Dziewczyna sama była podekscytowana. Nawet zbliżające się spotkanie z Augustusem nie sprawiało, że czuła się zdenerwowana. Wiedziała, że jak przyjdzie dzień ostateczny jej głowa zostanie rozwalona przez milion wątpliwości, ale teraz planowała już głowie jak urządzi ich nowy biznes, jak będzie spędzać czas, gdy Olivia z nią zamieszka. Paxton mieszkała od prawie dziecka sama, prawie zawsze wychowywała się na własną rękę. Jej rodzice to osoby o lekkim podejściu do życia, nigdy nie opiekowali się nią szczególnie mocno, pozwalali jej na wszystko, zwykle spędzała czas na wsi, gdzie też nie było jakichś szczególnych zasad – głównie to nie zbliżać się do lasu lub bagien. Im starsza była tym częściej zostawała sama. Wypracowała mechanizm opiekowania się innymi, pomagania za darmo, bycia zawsz, gdy ktoś jej potrzebował, bo sama zawsze zostawała ze swoimi problemami bez niczyjej pomocy. Nie chciała, aby inni ludzie czuli tę samą pustkę.
Szykowała się do pracy. Dzisiaj miała przyjść na dwunastą, więc miała jeszcze sporo czasu, aby coś zjeść i wypić ukochaną przez nią czarną jak smoła kawę. Tak, Avelina była totalnym smakoszem kawy, dostawała od rodziców ogrom paczek z ziarnami tego czarnego napoju bogów. Nie spodziewała się gości, więc jak usłyszała łomotanie do drzwi podniosła się z miejsca jak poparzona dobywając różdżki. Od Beltane Avelina nie była spokojnym człowiekiem, zdecydowanie bardziej uważała na ludzi, których spotykała dookoła, nie ufała i jeszcze bardziej się skrywała przed okazywaniem emocji. Spojrzała przez Judasza, a widząc rudą czuprynę przyjaciółki opuściła różdżkę i drzwi jej otworzyła.
– Cześć, co się stało? Czemu rymujesz? – zaśmiała się wpuszczając ją do środka, a następnie zamknęła za nią drzwi.
Mieszkanie Aveliny było niewielkie, ale miało oprócz tego piętra jeszcze poddasze, na którym Ave miała swój pokój.