Cóż innego miał uczynić, niż jej poszukiwać? W końcu przysięgał Józi, że będą razem aż ich śmierć nie rozłączy, a jednemu i drugiemu nie było raczej śpieszno aby odwiedzić osobiście samego Merlina - Takiego drugiego promyczka szczęścia jak Ty to ja bym też przecież nigdzie nie znalazł - przyznał - Smutna prawda. Trzeba będzie znaleźć Bimberka Juniora... A najlepiej to znaleźć jakąś sówkę i ją uratować. Takie przecież są najlepsze, a i dobry uczynek jeno zrobim! - odparł. Otto nie miał zamiaru katować ich sowy. Jeżeli Bimberek tylko poczuje się gorzej albo osłabnie to przejdzie na zasłużoną emeryturę i zamieszka w jednej z dziupli na terenie ich gospodarstwa. To będzie najlepszy czas w jego życiu, a zarazem uznanie jego wysiłku.
- No jak to co się stało Józia? Wszyscy z góry nas obserwują i widzą żem my prawi i dobzi ludzie, więc nam błogosławią w tym życiu. Nikomu źle nie życzymy, pomocnim dla innych - wytłumaczył, unosząc głowę do góry. Abbott był święcie przekonany, że coś musi być na rzeczy. Ktoś musiał się nimi opiekować i sprawować pieczę nad ich rodziną. Nie było innej możliwości.
- Oj, no tak. Ja żem ciągle zapominam, że one to w tym mieście żyją i nie mają całego gospodarstwa do ogarnięcia. Jeno racje masz słuszną, że tak mówisz. Ja żem jej nie gonię przecież, broń Merlinie. Jeno szczęścia dla niej chcę - zgodził się z żoną. Przejechał po swoim wąsie na słowa najdroższej - no tu miała rację, że potrafił tworzyć arcydzieła w kuchni. No i chyba można by śmiało stwierdzić, że ich droga Norka miała ten dar po tej części rodziny.
- Wymienią, wymienią. Uczciwe są to się tam dogadają ze sobą, a jeno nie można Bimberka za to karcić czy skarżyć. Gdyby przyjeżdzały częściej to by nie trza im sów posyłać, a do rąk by im dano - pokręcił głową z pewnego rodzaju dezaprobatę na taki obrót spraw. Otto pamiętał jeszcze jak niemal wszystkie dzieciaki zjeżdzały do ich gospodarstwa na wakacje aby odpocząć od tego miejskiego zgiełku... Ale wiedział też, że czasy się zmieniły i ten jakiś Pan Czarny się panoszył po świecie ze swoimi giermkami. Jakby ich tylko spotkał i na szabel wyzwał jednego z drugim. Aj! Już to widział w swojej wyobraźni jak wołają do niego - Skończ Waść! Wstydu oszczędź! A że on dobry szermierz i człowiek to by odpuścił bo jak się poddają to co innego ma zrobić?
- Ale to najlepiej jak już to wszystko ładniej zakwitnie. Wtedy te wszystkie zapachy owoców będą się przeplatać po naszym sadzie i będzie miło i przyjemnie - dodał, przytulając Józię - Już nie mogę się doczekać tej woni destylaciku o smaku lata... Coś pięknego - aż go zakręciło w nosie na samą myśl. Otto miał w sobie coś z alkoholika ale takiego z wyczuciem i umiarem. Pił dopóki mógł, a mógł dopóki mu nie zabroniła małżonka - ale jemu to nie przeszkadzało. Wiedział, że dba w ten sposób o jego zdrowie.
- Ja im dam, że czasu mieć nie będą. Jeno jeden dzień w roku aby się tu zebrać im nie zaszkodzi. To nawet się w głowie nie mieści, że któreś mogło by nam taką przykrość sprawić. To tak jakbyśmy zapomnieli im prezentu wysłać! No nie do pomyślenia! - uniósł fajkę do góry w geście odgrażania się - Chodź no Józia zobaczymy tego beza co nam Pszczółka nasza wysłała. Może jakiejś kapuczyny by nam zrobił do tego? - zaproponował, wystawiając swoją rękę tak aby Józefina mogła go złapać pod nią i ruszył czym prędzej w kierunku ich domostwa. Musieli przecież jeszcze nakarmić Bimberka, który musiał być bardzo głodny.
Kiedy dotarli na ganek, Otto dostrzegł, że po ich sowie nie było ani widu ani słychu. Zniknęła. Wyparowała - Niech mnie Merlin bije. Na moją miłość do Ciebie, gdzie ten nasz Bimberek się podział? Dopiero tutaj wody pił, a teraz znowu gdzieś poleciał? - rzekł, opierając się o parapet. No niemożliwy był to ptak. Tak pracowity jak ich właściciele, a stary był i powinien odpoczywać dużo więcej, niż przedtem.