30.10.2023, 00:19 ✶
Pewnie ktoś by się znalazł łasy na duszyczkę panny brygadzistki, ale Maeve nawet jeśli chciała, to nie mogła nikogo polecić, bo jeszcze nie miała przyjemności pertraktować z prawdziwymi diabłami. Słyszała co prawda, że trzy przecznice dalej siedzi jakiś koleś, co się zarzeka, że rzekomo potrafi rozszczepiać dusze, ale była już za duża, żeby wierzyć w bajki.
- Mnie otruć? - Zaśmiała się serdecznie pełną piersią, zupełnie jakby Brenna opowiedziała właśnie wyśmienity żart. Z perspektywy Longbottom mogło to wyglądać, jakby wątpiła w jej umiejętności trucicielskie, ale to była po prostu rodzinna przypadłość Changów. Niechybnie ich przodkowie tyle się nawąchali opium, że teraz już żadne toksyny nie robią na nich najmniejszego wrażenia. Nawet jakby bardzo tego chcieli. - Spokojnie, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni - zapewniła, powstrzymując się już od gromkiego śmiechu. Dobra, mogło jej jeszcze ewentualnie wykręcić mordę od paskudnego smaku, ale o tym nie chciała wspominać na głos, bo taki rynsztokowy język odejmował jej uroku.
Jeśli Brenna uważała, że prawda była nudna i to zapamiętywanie twarzy razem z nią, to chyba śniła. Znaczy, sama pamięć do twarzy nie była jakoś niespotykana, ale dokładne łączenie jej z imieniem, nazwiskiem, rocznikiem oraz niechybnie numerem buta jej, oraz jej kolegów - już tak. Stąd też niepewność, a może nawet i strach, które zrodziły się teraz w sercu Mewy, bo taki poziom inwigilacji naprawdę nie był dla niej normalny. Ona dbała o swoją anonimowość. Cieszyła się zawsze, że była jedną z wielu sióstr, nikim konkretnym. W ten sposób mogła codziennie być kimś innym, kim tylko sobie zamarzyła.
- I nigdy nie zagadałaś? Wstydź się - obróciła kotem ogonem, próbując ją żartobliwie skarcić. - A może właśnie o to chodzi? Wstydziłaś się? To nic złego, działam tak na ludzi. - Uśmiechnęła się ponownie, całkiem szczerze, choć z tyłu głowy nadal harcowała obawa, że Brenna wie o niej coś, czego ona sama o sobie nie wie. Albo gorzej, wie tyle, ile opowiedziały jej te rzekome koleżanki. Plotki bywały krzywdzące, Maeve doskonale o tym wiedziała, bo nie raz używała ich jako broni!
- Może jestem fae, widziałaś kiedyś Azjatkę z fiołkowymi oczyma? - Zagaiła, unosząc do góry jedną brew. Prawda była taka, że ona koło fae nawet nie stała, ale łapanie za słówka jeszcze jej się nie znudziło i nic nie kosztowało. - Ale dobrze, niech będzie. Imię oraz przysługa wagi średniej brzmią jak zgrany duet. Poczekaj więc tutaj na mnie chwilę, moja śliczna, upewnię się tylko co do jednej rzeczy. Żebym cię nie okłamała. - Puściła jej oczko, po czym podciągnęła się zręcznie na własnych dłoniach i przełożyła zwinnie nogi nad ladą, lądując miękko tuż obok Brenny. Zrobiła to tak sprawnie, jakby miała to we krwi. Prawdę mówiąc, robiła to codziennie, a praktyka czyni mistrza.
Zniknęła na moment za zasłoną, która prowadziła do dalszej części Palarni. Musiała zamienić kilka słów z gościem, który tego dnia akurat robił za wykidajłę, bo on jej pomagał pewnego absztyfikanta eskortować za drzwi. Chciała się upewnić, że to ten, co go szuka Brenna, bo o ile większość opisu się zgadzała, to dalej nie pamiętała, czy miał tę bliznę na mordzie, czy nie.
Ochroniarz potwierdził, że miał. I że faktycznie wcześniej krzyczał chyba coś o Srokach, ale nie wie, czy z Melrose.
Changównie to wystarczyło. Wróciła do brygadzistki z uśmiechem na ustach, potem wsparła się bokiem o kontuar.
- Niecałą godzinę temu wyrzuciliśmy stąd gościa, który zabójczo przypominał twojego Briana. Jak już wspominałam, nie przedstawił się, ale za to przystawił się cieleśnie do jednej z pracownic. Rozumiesz, że takie zachowanie bez uzyskania czyjejś zgody zawczasu jest tutaj niemile widziane, toteż jego lico przeżyło spotkanie pierwszego stopnia z chodnikiem przed wejściem. Przykro mi, ale musimy być konsekwentni - wyglądała na naprawdę zasmuconą faktem, że przydarzyła mu się taka sytuacja. Tak naprawdę w dupie go miała. - Z gleby zgarniał go jakiś kumpel. Wyższy trochę, blondyn, zdecydowanie mniej żałosny. Mówił mu, że daj spokój stary, nie szarżuj, bo cię na kadzidła przerobią. Mądrego to aż miło posłuchać. A potem mu zaproponował, że pójdą się napić. Nie wiem gdzie, nie szłam za nimi. Zajęta jestem, mam tu wartę, bluszcz do oporządzenia, sama rozumiesz - westchnęła przeciągle na koniec swojego wywodu, prawie że z boleścią, że więcej nie ma jej do zaoferowania w tym temacie. Podparła się rękoma, wciągając tyłek na blat. Usiadła na nim w rozkroku, oparła łokcie na kolanach i pochyliła się ku dziewczynie.
- Bardziej pomóc nie umiem. Co najwyżej mogę ci powiedzieć, gdzie są jakieś najbliższe speluny, ale sprawdzić je będziesz musiała sama. - Nawet jeśli chciałaby pójść z nią i szukać Briana pod stołami, to nie bardzo mogła. Matka by jej łeb urwała, gdyby nagle zniknęła. - No więc, ja swoje zrobiłam, teraz twoja kolej, Bre... - przeciągnęła głoskę, patrząc na brygadzistkę wyczekująco, czekając, aż dokończy za nią swoje imię.
- Mnie otruć? - Zaśmiała się serdecznie pełną piersią, zupełnie jakby Brenna opowiedziała właśnie wyśmienity żart. Z perspektywy Longbottom mogło to wyglądać, jakby wątpiła w jej umiejętności trucicielskie, ale to była po prostu rodzinna przypadłość Changów. Niechybnie ich przodkowie tyle się nawąchali opium, że teraz już żadne toksyny nie robią na nich najmniejszego wrażenia. Nawet jakby bardzo tego chcieli. - Spokojnie, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni - zapewniła, powstrzymując się już od gromkiego śmiechu. Dobra, mogło jej jeszcze ewentualnie wykręcić mordę od paskudnego smaku, ale o tym nie chciała wspominać na głos, bo taki rynsztokowy język odejmował jej uroku.
Jeśli Brenna uważała, że prawda była nudna i to zapamiętywanie twarzy razem z nią, to chyba śniła. Znaczy, sama pamięć do twarzy nie była jakoś niespotykana, ale dokładne łączenie jej z imieniem, nazwiskiem, rocznikiem oraz niechybnie numerem buta jej, oraz jej kolegów - już tak. Stąd też niepewność, a może nawet i strach, które zrodziły się teraz w sercu Mewy, bo taki poziom inwigilacji naprawdę nie był dla niej normalny. Ona dbała o swoją anonimowość. Cieszyła się zawsze, że była jedną z wielu sióstr, nikim konkretnym. W ten sposób mogła codziennie być kimś innym, kim tylko sobie zamarzyła.
- I nigdy nie zagadałaś? Wstydź się - obróciła kotem ogonem, próbując ją żartobliwie skarcić. - A może właśnie o to chodzi? Wstydziłaś się? To nic złego, działam tak na ludzi. - Uśmiechnęła się ponownie, całkiem szczerze, choć z tyłu głowy nadal harcowała obawa, że Brenna wie o niej coś, czego ona sama o sobie nie wie. Albo gorzej, wie tyle, ile opowiedziały jej te rzekome koleżanki. Plotki bywały krzywdzące, Maeve doskonale o tym wiedziała, bo nie raz używała ich jako broni!
- Może jestem fae, widziałaś kiedyś Azjatkę z fiołkowymi oczyma? - Zagaiła, unosząc do góry jedną brew. Prawda była taka, że ona koło fae nawet nie stała, ale łapanie za słówka jeszcze jej się nie znudziło i nic nie kosztowało. - Ale dobrze, niech będzie. Imię oraz przysługa wagi średniej brzmią jak zgrany duet. Poczekaj więc tutaj na mnie chwilę, moja śliczna, upewnię się tylko co do jednej rzeczy. Żebym cię nie okłamała. - Puściła jej oczko, po czym podciągnęła się zręcznie na własnych dłoniach i przełożyła zwinnie nogi nad ladą, lądując miękko tuż obok Brenny. Zrobiła to tak sprawnie, jakby miała to we krwi. Prawdę mówiąc, robiła to codziennie, a praktyka czyni mistrza.
Zniknęła na moment za zasłoną, która prowadziła do dalszej części Palarni. Musiała zamienić kilka słów z gościem, który tego dnia akurat robił za wykidajłę, bo on jej pomagał pewnego absztyfikanta eskortować za drzwi. Chciała się upewnić, że to ten, co go szuka Brenna, bo o ile większość opisu się zgadzała, to dalej nie pamiętała, czy miał tę bliznę na mordzie, czy nie.
Ochroniarz potwierdził, że miał. I że faktycznie wcześniej krzyczał chyba coś o Srokach, ale nie wie, czy z Melrose.
Changównie to wystarczyło. Wróciła do brygadzistki z uśmiechem na ustach, potem wsparła się bokiem o kontuar.
- Niecałą godzinę temu wyrzuciliśmy stąd gościa, który zabójczo przypominał twojego Briana. Jak już wspominałam, nie przedstawił się, ale za to przystawił się cieleśnie do jednej z pracownic. Rozumiesz, że takie zachowanie bez uzyskania czyjejś zgody zawczasu jest tutaj niemile widziane, toteż jego lico przeżyło spotkanie pierwszego stopnia z chodnikiem przed wejściem. Przykro mi, ale musimy być konsekwentni - wyglądała na naprawdę zasmuconą faktem, że przydarzyła mu się taka sytuacja. Tak naprawdę w dupie go miała. - Z gleby zgarniał go jakiś kumpel. Wyższy trochę, blondyn, zdecydowanie mniej żałosny. Mówił mu, że daj spokój stary, nie szarżuj, bo cię na kadzidła przerobią. Mądrego to aż miło posłuchać. A potem mu zaproponował, że pójdą się napić. Nie wiem gdzie, nie szłam za nimi. Zajęta jestem, mam tu wartę, bluszcz do oporządzenia, sama rozumiesz - westchnęła przeciągle na koniec swojego wywodu, prawie że z boleścią, że więcej nie ma jej do zaoferowania w tym temacie. Podparła się rękoma, wciągając tyłek na blat. Usiadła na nim w rozkroku, oparła łokcie na kolanach i pochyliła się ku dziewczynie.
- Bardziej pomóc nie umiem. Co najwyżej mogę ci powiedzieć, gdzie są jakieś najbliższe speluny, ale sprawdzić je będziesz musiała sama. - Nawet jeśli chciałaby pójść z nią i szukać Briana pod stołami, to nie bardzo mogła. Matka by jej łeb urwała, gdyby nagle zniknęła. - No więc, ja swoje zrobiłam, teraz twoja kolej, Bre... - przeciągnęła głoskę, patrząc na brygadzistkę wyczekująco, czekając, aż dokończy za nią swoje imię.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —