30.10.2023, 00:21 ✶
Trzeba przyznać, że wypowiedziane przez niego słowa odrobinę zbiły ją z tropu, sprawiły, że wpatrywała się w niego z nutą podejrzliwości, jakby to znów przemawiał przez niego alkohol, kiedy to był tak wylewnym facetem. Pandora jednak uśmiechnęła się jeszcze ładniej, wzruszając ramionami z miną niewiniątka, bo przecież nie szykowała żadnego zamachu na jego życie. Z nią tak już było, że ogólnie rzecz biorąc, uśmiechała się dużo, ale przy nim może trochę więcej?
- Nigdy w życiu nie chciałabym doprowadzić do Twojego zgonu, a uśmiecham się, bo przecież jestem najlepszą dziewczyną na świecie, nie? - odparła na swoją obronę, puszczając mu oczko i dopiero gdy znów spojrzała w patelnię, przygryzła dolną wargę z odrobiną zirytowania, bo nie powinna mówić tego głośno. Cóż, w najgorszym wypadku wyjdzie, że ma jakieś duże ego i jest mało skromna, trudno, przecież mu nie powie, że to jego słowa lub też procentów. - Jednak jeśli grozi Ci cukrzyca, mogę się spróbować przestać tyle uśmiechać, ale to będzie trudniejsze niż wtedy, jak mówiłeś, żebym się nie odzywała.
Przyznała szczerze, bo tyle, o ile słowa dało się stłumić, tak uśmiech zdawał się nieodłącznym elementem jej twarzy. Czerwone kwiat kontrastowały z jasnym wazonem, wydzielają słodki zapach róż oraz jakiegoś owocu, może truskawek? Nie umiała określić, jednak uznała ich przesłanie za miły gest, całkiem ignorując bilecik. Nie miała pojęcia, że biedne rośliny go tak irytowały, bo przecież lubił florę, co wywnioskowała z marzenia o kaktusie.
- Zwariowałeś? Nie będę jadła biednego prosiaczka! - oburzyła się nieco, jednak w sposób wesoły i żartobliwy, nie była zła za takie słowa. Wszak była kobietą tolerancyjną, ugodową i nikogo do wegetarianizmu nie zmuszała lub nie krytykowała jedzenia mięsa. - Warto próbować nowych rzeczy, potem może nie być już okazji. To dobre, jak Ci się śpieszy! Czasem sobie sama wrzucam na bułkę jajecznicę, czy sadzone.- wyjaśniła jeszcze, korzystając z okazji i dorzucając mu na talerz obok miejsca na jajecznicę ogórki oraz słodkie, małe pomidorki. Trzeba jednak przyznać, że brunetka była kreatywna i pomysłów miała naprawdę wiele, te żywieniowe były tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Wywróciła oczami na słowa o tym, że mieszkanie było jej, bo przecież sama kazała mu się czuć, jak w domu. On, Akane, Danielle czy Ger — każdy właściwie, kogo zaprasza, miał takie przykazanie. - Więc korzystaj z wolności, czuj się swobodnie. Przecież ja Ci to cały czas sugeruje. - rzuciła w odpowiedzi, zajęta przygotowywaniem mu jajecznicy, wbijając w żółto-białą masę spojrzenie brązowych oczu. Może i to lepiej, że tkwiła w tej nieszczęsnej kuchni, bo mogłaby się gapić, a to byłoby już niegrzeczne oraz nachalne, dobre przyjaciółki tak przecież nie robią. Nie pożera się wzrokiem swoich kolegów, nawet jeśli jest ku temu dobry powód. Zresztą, miał dobrą sylwetkę i ładne ramiona, a ona była tylko człowiekiem z mnóstwem wad, nie miała przecież niczego złego na myśli, czasem zerkając zbyt długo. Znając blondyna, pewnie i tak tego nie zauważył lub był zbyt miły, aby zauważyć.
-No zaraz Ci pokażę! - powtórzyła z nutą podekscytowania w głosie, myśląc, że tak się tymi różami zafascynował, że sprawi mu przyjemność. Los jednak przewidział zupełnie inną serię niefortunnych zdarzeń, niż planowała sobie Pandora. Nie przeszkadzałoby jej też, gdyby patrzył po prostu tak, jak wcześniej, a nie tylko na jej twarz, bo przecież kobiety w kostiumie kąpielowym już widywał, bielizna niewiele się różniła, jeśli nie była przesadnie prowokująca. Bez bluzy było przyjemniej, jakby odzyskała pełną swobodę ruchów. Biała koszulka trochę na niej wisiała, zbyt duża z małym słoneczkiem wyhaftowanym na kieszonce, którą miała na piersi.
Nie planowała się poślizgnąć, nie chciała wpaść na niego, jak jakiś taran i przewrócić na kanapę. Wiedziała jednak, że Hjalmar by ją złapał już w momencie, w którym straciła równowagę. Zawsze to robił, nawet jeśli groził jej śmiercią przez utopienie lub zepchnięcie z klifu, ratował ją i tak. Jak zawsze, jego dłonie złapały ja pewnie i stabilnie, poza przyjemnym ciepłem i zapachem skóry Islandczyka, nie poczuła żadnego bólu lub dyskomfortu, za co była oczywiście wdzięczna, chociaż może gdyby trochę się uderzyła, to by zmądrzała i przestała biegać, jak postrzelona po mieszkaniu. Niby wiedziała, co zobaczy po uniesieniu powiek, a jednak zaskoczenie i drobna oznaka nieśmiałości przemknęła przez jej twarz, sprawiając, że zastygła w bezruchu, nie zdając sobie nawet sprawy, że chyba na chwilę przestała oddychać.
Diabeł, sam Voldemort ją podkusił do wypowiedzenia tych słów, dlaczego musiała tyle paplać? Nie chciała się narzucać, nie chciała sprawiać mu więcej kłopotów, a tym bardziej nie planowała pytać, naciskać. To przez te błękitne, przypominające niebo oczy, palnęła ot tak. Na szczęście znała skuteczną metodę uciszania, posyłając mu przy tym trochę przepraszające spojrzenie, a potem podniosła się, wciąż czując pod palcami ciepło jego skóry. I trudno było skupić się Pandorze na czymś innym, więc po prostu zabrała się do udawania, że wcale tego nie było.
- Masz chyba przeze mnie pecha. - zauważyła ni to rozbawiona, ni to przepraszając, ciężko było stwierdzić. Gdyby spojrzeć na całą ich historię, ile razy coś było, bo ona źle zrobiła? Nawet jeśli pokręcił głową i zaprzeczył, przyglądała mu się chwilę badawczo, jakby niedowierzająco. Miał do niej naprawdę dużo cierpliwości.
Kiełbasa skwierczała, intensywny zapach roznosił się po pomieszczeniu, a ona naprawdę nie chciała popsuć mu jeszcze śniadania.
Doleciała do kuchenki, o mało nie wywalając się, marudząc coś pod nosem o swoim gapiostwie. Z uwagą przyjrzała się mięsu, ale nie było spalone, jedynie bardziej przypieczone, co przyniosło jej westchnienie ulgi. Zupełnie nieświadoma rozterek wewnętrzny swojego gościa, włożyła mu wszystko na talerz, a potem wyłączyła gaz pod swoją owsianką, która też zdążyła trochę wykipieć. Jak Hjalmar.
- Też lubię spędzać z Tobą czas i zawsze nie mogę się doczekać, gdy mamy się spotkać. - odpowiedziała pogodnie, odwracając głowę przez ramię z uśmiechem, bo naprawdę, sprawił jej tymi słowami przyjemność. Coś w jego twarzy sprawiło jednak, że ściągnęła brwi, pozostając w tej pozycji z delikatnie rozchylonymi wargami, a na twarzy malował się niepokój. Niebo spochmurniało, jakby miała nadejść burza. Nie bał się? To nie tak? Pytania cisnęły się jej na usta, ale milczała, nie chcąc go poganiać.
A potem wybuchł trochę, czego zupełnie się nie spodziewała. I chyba to ją bardziej zaskoczyła niż kwestia wilkołactwa. Może gdyby dowiedziała się, że zanim miała okazję spędzić z nim tyle czasu, to zareagowałaby inaczej, ale Pandora była tylko Pandorą, kochała cały świat i wszystkie zamieszkujące go stworzenia. Zacisnęła usta, a buzia jej złagodniała, delikatnie przytaknęła głową na znak, że rozumie jego przeliterowanie. Owszem, była zaskoczona, ale nie sama klątwa wydawała się jej najgorsza w tym, o czym jej powiedział. Zacisnęła powieki na hałas, który wywołał uderzeniem, mimowolnie zerkając na dłoń z nadzieją, że sobie jej nie uszkodził. Jej paznokcie stuknęły w kuchenny blat, westchnęła i odwróciła się przodem do kuchenki, przyglądając się owsiance. Zwilżyła spierzchnięte usta, łapiąc za rondel i przelewając jego zawartość do miseczki, wbiła w nią wzrok. - Nawet jeśli byłbyś świecącym jednorożcem, niczego by to nie zmieniło, ale dziękuję, że mi powiedziałeś. To musiało być dla Ciebie trudne.. - zaczęła łagodnie, łapiąc za naczynia po kilku sekundach i odstawiając jedzenie na blat, a potem dostawiając do nich zaparzoną kawę. Przetarła dłonie w spodnie, prostując się i wbijając w niego wzrok. Podeszła do niego dość lekko i szybko, jej dłonie oplotły jego pas, a palce splątały się na wysokości pępka ze sobą, zaciskając uścisk. Dostrzegła też wystające kolce, co skwitowała prychnięciem. Był zdenerwowany, dużo musiało go to kosztować.
- Jedna noc w miesiącu nie zmienia tego, kim jesteś i jaki jesteś. Ludzie się boją tego, czego nie umieją pokonać lub okiełznać, a Ministerstwo do niczego się nie nadaje. Poza tym.. - przerwała po chwili, wydając z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, a potem przemknęła i okręciła się tak, że znalazła się między nim a ścianą. Złapała za jego policzki, unosząc jego twarz. - Każdy człowiek jest potworem, każdy jest taką różą z kolcami. Nie ma przecież idealnych osób. Co z tego, że jesteś wilkołakiem? Jesteś odważny, sprawiedliwy, masz dobre serce i zawsze się o wszystkich troszczysz. Jeśli ktoś taki jest zły, to co reszta świata ma powiedzieć? No i co to ma znaczyć, że zerwać kontakt? - zapytała już poważniej, siląc się na udawane oburzenie. Jej dłoń przemknęła niżej, palce zacisnęły się na podbródku. - Jeszcze raz tak zasugerujesz, a wezmę to do siebie i nigdy więcej się nie spotkamy. - zagroziła mu, a chwilę później puściła oczko, pozwalając, aby ręce jej opadły wzdłuż ciała z luźno puszczonymi palcami. - A teraz chodź, bo Ci wystygnie śniadanie. - zarządziła krótko, łapiąc go za nadgarstek i ciągnąc w stronę stołu. Mógł usłyszeć, że gada coś pod nosem o kolcach, którymi musi się zająć i faktycznie, gdy usiadł, to zanim zaczęła jeść swoją owsiankę, pozbawiła go nieprzyjemnych gości, przemywając dziurki po zielonych igiełkach, a przy okazji i sobie z palca jedną wyjęła. Usiadła obok niego, nieco, sięgając po leżącą obok miski łyżkę. Jej milczenie nie trwało jednak długo. Ciemne oczy zwróciły się w stronę jasnowłosego, a ona sama przekręciła się nieco na krzesełku, jednocześnie przechylając głowę nieco na bok. - Musiałeś być paskudnie samotny, Niedźwiadku. - mruknęła cicho, jakby to było jej największym problemem w całym jego wyznaniu i likantropii. Tyle stracił szans i ludzi przez to, że mogli go nie zaakceptować, skreślając przez uprzedzenia przy tym naprawdę wartościowego człowieka. I jego strach.. Często się bał? Co mogłaby zrobić, żeby mu pomóc i żeby poczuł się chociaż trochę lepiej? Owszem, wciąż jej głowa przetwarzała otrzymaną informację, ale zdawało się, że Prewettówna skupiała się na całkiem innych aspektach przypadłości, która go tak dusiła od środka. Nie zauważyła, że znów stuknęła paznokciami o miskę z owsianką, nie mogąc oderwać od niego wzroku - nie było to spojrzenie negatywne, przepełnione strachem lub oceniające, raczej łagodne i ciepłe, pełne troski, życzliwości. On zawsze będzie dla niej dokładnie takim, jakim dał się jej poznać. Zawsze będzie po prostu Hjalmarem, Islandczyk, Niedźwiadek z dalekiej Północy, który kontrastując z nią samą na każdym kroku, stał się stałym elementem jej codzienności, niezależnie od tego, co wydarzy się później. Nie umiałaby, a przede wszystkim, to nie chciałaby z niego zrezygnować.
- Nigdy w życiu nie chciałabym doprowadzić do Twojego zgonu, a uśmiecham się, bo przecież jestem najlepszą dziewczyną na świecie, nie? - odparła na swoją obronę, puszczając mu oczko i dopiero gdy znów spojrzała w patelnię, przygryzła dolną wargę z odrobiną zirytowania, bo nie powinna mówić tego głośno. Cóż, w najgorszym wypadku wyjdzie, że ma jakieś duże ego i jest mało skromna, trudno, przecież mu nie powie, że to jego słowa lub też procentów. - Jednak jeśli grozi Ci cukrzyca, mogę się spróbować przestać tyle uśmiechać, ale to będzie trudniejsze niż wtedy, jak mówiłeś, żebym się nie odzywała.
Przyznała szczerze, bo tyle, o ile słowa dało się stłumić, tak uśmiech zdawał się nieodłącznym elementem jej twarzy. Czerwone kwiat kontrastowały z jasnym wazonem, wydzielają słodki zapach róż oraz jakiegoś owocu, może truskawek? Nie umiała określić, jednak uznała ich przesłanie za miły gest, całkiem ignorując bilecik. Nie miała pojęcia, że biedne rośliny go tak irytowały, bo przecież lubił florę, co wywnioskowała z marzenia o kaktusie.
- Zwariowałeś? Nie będę jadła biednego prosiaczka! - oburzyła się nieco, jednak w sposób wesoły i żartobliwy, nie była zła za takie słowa. Wszak była kobietą tolerancyjną, ugodową i nikogo do wegetarianizmu nie zmuszała lub nie krytykowała jedzenia mięsa. - Warto próbować nowych rzeczy, potem może nie być już okazji. To dobre, jak Ci się śpieszy! Czasem sobie sama wrzucam na bułkę jajecznicę, czy sadzone.- wyjaśniła jeszcze, korzystając z okazji i dorzucając mu na talerz obok miejsca na jajecznicę ogórki oraz słodkie, małe pomidorki. Trzeba jednak przyznać, że brunetka była kreatywna i pomysłów miała naprawdę wiele, te żywieniowe były tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Wywróciła oczami na słowa o tym, że mieszkanie było jej, bo przecież sama kazała mu się czuć, jak w domu. On, Akane, Danielle czy Ger — każdy właściwie, kogo zaprasza, miał takie przykazanie. - Więc korzystaj z wolności, czuj się swobodnie. Przecież ja Ci to cały czas sugeruje. - rzuciła w odpowiedzi, zajęta przygotowywaniem mu jajecznicy, wbijając w żółto-białą masę spojrzenie brązowych oczu. Może i to lepiej, że tkwiła w tej nieszczęsnej kuchni, bo mogłaby się gapić, a to byłoby już niegrzeczne oraz nachalne, dobre przyjaciółki tak przecież nie robią. Nie pożera się wzrokiem swoich kolegów, nawet jeśli jest ku temu dobry powód. Zresztą, miał dobrą sylwetkę i ładne ramiona, a ona była tylko człowiekiem z mnóstwem wad, nie miała przecież niczego złego na myśli, czasem zerkając zbyt długo. Znając blondyna, pewnie i tak tego nie zauważył lub był zbyt miły, aby zauważyć.
-No zaraz Ci pokażę! - powtórzyła z nutą podekscytowania w głosie, myśląc, że tak się tymi różami zafascynował, że sprawi mu przyjemność. Los jednak przewidział zupełnie inną serię niefortunnych zdarzeń, niż planowała sobie Pandora. Nie przeszkadzałoby jej też, gdyby patrzył po prostu tak, jak wcześniej, a nie tylko na jej twarz, bo przecież kobiety w kostiumie kąpielowym już widywał, bielizna niewiele się różniła, jeśli nie była przesadnie prowokująca. Bez bluzy było przyjemniej, jakby odzyskała pełną swobodę ruchów. Biała koszulka trochę na niej wisiała, zbyt duża z małym słoneczkiem wyhaftowanym na kieszonce, którą miała na piersi.
Nie planowała się poślizgnąć, nie chciała wpaść na niego, jak jakiś taran i przewrócić na kanapę. Wiedziała jednak, że Hjalmar by ją złapał już w momencie, w którym straciła równowagę. Zawsze to robił, nawet jeśli groził jej śmiercią przez utopienie lub zepchnięcie z klifu, ratował ją i tak. Jak zawsze, jego dłonie złapały ja pewnie i stabilnie, poza przyjemnym ciepłem i zapachem skóry Islandczyka, nie poczuła żadnego bólu lub dyskomfortu, za co była oczywiście wdzięczna, chociaż może gdyby trochę się uderzyła, to by zmądrzała i przestała biegać, jak postrzelona po mieszkaniu. Niby wiedziała, co zobaczy po uniesieniu powiek, a jednak zaskoczenie i drobna oznaka nieśmiałości przemknęła przez jej twarz, sprawiając, że zastygła w bezruchu, nie zdając sobie nawet sprawy, że chyba na chwilę przestała oddychać.
Diabeł, sam Voldemort ją podkusił do wypowiedzenia tych słów, dlaczego musiała tyle paplać? Nie chciała się narzucać, nie chciała sprawiać mu więcej kłopotów, a tym bardziej nie planowała pytać, naciskać. To przez te błękitne, przypominające niebo oczy, palnęła ot tak. Na szczęście znała skuteczną metodę uciszania, posyłając mu przy tym trochę przepraszające spojrzenie, a potem podniosła się, wciąż czując pod palcami ciepło jego skóry. I trudno było skupić się Pandorze na czymś innym, więc po prostu zabrała się do udawania, że wcale tego nie było.
- Masz chyba przeze mnie pecha. - zauważyła ni to rozbawiona, ni to przepraszając, ciężko było stwierdzić. Gdyby spojrzeć na całą ich historię, ile razy coś było, bo ona źle zrobiła? Nawet jeśli pokręcił głową i zaprzeczył, przyglądała mu się chwilę badawczo, jakby niedowierzająco. Miał do niej naprawdę dużo cierpliwości.
Kiełbasa skwierczała, intensywny zapach roznosił się po pomieszczeniu, a ona naprawdę nie chciała popsuć mu jeszcze śniadania.
Doleciała do kuchenki, o mało nie wywalając się, marudząc coś pod nosem o swoim gapiostwie. Z uwagą przyjrzała się mięsu, ale nie było spalone, jedynie bardziej przypieczone, co przyniosło jej westchnienie ulgi. Zupełnie nieświadoma rozterek wewnętrzny swojego gościa, włożyła mu wszystko na talerz, a potem wyłączyła gaz pod swoją owsianką, która też zdążyła trochę wykipieć. Jak Hjalmar.
- Też lubię spędzać z Tobą czas i zawsze nie mogę się doczekać, gdy mamy się spotkać. - odpowiedziała pogodnie, odwracając głowę przez ramię z uśmiechem, bo naprawdę, sprawił jej tymi słowami przyjemność. Coś w jego twarzy sprawiło jednak, że ściągnęła brwi, pozostając w tej pozycji z delikatnie rozchylonymi wargami, a na twarzy malował się niepokój. Niebo spochmurniało, jakby miała nadejść burza. Nie bał się? To nie tak? Pytania cisnęły się jej na usta, ale milczała, nie chcąc go poganiać.
A potem wybuchł trochę, czego zupełnie się nie spodziewała. I chyba to ją bardziej zaskoczyła niż kwestia wilkołactwa. Może gdyby dowiedziała się, że zanim miała okazję spędzić z nim tyle czasu, to zareagowałaby inaczej, ale Pandora była tylko Pandorą, kochała cały świat i wszystkie zamieszkujące go stworzenia. Zacisnęła usta, a buzia jej złagodniała, delikatnie przytaknęła głową na znak, że rozumie jego przeliterowanie. Owszem, była zaskoczona, ale nie sama klątwa wydawała się jej najgorsza w tym, o czym jej powiedział. Zacisnęła powieki na hałas, który wywołał uderzeniem, mimowolnie zerkając na dłoń z nadzieją, że sobie jej nie uszkodził. Jej paznokcie stuknęły w kuchenny blat, westchnęła i odwróciła się przodem do kuchenki, przyglądając się owsiance. Zwilżyła spierzchnięte usta, łapiąc za rondel i przelewając jego zawartość do miseczki, wbiła w nią wzrok. - Nawet jeśli byłbyś świecącym jednorożcem, niczego by to nie zmieniło, ale dziękuję, że mi powiedziałeś. To musiało być dla Ciebie trudne.. - zaczęła łagodnie, łapiąc za naczynia po kilku sekundach i odstawiając jedzenie na blat, a potem dostawiając do nich zaparzoną kawę. Przetarła dłonie w spodnie, prostując się i wbijając w niego wzrok. Podeszła do niego dość lekko i szybko, jej dłonie oplotły jego pas, a palce splątały się na wysokości pępka ze sobą, zaciskając uścisk. Dostrzegła też wystające kolce, co skwitowała prychnięciem. Był zdenerwowany, dużo musiało go to kosztować.
- Jedna noc w miesiącu nie zmienia tego, kim jesteś i jaki jesteś. Ludzie się boją tego, czego nie umieją pokonać lub okiełznać, a Ministerstwo do niczego się nie nadaje. Poza tym.. - przerwała po chwili, wydając z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, a potem przemknęła i okręciła się tak, że znalazła się między nim a ścianą. Złapała za jego policzki, unosząc jego twarz. - Każdy człowiek jest potworem, każdy jest taką różą z kolcami. Nie ma przecież idealnych osób. Co z tego, że jesteś wilkołakiem? Jesteś odważny, sprawiedliwy, masz dobre serce i zawsze się o wszystkich troszczysz. Jeśli ktoś taki jest zły, to co reszta świata ma powiedzieć? No i co to ma znaczyć, że zerwać kontakt? - zapytała już poważniej, siląc się na udawane oburzenie. Jej dłoń przemknęła niżej, palce zacisnęły się na podbródku. - Jeszcze raz tak zasugerujesz, a wezmę to do siebie i nigdy więcej się nie spotkamy. - zagroziła mu, a chwilę później puściła oczko, pozwalając, aby ręce jej opadły wzdłuż ciała z luźno puszczonymi palcami. - A teraz chodź, bo Ci wystygnie śniadanie. - zarządziła krótko, łapiąc go za nadgarstek i ciągnąc w stronę stołu. Mógł usłyszeć, że gada coś pod nosem o kolcach, którymi musi się zająć i faktycznie, gdy usiadł, to zanim zaczęła jeść swoją owsiankę, pozbawiła go nieprzyjemnych gości, przemywając dziurki po zielonych igiełkach, a przy okazji i sobie z palca jedną wyjęła. Usiadła obok niego, nieco, sięgając po leżącą obok miski łyżkę. Jej milczenie nie trwało jednak długo. Ciemne oczy zwróciły się w stronę jasnowłosego, a ona sama przekręciła się nieco na krzesełku, jednocześnie przechylając głowę nieco na bok. - Musiałeś być paskudnie samotny, Niedźwiadku. - mruknęła cicho, jakby to było jej największym problemem w całym jego wyznaniu i likantropii. Tyle stracił szans i ludzi przez to, że mogli go nie zaakceptować, skreślając przez uprzedzenia przy tym naprawdę wartościowego człowieka. I jego strach.. Często się bał? Co mogłaby zrobić, żeby mu pomóc i żeby poczuł się chociaż trochę lepiej? Owszem, wciąż jej głowa przetwarzała otrzymaną informację, ale zdawało się, że Prewettówna skupiała się na całkiem innych aspektach przypadłości, która go tak dusiła od środka. Nie zauważyła, że znów stuknęła paznokciami o miskę z owsianką, nie mogąc oderwać od niego wzroku - nie było to spojrzenie negatywne, przepełnione strachem lub oceniające, raczej łagodne i ciepłe, pełne troski, życzliwości. On zawsze będzie dla niej dokładnie takim, jakim dał się jej poznać. Zawsze będzie po prostu Hjalmarem, Islandczyk, Niedźwiadek z dalekiej Północy, który kontrastując z nią samą na każdym kroku, stał się stałym elementem jej codzienności, niezależnie od tego, co wydarzy się później. Nie umiałaby, a przede wszystkim, to nie chciałaby z niego zrezygnować.