Tak, była uparta… Ale tak naprawdę bardzo rzadko to pokazywała – tak jej się przynajmniej wydawało. Starała się… chodzić na kompromis, starała się wysłuchać drugiej osoby, wziąć jej zdanie pod uwagę. Często nawet wolała, by to druga strona podjęła decyzję, dawała wolną rękę. A potem przychodziły takie momenty, kiedy panna Lestrange przypominała o swoim charakterku. Kiedy nagle przestawała się poruszać jakby miała czas na wszystko, a nagle doznawała jakiegoś przyspieszenia, albo… zaczynała tupać nóżką i trudno ją było przekonać do tego, żeby przestała. Choć… To też zależało od sytuacji. Mimo wszystko nadrzędną cechą jej charakteru było to, że potrafiła być taka delikatna i łagodna dla otaczających ją osób. Nie chciała być dla nikogo ciężarem, więc nosiła swoje myśli na własnych barkach, otaczając się oklumencją i wynikającymi z niej maskami, nie chciała, by inni rozwiązywali jej problemy i tak dalej. Ale jakiś czas temu zrozumiała już, że ludzie chcieli czuć się w życiu potrzebni i dopuszczenie ich do siebie, by ściągnąć nieco ze swoich ramion było dobre… dla wszystkich.
– I to bardzo – potwierdziła. Mówiła mu już kiedyś, że uwielbia koty. Że zawsze chciała mieć jednego, ale nie pozwolili jej kupić takiego do szkoły i jakoś się to rozmyło. Ale zawsze kiedy widziała jakiegoś kota na ulicy, to potrafiła się zatrzymać, zawołać, poczekać czy podejdzie, żeby choć trochę takiego popieścić. Nawet teraz, gdy była taka zimna… Do zimna można się było przyzwyczaić, dowodem na to była Cynthia, Brenna… One zdawały się już tego chłodu nawet nie zauważać. Tak samo jak Victoria przyzwyczaiła się do chłodu Sauriela… nim jej samej się to nie przytrafiło, a już teraz… To całkowicie przestawało mieć znaczenie, przynajmniej w jego obecności. Ale koty… Niektórym kotom zdawało się to nie przeszkadzać.
Skoro nie odpierdoliła się po tym, co jej pokazał, skoro go nadal nie wydała, to był chyba jasny znak, że było bardzo mało rzeczy, których by nie zniosła. Czy Sauriel był tym zaskoczony? Victoria… Była. Na początku. I to naprawdę nie było tak, że nie zdawała sobie sprawy z tego, co robił. Co musiał robić… Co jej powiedział. Rozumiała. Nie podobało jej się to. Ale nie mogła, nie potrafiła i nie chciała go wydać. Był osobą, która miała tak ogromnego pecha… Która tak bardzo potrzebowała tego światła w swoim życiu.
– W porządku – i tak nie miała wiele więcej do powiedzenia na temat jego ojca, ale zgodnie z jego prośbą – zamilkła. To też rozumiała, że to był dla niego bolesny i drażliwy temat. Jak drzazga w palcu. Rozumiała jego uczucia do swojego ojca; nienawiść, złość…. Naprawdę potrafiła to sobie wyobrazić. Po tym wszystkim co mu zrobił, jak traktował go całe życie. I dlaczego? Czy dzięki temu czuł się panem i władcą nad życiem? Czyimś? Bezbronnym? Kogoś z jego krwi? [/a]Sam zaczął ten temat, nie rozumiała, dlaczego nagle podchodził do niego tak… lekceważąco nawet, jakby to było nieważne. Ale to przecież były jego słowa, jego myśl. A ona chciała mieć jasność… I chciała by i on ją miał – że dla niej ta ich relacja… jakakolwiek nie była… była ważna. I nie chciała jej urywać, nawet jeśli ktoś z zewnątrz powiedziałby, że powinni. Ale Victoria nie chciała słuchać. Chciała prowadzić swoje życie po swojemu. Wcale nie chciała iść przez nie samotnie, o ile przyjemniej byłoby wiedzieć, że ma oparcie w drugiej osobie, że ją złapie, nawet jeśli by się potknęła. Że mogą sobie radzić… wspólnie. Nigdy nie sądziła, że jej uczucia dla kogokolwiek staną się zbyt ciężkie.
– Kierował moim życiem? – powtórzyła za nim i uniosła nieco brwi. Błysk na jego ręce przykuł jej uwadze na zawieszce skorpiona na bransoletce, jaką mu podarowała. To było miłe – że nadal ją miał i nosił, a nie wyrzucił. Też nie była pewna, czy Sauriel próbuje ją odtrącić czy nie, ale widząc w jakim jest nastroju i w jakim sama była nastroju… nie chciała tego zbyt mocno brać do siebie. Więc zamiast uczepić się tego niemiłego „powinno”, to dopiła swoją szklankę i zamachała do kelnerki po drugą. – Postanowiłam się wyprowadzić – odpowiedziała mu na to. – Chwilę to potrwa, bo nie chcę, żeby matka to utrudniała, więc będę wynosić rzeczy po trochę, ale nie będę tam już mieszkać – to znaczy za niedługo… Bo póki co będzie musiała. Ale nie dzisiaj. Nie, dzisiaj nie zamierzała wracać do Doliny Godryka. – Miałam na myśli, że nie chcę tego słyszeć od bliskich – wyjaśniła krótko, a potem zapatrzyła się na Sauriela i westchnęła. Nie mogę odpowiedzieć na twoje uczucia ani na to, czego ode mnie chciałaś. A co od niego chciała? Zdaje się, że nigdy mu tego nawet nie powiedziała. – Wiem o tym – powiedziała cicho po chwili. – Nie oczekuję tego. Wiem, że nie możesz tego odwzajemnić, bo w pierwszej kolejności musiałbyś pokochać samego siebie – a tego nie robił. Nie znosił siebie. I nie musiał tego mówić na głos, zaprzeczanie też by nic nie dało, bo ona to wiedziała. Tyle razy przy niej nazywał samego siebie rynsztokiem, śmieciem… Próbował skończyć swoje życie. To było dla niej jasne i oczywiste – ten przekaz. – Ale dla mnie naprawdę jesteś wart znacznie więcej niż o sobie myślisz – i wiele mu zawdzięczała. I czuła się przy nim bezpiecznie, i spokojnie… Nawet jeśli trudno mu to było zaakceptować. – Dla mnie naprawdę jesteś ważny – dodała cicho.