Ah, żartowała. Uniósł brwi, jakby zdając sobie sprawę, jak głupie było to pytanie. Ale czy na pewno? W przeciwieństwie do Mugoli - żyli w świecie, w którym wszystko było prawdopodobne. I wszystko, na swój sposób, pewnie osiągalne. Przynajmniej tak chciał wierzyć Esmé. Że nie ma granic. Prychnął rozbawiony, bo i on znał głos tego rodzaju, chociaż jego własny rzadziej odzywał się nocami, a częściej za dnia, podczas wszelkich potyczek z życiem codziennym.
Teraz też usłyszał głos, który chciał, aby odpowiedział Brennie nieco... zbyt otwarcie i bezpośrednio. Jeżeli coś musiało trzymać ich na tym świecie, by zostali duchami, to niestety Brenna nie może liczyć na Ślizgona. Bo jego tutaj nic nie trzymało. A przynajmniej tak się czuł - pozostawiony samemu sobie. I prawie to wszystko wypowiedział, ale ocknął się, gdy tylko nabrał oddechu i otworzył usta. Nie, nie mógł o tym wszystkim mówić. Nawet jeżeli grał rolę chłopaka, którego oboje rodziców umarli. Co za paradoks, bo dla Esmé to akurat ojciec był martwy, a matka żywa. Chociaż w rzeczywistości było inaczej.
Kiedy wypowiadał tamte słowa, to zupełnie nie zwizualizował sobie świata, w której jest więcej... po prostu Brenny. Roześmiał się wesoło, szczerze na to wyobrażenie. Dla większości ludzi było to zupełnie normalne, ale dla Esmé tak... naturalne wypowiadanie się o rodzinie było urocze i ciepłe. Zazdrościł tej swobody, bo on nie mógł powiedzieć nic. Nie mógł dzielić się specyficznymi wspomnieniami matki, ale też nie miał teraz takiej rodziny, w której czułby się jej częścią. Właściwie... on mógł być jeden, a i tak rodzina ledwo to wytrzymywała. Ta myśl dodatkowo go rozbawiła, przedłużając salwę śmiechu.
- Niby tak, ale dostałbym wtedy więcej cukierków. - rzucił wesoło, nie dając po sobie poznać, że zaczął czuć się nieco... przybity, gdy nadeszła go fala wspomnień. Potrafił grać, bo musiał potrafić grać - w końcu to było wymogiem, by nie zostać wydziedziczonym. - I dwa razy tyle duchów miałoby z kim pogadać. Albo dwie Brenny zagadałyby Adel do tego stopnia, że postanowiłaby odejść. - miał nadzieje, że nie weźmie sobie tego komentarza do siebie, bo był to jedynie niewinny żarcik z tego rodzaju, którym sama się posługiwała panna Longbottom.- Pewnie możliwe. Czasem myślę, że coś jest niemożliwe, a później przez chwilę słucham nauczycieli i okazuje się, że jest to możliwe. - odparł nieco rozbawiony, bo rzeczywiście tak się czuł. Niekiedy coś słyszał, że niby się da, niekiedy zastanawiał się czy coś się da, aż pewnego razu na lekcjach w szkole, któryś z wykładających profesorów lub profesorek akurat poruszył ten temat i... okazywało się, że się da. Ale. Zawsze było jakieś ale. Zatem i Adel pewnie dało się pomóc, ale... i tutaj to "ale" było kluczowe, bo to ono stanowiło zazwyczaj sedno problemu.
- Będę już wracał - jak chcesz, to możemy pójść razem. - zaproponował, ale nie nalegał. Po prostu... skoro miał zamiar wracać, to może i ona też? Lubił jej towarzystwo, chociaż musiał oswoić się jeszcze z tym naturalnym ciepłem, jakie od niej biło. W każdej relacji. Czy do niego, czy do Adel, czy do rodziny, o której mówiła. Ekhem, głównie chodziło o rodzinę. - Jeżeli nie to... do zobaczenia. I pozdrów... - nie pozwolił jej za bardzo odpowiedzieć, bo nie chciał właśnie, by poczuła się zobowiązana, skoro zaproponował. Ale teraz rzeczywiście się zaciął, ściągnął ze sobą brwi i wydał ledwo słyszalne "hm" z siebie. Przez dwie, góra trzy sekundy wpatrywał się w ziemię, nim uniósł wzrok na Brennę. - Powiedz hej Adel ode mnie. - odparł niepewnie, wciąż nie potrafiąc znaleźć odpowiedniego sformułowania, by "pozdrowić" ducha.
I jeżeli Brenna nie zdecydowała się wracać, to Esmé pożegnał ją zwykłym "do następnego!" i pomachał jeszcze, gdy odchodził. A jeżeli Brenna się zgodziła, to... pewnie rozmawiali, aż gdzieś w Hogsmeade musieli się rozejść. I tam wtedy zakończył w ten sposób spotkanie.