozbudziło to w niej nadzieję, że starszy Macmillan nie był wcale tym, za kogo miała go przez ostatnie lata. Był zagubiony, nie wiedział, nie rozumiał do końca. No i najważniejsze - nie było go tam, nie pomógł im zaatakować jej dobrego miejsca, po prostu łyknął to wszystko, co mu piali koło ucha. Zdecydowanie wolała go jako debila niż mordercę.
- Wś'ód cza'odziejów rhównież są źli ludzie, tego też uczono nas na histo'ii magi. Tego uczy mnie rhównież te'aźniejszość. Uczysz mnie tego... ty.
Ostatnie słowo brzmiało i smakowało gorzko. Ale to była prawda - przecież on sam pozował teraz na złego człowieka, na potwora wręcz, na kogoś traktującego niemagów jak podludzi za błędy ich przodków. Gdyby trzeba było płacić za to, co zrobili praojcowie, to ani ona, ani on by się nie urodzili, bo wszystkich potomków Slytherina skazano by na śmierć.
- Gdybym chciała wywołać nad tobą burzę, z'obiłabym to i bez jej wstawiennictwa. Ale ja tego nie chcę. Miałeś rhację w tym, co mówiłeś zalaz po tym, jak przekloczyłam phóg twojego gabinetu. Tęsknię. I naplawdę, szczerze wierzę w to, że mimo tego, co pleciesz, da się ciebie ulatować, nawet jeżeli tszeba 'atować cię pszed samym sobą. A on mi wcale nie mówi, żebym siedziała w kowenie i modliła się za twoją duszę. Przy poziomie, na jakim znajdują się jego poplecznicy, pozostaje tylko żhreć ziemię z rhobakami i moydować dalej, ku czci bogów, od któlych nikt już nic nie chce i nie bez powodu - mówiła, uparcie ostrzegając ją przed czymś, do czego w rzeczywistości oboje nieuchronnie dążyli. Do upadłości. Ależ to była kompletna beznadzieja, żyć w rzeczywistości, w której nawet będąc kimś pragnącym miłości i pokoju, trzeba było mierzyć się ze świadomością bycia naroślą rakową na pięknie tego świata.
- Jesteś obrzydliwy. Wszyscy mężczyźni są obrzydliwi, tylko wy pothraficie tworzyć takie histo'ie.
Widać było od razu, że dotknęło ją to bardzo osobiście. Nie, nie przez śmierć, ale przez jej ostatnie doświadczenia - wbiła nawet na moment wzrok w podłogę. Do tej pory myślała, że Slytherin nie podejdzie jej z żadnej strony, bo przecież nie ma w niej ani grama gniewu, ale teraz to poczuła - to delikatne uczucie zazdrości, niby to iskra, ale umysł podążył za nią i dotarł do tego wyobrażenia młodego Rookwooda z dwójką innych ludzi. Bez niej. Bo ona nie była przecież wystarczająca, nawet jeżeli oddałaby mu całą siebie, to potrzebował innych, aby uzupełnić luki. Aż zakuło ją w klatce piersiowej. Zdrada. Co to było za obrzydliwe słowo. I jak nisko upadła, jeżeli wydawało jej się bardziej obrzydliwe niż szlama i morderstwo.
Zawsze był taki mądry, ale teraz wydawał się stać obok tych wydarzeń. To dobrze, to tak dobrze! To wspaniale, że nie brał w tym udziału... a może po prostu była strasznie naiwna. Rozbudziło to w niej nadzieję, że starszy Macmillan nie był wcale tym, za kogo miała go przez ostatnie lata. Był zagubiony, nie wiedział, nie rozumiał do końca. No i najważniejsze - nie było go tam, nie pomógł im zaatakować jej dobrego miejsca, po prostu łyknął to wszystko, co mu piali koło ucha. Zdecydowanie wolała go jako debila niż mordercę.
- Wś'ód cza'odziejów rhównież są źli ludzie, tego też uczono nas na histo'ii magi. Tego uczy mnie rhównież te'aźniejszość. Uczysz mnie tego... ty.
Ostatnie słowo brzmiało i smakowało gorzko. Ale to była prawda - przecież on sam pozował teraz na złego człowieka, na potwora wręcz, na kogoś traktującego niemagów jak podludzi za błędy ich przodków. Gdyby trzeba było płacić za to, co zrobili praojcowie, to ani ona, ani on by się nie urodzili, bo wszystkich potomków Slytherina skazano by na śmierć.
- Gdybym chciała wywołać nad tobą burzę, z'obiłabym to i bez jej wstawiennictwa. Ale ja tego nie chcę. Miałeś rhację w tym, co mówiłeś zalaz po tym, jak przekloczyłam phóg twojego gabinetu. Tęsknię. I naplawdę, szczerze wierzę w to, że mimo tego, co pleciesz, da się ciebie ulatować, nawet jeżeli tszeba 'atować cię pszed samym sobą. A on mi wcale nie mówi, żebym siedziała w kowenie i modliła się za twoją duszę. Przy poziomie, na jakim znajdują się jego poplecznicy, pozostaje tylko żhreć ziemię z rhobakami i moydować dalej, ku czci bogów, od któlych nikt już nic nie chce i nie bez powodu - mówiła, uparcie ostrzegając ją przed czymś, do czego w rzeczywistości oboje nieuchronnie dążyli. Do upadłości. Ależ to była kompletna beznadzieja, żyć w rzeczywistości, w której nawet będąc kimś pragnącym miłości i pokoju, trzeba było mierzyć się ze świadomością bycia naroślą rakową na pięknie tego świata.
- Jesteś obrzydliwy. Wszyscy mężczyźni są obrzydliwi, tylko wy pothraficie tworzyć takie histo'ie.
Widać było od razu, że dotknęło ją to bardzo osobiście. Nie, nie przez śmierć, ale przez jej ostatnie doświadczenia - wbiła nawet na moment wzrok w podłogę. Do tej pory myślała, że Slytherin nie podejdzie jej z żadnej strony, bo przecież nie ma w niej ani grama gniewu, ale teraz to poczuła - to delikatne uczucie zazdrości, niby to iskra, ale umysł podążył za nią i dotarł do tego wyobrażenia młodego Rookwooda z dwójką innych ludzi. Bez niej. Bo ona nie była przecież wystarczająca, nawet jeżeli oddałaby mu całą siebie, to potrzebował innych, aby uzupełnić luki. Aż zakuło ją w klatce piersiowej. Zdrada. Co to było za obrzydliwe słowo. I jak nisko upadła, jeżeli wydawało jej się bardziej obrzydliwe niż szlama i morderstwo.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.