28.10.2023, 16:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2023, 16:35 przez Edward Prewett.)
Faktycznie było spokojne letnie popołudnie. Promienie słoneczne wpadały przez witraże w oknach i barwiły część biurka na kolorowo, część po prostu na jaśniejszy kolor. Można by rzec, że było pięknie, ale niestety miało się wrażenie, że wcale tak cudownie nie było. Że te grzmoty waliły jeden po drugim w towarzystwie chaotycznych błysnięć, że uciążliwie lało, padało usilnie, ulewa totalna, że wiatr porywał wszystko, co stanęło na jego drodze. A byliśmy tylko w moim gabinecie. Całkiem spore miejsce, więc dzieliło nas naście metrów, a jednak... czułem się, jakbym stał nad nim bezradnie i się zastanawiał, czy to był jeszcze mój syn, czy nie. Rozmowa z ojcem - albo nie-ojcem - sprawiała, że popadał w panikę, w rozpacz, a sceny tak dramatyczne, że aż teatralne.
Stąd musiały się brać te moje myśli o rzekomej zdradzie, o manipulacjach. Wiedziałem, że Lorek był wrażliwy, ale nie sądziłem, że mógłby aż tak... Ale niezależnie od tego, co na rzeczy było, nie mogłem mu pobłażać całe życie. Powinien być twardym chłopakiem, przygotowanym na ciosy z każdej strony. Szczególnie, kiedy polował na niego morderca. Powinien w tym czasie być niepowtarzalnie silnym, niezłomnym młodym człowiekiem, a w zamian tego oglądałem go właśnie takiego małego i żałosnego na podłodze swojego własnego gabinetu. I choć ojcowska miłość wyrywała się do przodu by go pochwycić i przytulić, to w praktyce nie ruszyłem się nawet o milimetr. Jedynie nieznacznie drgnąłem, kiedy wycelował w moją stronę różdżkę.
Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem, co też roiło się w jego głowie, co za demony się w niej kryły. Widziałem węża, który wysunął się z niemrawego światła na końcu różdżki Laurenta... Zniknął w pewnym momencie, rozpuścił się w powietrzu, zostawiając nas samych. Czyżby Laurent przesyłał komuś wiadomość. Pandorze? Ostrzegawczą? Czy może błagalną? Cóż, niezależnie od tego, co to tam sobie było, odstawiłem herbatę na biurko. Filiżanka nieprzyjemnie zabrzęczała i niemalże się przewróciła.
- Skąd w tobie ta skłonność, Laurencie, ta uciążliwa skłonność... wręcz rozpaczliwa niechęć do odpowiadania na proste pytania. Powiedz mi, co ci ciąży? Co się dzieje? Pozwól mi to zrozumieć, na merlińską świętość! - zacząłem, próbując być delikatnym, ale pod koniec niestety znowuż podniosłem głos. Byłem niecierpliwy w takich sytuacjach. Chciałem rozwiązywać problemy, a nie godzinami czekać na zapoznanie się z ich naturą. Czemu nie mógł mi niczego powiedzieć? Mielibyśmy wszystko z głowy.
Wbiłem palce swoich dłoni w elegancko obite podłokietniki, jakbym chciał wstać ze swojego miejsca, ale nie robiłem tego. Próbowałem się ponownie uspokoić, zanim zrobię kolejny krok. Zachowanie mojego syna wołało o pomstę do nieba. Zamiast się uspokoić, on jedynie bardziej się nakręcał i jeszcze śmiał wplątywać w to osoby trzecie, a nie stawić temu czoła na własnych siłach... przy moim wsparciu. Aż tak mną gardził?
Cóż, w ten sposób to ja się raczej nie uspokoję. Trzeba było obrać inną strategię, więc ponownie zapadałem się w tronie. Położyłem grzecznie dłonie na podłokietnikach i czekałem. Tak, będę czekał, ile będzie trzeba. Zrobię to dla syna. Dla niego mi się uda.
Stąd musiały się brać te moje myśli o rzekomej zdradzie, o manipulacjach. Wiedziałem, że Lorek był wrażliwy, ale nie sądziłem, że mógłby aż tak... Ale niezależnie od tego, co na rzeczy było, nie mogłem mu pobłażać całe życie. Powinien być twardym chłopakiem, przygotowanym na ciosy z każdej strony. Szczególnie, kiedy polował na niego morderca. Powinien w tym czasie być niepowtarzalnie silnym, niezłomnym młodym człowiekiem, a w zamian tego oglądałem go właśnie takiego małego i żałosnego na podłodze swojego własnego gabinetu. I choć ojcowska miłość wyrywała się do przodu by go pochwycić i przytulić, to w praktyce nie ruszyłem się nawet o milimetr. Jedynie nieznacznie drgnąłem, kiedy wycelował w moją stronę różdżkę.
Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem, co też roiło się w jego głowie, co za demony się w niej kryły. Widziałem węża, który wysunął się z niemrawego światła na końcu różdżki Laurenta... Zniknął w pewnym momencie, rozpuścił się w powietrzu, zostawiając nas samych. Czyżby Laurent przesyłał komuś wiadomość. Pandorze? Ostrzegawczą? Czy może błagalną? Cóż, niezależnie od tego, co to tam sobie było, odstawiłem herbatę na biurko. Filiżanka nieprzyjemnie zabrzęczała i niemalże się przewróciła.
- Skąd w tobie ta skłonność, Laurencie, ta uciążliwa skłonność... wręcz rozpaczliwa niechęć do odpowiadania na proste pytania. Powiedz mi, co ci ciąży? Co się dzieje? Pozwól mi to zrozumieć, na merlińską świętość! - zacząłem, próbując być delikatnym, ale pod koniec niestety znowuż podniosłem głos. Byłem niecierpliwy w takich sytuacjach. Chciałem rozwiązywać problemy, a nie godzinami czekać na zapoznanie się z ich naturą. Czemu nie mógł mi niczego powiedzieć? Mielibyśmy wszystko z głowy.
Wbiłem palce swoich dłoni w elegancko obite podłokietniki, jakbym chciał wstać ze swojego miejsca, ale nie robiłem tego. Próbowałem się ponownie uspokoić, zanim zrobię kolejny krok. Zachowanie mojego syna wołało o pomstę do nieba. Zamiast się uspokoić, on jedynie bardziej się nakręcał i jeszcze śmiał wplątywać w to osoby trzecie, a nie stawić temu czoła na własnych siłach... przy moim wsparciu. Aż tak mną gardził?
Cóż, w ten sposób to ja się raczej nie uspokoję. Trzeba było obrać inną strategię, więc ponownie zapadałem się w tronie. Położyłem grzecznie dłonie na podłokietnikach i czekałem. Tak, będę czekał, ile będzie trzeba. Zrobię to dla syna. Dla niego mi się uda.