Rozstanie dwójki połączonych młodziaków. Moment, w którym powinno się pewnie zachować należytą sytuacji powagę - nikt normalny nie cieszył się z rozpadu czyjegoś narzeczeństwa, a jednak Dolohov odetchnął głęboko, kiedy tylko dotarło do niego, że nie musi już wcale udawać cienia sympatii względem Sauriela, a zamiast tego może przybrać maskę troskliwego, pijanego wujka na weselu kuzynki. Co prawda nie mógłby go zjechać od góry do dołu, bo po pierwsze - rodzina Dolohov się z Rookwoodami miała dobrze (nie wiedział, wolał nie sprawdzać, do rodzinnego domu jeździł wyłącznie z przymusu, ale ostatnio kiedy odwiedził Little Hangleton to jeszcze się lubili), po drugie - musiał mieć przecież trzymać klasę. Był dobrym mężem, naukowcem, pionierem jeżeli chodziło o wróżbiarstwo, jak wykona jakiś zły ruch, to zamiast dobrym wujkiem Dolohovem, do którego można iść po poradę, stanie się kimś na wzór Loretty i Mulciberów, na których wszyscy zezowali z zażenowaniem zastanawiając się cóż takiego wciągnęli, zanim tu przyszli. On by tego po prostu nie zniósł.
- Ojoj, jak mi przykro - skomentował ich rozstanie, przyjmując ton niebezpośredniego dowcipnisia. - I tak nigdy nie był cię godny, gdybyś go tutaj zaprosiła, to pewnie przyszedłby ubrany jak mugolski bezdomny. - Czyli jak zawsze. Nie to, żeby Prewett ubrał się dużo lepiej... No ale z syna Edwarda przecież nie będzie kpić. Śmiesznie, że gdyby Laurent nie powstrzymałby się przed byciem szczerym na temat pojedynku, to by się pewnie pojawiła pomiędzy nimi jakaś nić porozumienia. Dolohov cały czas starał się wyglądać poważnie, ale też tutaj pasował tak mocno, że aż wcale - to był modniś, pedant, swoim klientom podawał bardzo drogie herbatki w porcelanie wartej więcej niż niejeden pierścionek zaręczynowy, z dumą drukował swoje teksty w gazetach kierowanych do kobiet - ten pojedynek to była dla niego po prostu bzdura.
- Bardzo smutno? - Powtórzył po nim w zamyśleniu. Nie podejrzewał, że dziedzic Prewettów będzie kimś tak delikatnym, ale to było nawet urocze. Odwrócił twarz w jego kierunku, mierząc go, tym razem już szczerze zaciekawionym spojrzeniem. - Może to cena, jaką człowiek musi zapłacić za dar i to, jak bardzo sława obdziera go z bycia postrzeganym jako...
Światło nagle mu zgasło.
Bardzo bojąc się przypadkowego ośmieszenia, spodziewał się naprawdę wielu rzeczy, jakie mogły mu się w takim miejscu przytrafić. Wybujała wyobraźnia nieraz podsunęła mu wizję zagubionej Avady lecącej w jego kierunku z pojedynkowego parkietu, ale to... Peregrin albo Lycoris by go pewnie złapali, kiedy jego czerep spadał prosto na leżącą na stoliku w ich loży babeczkę, ale nie było ich tutaj, więc wyrżnął czołem o blat, bo jego umysł uznał, że bardziej niż z otoczeniem, zechciałby połączyć go z Kanclerzem siedzącym na klozecie. Tracenie przytomności i spontaniczne wizje to nie było coś niespotykanego w jego życiorysie, ale serio - wyczuć tak silną intencję wydostania się z szaletu, że aż go zmiotło mocniej niż przed wyborami, które miał wygrać Leach? Po kilku długich sekundach leżenia nieprzytomnie wreszcie się podniósł, musiał ściągnąć zniszczone okulary (trudno, miał ze dwadzieścia zapasowych par) i otrzeć czoło z jakiegoś losowego kremu (o absolucie, o kurwa, jak on nie znosił być brudny).
- Na szyszkę leszego... - spanikował zupełnie, bo był strasznie tchórzliwym człowiekiem, a to było niemalże ucieleśnieniem najgorszych koszmarów ukochanej przez magazyn „Czarownica” primadonny. (No, pomijając te koszmary o tym, że go tatuś znowu tłucze za bycie pedałem, ale to wydawało się teraz bardzo odległe.) Szybko wyciągnął chustkę i otarł to czoło, zanim jakiś frajer to uwieczni. Udawał, że się z tego śmieje, nawet ruszył tak uspokajająco dłonią, wcale nie potrzebuję niczyjej pomocy, a to było bardzo zabawne, ha ha. Tak naprawdę cokolwiek miał zgotować mu los, nic nie przebije tego, jak w Hogwarcie spadł ze schodów, oprowadzając młodych uczniów po Zamku jako nowa twarz wśród Prefektów. Jedna z uczennic widząc to chciała przepisać się do Beauxbatons. - Ugh... Eden, wiem już, gdzie zgubił się twój brat i nie jest to piwnica. Wyjątkowo muszę iść po niego sam... - Bo przecież ani jej, ani Lyssy nikt nie wpuści do męskiej ubikacji. - Poczekasz tu z moją córką? - Ale nie czekał wcale na odpowiedź, tylko pognał stąd... Tak, tak po prostu uciekł tak szybko jak tylko pozwalała mu na to jego znikoma kondycja, bo i tak, zanim przekroczył jej próg, musiał kilka razy głęboko odetchnąć.
Zamykając za sobą drzwi, rozejrzał się jeszcze wokół...
- Elliott..? Już myśleliśmy, że zostałeś w pracy...
Głos wróżbity był na tyle rozpoznawalny, aby Kanclerz mógł od razu zacząć zastanawiać się, jak dużo o nim wiedział, bo kto normalny rzucał czyimś imieniem, wchodząc do łazienki, skąd on niby wiedział? Zamiast otworzyć mu tę kabinę, najpierw stanął przy lustrze i dobrze się w nim obejrzał. Nie mógł sobie darować, nie planował tego, ale tak nagle zobaczył swoją twarz. Później ostentacyjnie umył ręce i czoło. Następnie nacisnął na klamkę, korzystając (oczywiście!) z różdżki, bo przecież jej nie dotknie (obrzydliwe!).
- Ojoj, jak mi przykro - skomentował ich rozstanie, przyjmując ton niebezpośredniego dowcipnisia. - I tak nigdy nie był cię godny, gdybyś go tutaj zaprosiła, to pewnie przyszedłby ubrany jak mugolski bezdomny. - Czyli jak zawsze. Nie to, żeby Prewett ubrał się dużo lepiej... No ale z syna Edwarda przecież nie będzie kpić. Śmiesznie, że gdyby Laurent nie powstrzymałby się przed byciem szczerym na temat pojedynku, to by się pewnie pojawiła pomiędzy nimi jakaś nić porozumienia. Dolohov cały czas starał się wyglądać poważnie, ale też tutaj pasował tak mocno, że aż wcale - to był modniś, pedant, swoim klientom podawał bardzo drogie herbatki w porcelanie wartej więcej niż niejeden pierścionek zaręczynowy, z dumą drukował swoje teksty w gazetach kierowanych do kobiet - ten pojedynek to była dla niego po prostu bzdura.
- Bardzo smutno? - Powtórzył po nim w zamyśleniu. Nie podejrzewał, że dziedzic Prewettów będzie kimś tak delikatnym, ale to było nawet urocze. Odwrócił twarz w jego kierunku, mierząc go, tym razem już szczerze zaciekawionym spojrzeniem. - Może to cena, jaką człowiek musi zapłacić za dar i to, jak bardzo sława obdziera go z bycia postrzeganym jako...
Światło nagle mu zgasło.
Bardzo bojąc się przypadkowego ośmieszenia, spodziewał się naprawdę wielu rzeczy, jakie mogły mu się w takim miejscu przytrafić. Wybujała wyobraźnia nieraz podsunęła mu wizję zagubionej Avady lecącej w jego kierunku z pojedynkowego parkietu, ale to... Peregrin albo Lycoris by go pewnie złapali, kiedy jego czerep spadał prosto na leżącą na stoliku w ich loży babeczkę, ale nie było ich tutaj, więc wyrżnął czołem o blat, bo jego umysł uznał, że bardziej niż z otoczeniem, zechciałby połączyć go z Kanclerzem siedzącym na klozecie. Tracenie przytomności i spontaniczne wizje to nie było coś niespotykanego w jego życiorysie, ale serio - wyczuć tak silną intencję wydostania się z szaletu, że aż go zmiotło mocniej niż przed wyborami, które miał wygrać Leach? Po kilku długich sekundach leżenia nieprzytomnie wreszcie się podniósł, musiał ściągnąć zniszczone okulary (trudno, miał ze dwadzieścia zapasowych par) i otrzeć czoło z jakiegoś losowego kremu (o absolucie, o kurwa, jak on nie znosił być brudny).
- Na szyszkę leszego... - spanikował zupełnie, bo był strasznie tchórzliwym człowiekiem, a to było niemalże ucieleśnieniem najgorszych koszmarów ukochanej przez magazyn „Czarownica” primadonny. (No, pomijając te koszmary o tym, że go tatuś znowu tłucze za bycie pedałem, ale to wydawało się teraz bardzo odległe.) Szybko wyciągnął chustkę i otarł to czoło, zanim jakiś frajer to uwieczni. Udawał, że się z tego śmieje, nawet ruszył tak uspokajająco dłonią, wcale nie potrzebuję niczyjej pomocy, a to było bardzo zabawne, ha ha. Tak naprawdę cokolwiek miał zgotować mu los, nic nie przebije tego, jak w Hogwarcie spadł ze schodów, oprowadzając młodych uczniów po Zamku jako nowa twarz wśród Prefektów. Jedna z uczennic widząc to chciała przepisać się do Beauxbatons. - Ugh... Eden, wiem już, gdzie zgubił się twój brat i nie jest to piwnica. Wyjątkowo muszę iść po niego sam... - Bo przecież ani jej, ani Lyssy nikt nie wpuści do męskiej ubikacji. - Poczekasz tu z moją córką? - Ale nie czekał wcale na odpowiedź, tylko pognał stąd... Tak, tak po prostu uciekł tak szybko jak tylko pozwalała mu na to jego znikoma kondycja, bo i tak, zanim przekroczył jej próg, musiał kilka razy głęboko odetchnąć.
Zamykając za sobą drzwi, rozejrzał się jeszcze wokół...
- Elliott..? Już myśleliśmy, że zostałeś w pracy...
Głos wróżbity był na tyle rozpoznawalny, aby Kanclerz mógł od razu zacząć zastanawiać się, jak dużo o nim wiedział, bo kto normalny rzucał czyimś imieniem, wchodząc do łazienki, skąd on niby wiedział? Zamiast otworzyć mu tę kabinę, najpierw stanął przy lustrze i dobrze się w nim obejrzał. Nie mógł sobie darować, nie planował tego, ale tak nagle zobaczył swoją twarz. Później ostentacyjnie umył ręce i czoło. Następnie nacisnął na klamkę, korzystając (oczywiście!) z różdżki, bo przecież jej nie dotknie (obrzydliwe!).
with all due respect, which is none