Odetchnęła lekko i przywołała na swoją twarz uśmiech, choć nie był on zbyt szeroki. Miała w życiu i w sercu wystarczająco dużo zawirowań, by nie mieć siły i ochoty tryskać szczęściem na lewo i prawo. Ale jakkolwiek ciężko nie było, nie zamierzała pokazywać przed publiką żadnego złamania, żadnej słabości. Cokolwiek działo się w jej sercu i głowie – miało pozostać właśnie tam, dla niej… I ewentualnie dla kilkoro bliskich jej osób, z czego dwójka z nich była tutaj dzisiaj: Cynthia i Laurent. Dobrze, że tutaj byli, bo przynajmniej Lestrange nie czuła się tak samotna jak mogłaby.
Dostrzegła wejście Loretty, która wedle słów Louvaina nie miała się tu dzisiaj zjawić. Na takie wydarzenie sama nie wybrałaby takiego ubioru, biorąc pod uwagę, że był to pojedynek o jej honor… Można było mieć wątpliwość co jej dokładnie przyświeca. Ale ktoś zaczął się przy niej kręcić i Victoria dość prędko straciła zainteresowanie. Kuzynka czy nie, raczej nigdy nie były ze sobą przesadnie blisko. Ale wszyscy Lestrange byli raczej… chłodni. Paradoksalnie najlepszy kontakt miała z największym dziwakiem rodziny: imć Williamem…
– Nic nie szkodzi – odezwała się do Eden i doceniła jej szczerość. Naprawdę. – To wszystko to była decyzja naszych rodziców, więc… – wzruszyła ramionami, jakby ją to nie obchodziło… Co rzecz jasna nie było prawdą, ale znowu – nie zamierzała swoich problemów sercowych wywlekać na publikę. – Ale nie sądzę, żebym dała się w coś podobnego wrobić trzeci raz – dodała jeszcze i uśmiechnęła się pod nosem. Zrozumiała aluzję… Eden najwyraźniej nie była zadowolona ze swojego małżeństwa – i nie mogła jej za to winić, naprawdę. Cicho parsknęła na słowa Vakela. Ubrany jak mugolski bezdomny… Wątpiła. Gdyby przyszedł, to pewnie ubrałby się porządnie, bo by mu powtarzała pięć razy co i jak i zrobiłby to dla spokoju. Nie odpowiedziała Dolohovowi jednak, że tak naprawdę to Sauriela tu zaprosiła, tylko, że on odznaczył się rozsądkiem i uznał, że lepiej nie, bo jeszcze sam skończy na arenie. Westchnęła tylko raz jeszcze. – To nic. Ale dziękuję wam za miłe słowa – powiedziała spokojnie.
– Ano, szybko poszło – odpowiedział Cynthii, która brzmiała na zdziwioną, że to już ostatnia tura. Szast, prast… Tu nie było czasu na długie tury zastanawiania się gdzie uderzyć. Po prostu się to robiło i… Już. Nie przeszkadzała rozmowie pomiędzy Laurentem i Cynthią płynąć, kiedy dawali sobie te krótkie sekundy na poznanie się i bardzo szybkie nadrobienie „zaległości” ze szkoły. Słuchała ich jednym uchem, bo jej skupienie było… Chyba nigdzie tak naprawdę. Rozmowa o Saurielu sprawiła, że się po prostu rozkojarzyła i to jemu poświęciła swoje myśli, a nie temu, co działo się na arenie, czy w ogóle dookoła. Był znacznie bardziej wart tych myśli niż sądził i niż ten cały pojedynek. Z tego dziwnego marazmu wyrwały ją dopiero słowa Laurenta. – Bo jestem – odpowiedziała mu cicho, tak, żeby dosłyszeć to mógł tylko on i Cynka. – Ale nie jestem tu przecież dla pojedynku – a żeby się pokazać. I żeby w jakiś tam sposób dopingować. Bo sam pojedynek mało ją obchodził. A zresztą… Ani się obejrzała a już było po nim.
Remis.
Aż parsknęła i to wcale nie cicho.
– O przepraszam – rzuciła zaraz do swojego otoczenia (Eden, Vakel, Lyssa, Cynthia, Laurent) i pokręciła głową. Więc jak to się miało do tego, co się zobowiązali panowie zrobić? Nikt się z niczego nie wywiąże, a na dodatek honor Loretty obroniony nie został… Ale biorąc pod uwagę jak się ubrała i że chyba się z kimś kłóciła… No to cóż.
Poruszenie obok niej sprawiło, że odruchowo się odwróciła, widząc jak Vakel… Coś mu się działo. Zasłabł? Wyciągnęła do niego ręce, by bardzo delikatnie potrząsnąć mężczyzną i upewnić się, że nic mu nie jest.
– Hej, wszystko w porządku? – zapytała szczerze zatroskana, ale dość szybko doszedł do siebie… I nie wydawało się to tak poważnie jak wyglądało. Zresztą zaraz się pozbierał, zwrócił do Eden i… gdzieś poszedł. Zostawiając (wcale nie tak) biednego Laurenta z samymi babami. Była całkiem zdziwiona tym, co się właśnie wydarzyło.