29.10.2023, 18:47 ✶
Rozpacz mojego syna nie intrygowała mnie. Sprawiała, że rozpadałem się na kawałki, czułem się nader niekomfortowo w zaistniałej sytuacji, jednocześnie niemożebnie się irytując. Pragnąłem prostych odpowiedzi, a w odpowiedzi dostawałem rzewne łzy i drobne ataki paniki, rozpaczy, wszystkiego, co miękkie i nie na miejscu. Gotów byłbym z nim przez to przejść, bo ja również święty nie byłem i miałem swoje momenty w przeszłości, również przepełnione mrokiem, ale żeby jeszcze Laurent poprosił, żeby się ukorzył i choć trochę otworzył, ale on nie... Wpatrywał się we mnie, ale nic nie mówił, tylko błyszczał myślami w tych swoich zapłakanych oczach, z których, cóż, nie byłem w stanie wyczytać nic. Kiedy inni uczyli się legilimencji czy innych takich czarów, ja miałem inne sprawy na głowie, sprawy, którymi w tej chwili zajmowałem się nader doskonale. Myśli nie czytałem, ale biznesy trzymałem w mocnej, nieprzejednanej dłoni. Syna nie potrafiłem, bo się przelewał z tej dłoni niczym woda.
Cóż, kiedy dało się słyszeć stukot butów za drzwiami, po drogim, elegancko wypastowanym parkiecie zamku, jasnym było, że przegrałem syna. Wolał inne wsparcie, inne ramię, inne oczy. Po co mu ojciec, skoro miał... Właśnie, kogo tam miał? Kogo wezwał? Odwróciłem zawiedziony od niego spojrzenie, kierując je na drzwi i czekając z ciekawością na to, kto się pojawi w drzwiach. I ta ciekawość nie trwała długo, bo kiedy osoba Florence w nich stanęła, zawiodłem się na nim podwójnie. Wolał moją nieokrzesaną, bezczelną córkę chrzestną, zamiast własnego ojca.
- Florence, ciebie równie mocno - odparłem protekcjonalnie, pozwalając sobie nawet na niepocieszone prychnięcie. - Nie miałaś ciekawszych zajęć niż przybywanie do Keswick...? Zdaje się, że od zawsze wszystko było ważniejsze niż odwiedziny u wuja - zauważyłem z lekką pretensją. Moje wezwania czy też zaproszenia miała w głębokim poważaniu, ale na jedno jęknięcie Lorka wpadła w trybie wręcz ekspresowym. Niewdzięcznicy.
Odwróciłem od tej dwójki wzrok, wbijając go w regały gdzieś z boku. Zbyt dumny, udający zamyślenie, choć nieźle mierziło mnie tam w środku. Nie zamierzałem się dzielić z nimi swoją porażką. Odrzucenie - to okazywał mi Lorek. Miał w głębokim poważaniu mnie tak, jak miała mnie Florence. Najwyraźniej zbyt często z nią przebywał. Przekabaciła go na swoją stronę, zapewne demonizując moją osobę w jego oczach. A jakżeby inaczej!
- Moje rozczarowanie wobec ciebie, mój synu, jest ogromne. Oczekiwałem kilku prostych odpowiedzi, a zamiast tego widzę, że sprowadzasz tu Florence, mieszasz ją w nasze sprawy... W jakim celu?! Ucieczki...? Bo sam nie jesteś w stanie stanąć na wysokości zadania? - zapytałem niby to przestrzeni przed sobą, ale słowa te kierowałem do Laurenta, na którego nawet już nie patrzyłem. Ręce mi się trzęsły, ale uparcie trzymałem je na podłokietnikach eleganckiego, nieskromnego tronu. - Być może mogłeś bardziej wyraźnie i uprzejmie przedstawić swoje oczekiwania lub sugestie, zamiast używać takiej nieeleganckiej retoryki - odparłem i zamilkłem.
Obecność Florence uznawałem tu za zbędną.
Cóż, kiedy dało się słyszeć stukot butów za drzwiami, po drogim, elegancko wypastowanym parkiecie zamku, jasnym było, że przegrałem syna. Wolał inne wsparcie, inne ramię, inne oczy. Po co mu ojciec, skoro miał... Właśnie, kogo tam miał? Kogo wezwał? Odwróciłem zawiedziony od niego spojrzenie, kierując je na drzwi i czekając z ciekawością na to, kto się pojawi w drzwiach. I ta ciekawość nie trwała długo, bo kiedy osoba Florence w nich stanęła, zawiodłem się na nim podwójnie. Wolał moją nieokrzesaną, bezczelną córkę chrzestną, zamiast własnego ojca.
- Florence, ciebie równie mocno - odparłem protekcjonalnie, pozwalając sobie nawet na niepocieszone prychnięcie. - Nie miałaś ciekawszych zajęć niż przybywanie do Keswick...? Zdaje się, że od zawsze wszystko było ważniejsze niż odwiedziny u wuja - zauważyłem z lekką pretensją. Moje wezwania czy też zaproszenia miała w głębokim poważaniu, ale na jedno jęknięcie Lorka wpadła w trybie wręcz ekspresowym. Niewdzięcznicy.
Odwróciłem od tej dwójki wzrok, wbijając go w regały gdzieś z boku. Zbyt dumny, udający zamyślenie, choć nieźle mierziło mnie tam w środku. Nie zamierzałem się dzielić z nimi swoją porażką. Odrzucenie - to okazywał mi Lorek. Miał w głębokim poważaniu mnie tak, jak miała mnie Florence. Najwyraźniej zbyt często z nią przebywał. Przekabaciła go na swoją stronę, zapewne demonizując moją osobę w jego oczach. A jakżeby inaczej!
- Moje rozczarowanie wobec ciebie, mój synu, jest ogromne. Oczekiwałem kilku prostych odpowiedzi, a zamiast tego widzę, że sprowadzasz tu Florence, mieszasz ją w nasze sprawy... W jakim celu?! Ucieczki...? Bo sam nie jesteś w stanie stanąć na wysokości zadania? - zapytałem niby to przestrzeni przed sobą, ale słowa te kierowałem do Laurenta, na którego nawet już nie patrzyłem. Ręce mi się trzęsły, ale uparcie trzymałem je na podłokietnikach eleganckiego, nieskromnego tronu. - Być może mogłeś bardziej wyraźnie i uprzejmie przedstawić swoje oczekiwania lub sugestie, zamiast używać takiej nieeleganckiej retoryki - odparłem i zamilkłem.
Obecność Florence uznawałem tu za zbędną.