30.10.2023, 22:40 ✶
Jakie to smutne widzieć ludzi kochanych przez siebie z całego serca, chcących zrobić ci krzywdę, zranić cię. Nie musiał robić tego w sposób fizyczny, żeby momentalnie skuliła się na tym krześle. To nie było tak, że nie była w stanie mu się postawić, właściwie to od razu nabrała chęci żeby mu odpyskować, sprowadzić do parteru za te jego durne teksty przeplatane świadectwami kompletnej bezmyślności wobec tego, co działo się wokół niego. Młoda Macmillan po tej rozmowie poczuła nad swoim bratem wyższość. Kiedy wysyłała do niego list, Murtagh wydawał się być tak odległy, tak nieosiągalny i jednocześnie tak tajemniczy, a ta tajemniczość nadawała mu charakteru kogoś sprawującego kontrolę nad swoim życiem, nad swoimi poczynaniami. Teraz wreszcie mogła w to zwątpić. Mogła uwierzyć w lepszy koniec, wcale nie było za późno.
Nawet jeśli się teraz bała. Nawet jeżeli ręka zatrzęsła się jej, kiedy Murtagh podniósł się z krzesła, to nie był koniec. Do diabła z tym paskudnym piwem i whiskey, ta sytuacja zasługiwała na otwarcie najlepszego szampana, bo dzięki niej obok rozpaczy mogła kwitnąć w niej nadzieja, a kwiaty nadziei pachniały najpiękniej wśród wszystkich kwiatów jej duszy.
W górującym nad nią mężczyźnie każdy dojrzałby potwora, bo on przecież tym potworem był, ale miłość miała to do siebie, że czyniła ludzi ślepymi na te detale. Mógł mieć bardzo ostre pazury, mógł mieć wielkie kły, mógł dyszeć jej nad uchem najgorsze myśli jakie tylko produkowała dusza człowieka tak zepsutego, ale to wciąż był... On. Można było zadać sobie pytanie, czy w tych bajkach, w których monstrum zamienia się w człowieka po pierwszym pocałunku nie chodziło tylko to, że stojąca naprzeciwko niego kobieta uległa swoim uczuciom i spojrzała na niego inaczej?
Wpierw nie odpowiedziała mu nic, dała mu po prostu odejść w kierunku okna i pić. Sama odetchnęła głęboko, po czym wstała, świadomie skracając pomiędzy nimi dystans.
- Bo cię kocham - odpowiedziała mu na pytanie zadane dobrą minutę temu. - Kocham cię i uważam, że mam p'awo sphóbować. Bo jestem moim bhatem. Jesteś ty przynajmniej szczęśliwy? - A później tak po prostu, cholernie nierozważnie objęła go chuderlawymi rękoma i przytuliła do siebie, o ile nie odtrącił jej rąk. A jeżeli ją od siebie odrzucił - zachwiała się niezdarnie, upadając na najbliższy mebel.
Nawet jeśli się teraz bała. Nawet jeżeli ręka zatrzęsła się jej, kiedy Murtagh podniósł się z krzesła, to nie był koniec. Do diabła z tym paskudnym piwem i whiskey, ta sytuacja zasługiwała na otwarcie najlepszego szampana, bo dzięki niej obok rozpaczy mogła kwitnąć w niej nadzieja, a kwiaty nadziei pachniały najpiękniej wśród wszystkich kwiatów jej duszy.
W górującym nad nią mężczyźnie każdy dojrzałby potwora, bo on przecież tym potworem był, ale miłość miała to do siebie, że czyniła ludzi ślepymi na te detale. Mógł mieć bardzo ostre pazury, mógł mieć wielkie kły, mógł dyszeć jej nad uchem najgorsze myśli jakie tylko produkowała dusza człowieka tak zepsutego, ale to wciąż był... On. Można było zadać sobie pytanie, czy w tych bajkach, w których monstrum zamienia się w człowieka po pierwszym pocałunku nie chodziło tylko to, że stojąca naprzeciwko niego kobieta uległa swoim uczuciom i spojrzała na niego inaczej?
Wpierw nie odpowiedziała mu nic, dała mu po prostu odejść w kierunku okna i pić. Sama odetchnęła głęboko, po czym wstała, świadomie skracając pomiędzy nimi dystans.
- Bo cię kocham - odpowiedziała mu na pytanie zadane dobrą minutę temu. - Kocham cię i uważam, że mam p'awo sphóbować. Bo jestem moim bhatem. Jesteś ty przynajmniej szczęśliwy? - A później tak po prostu, cholernie nierozważnie objęła go chuderlawymi rękoma i przytuliła do siebie, o ile nie odtrącił jej rąk. A jeżeli ją od siebie odrzucił - zachwiała się niezdarnie, upadając na najbliższy mebel.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.