Chciała, żeby to wyglądało inaczej. Ba, wiele by za to dała. Wcale niełatwo jej było przestać się chronić i wzbraniać, zawsze bała się zranienia i kiedy w końcu się ośmieliła to… okazało się, że nie jest dla drugiej osoby tak ważna. Bo nie odwzajemniał jej bardzo nieśmiałych, ale nadal czystych uczuć – i to był cios prosto w miękkie serce, które nagle pozostało bez ochrony. Chciała być w ten sposób dla kogoś ważna. Choćby to miało trwać tylko chwilę, to chciała się poczuć ważna, chciała się poczuć chciana, chciała się poczuć kochana. Chciała, by to nie było jednostronne. I niełatwo sobie było z tym poradzić. Prawdę mówiąc, to z tym odrzuceniem nie radziła sobie wcale dobrze, po porostu… starała się jakoś zachować twarz. I zamiast z chęcią i ciekawością spoglądać w przyszłość, to zerkała w jej kierunku lękliwie; jej pewność siebie… po prostu znikła, chociaż starała się walczyć, ale to była trudna walka. Jej życie, jego stałe elementy, filary, na których mogła się oprzeć po prostu zaczęły się rozsypywać i ostatecznie… zostawała z tym sama. Z bólem, jakiego wcale nie chciała doświadczać.
– Nie nadążam za tobą – przyznała w końcu po chwili konsternacji. – Najpierw sam coś sugerujesz, ja pytam, ty nie wiesz o co mi chodzi. Teraz znowu coś mówisz, ja pytam i odpowiadasz jakoś nie wiem… – nie była zirytowana, po prostu bardzo chciała go zrozumieć, ale wcale tego nie ułatwiał. – Dobrze, jeszcze raz. Powiedziałeś, że będziesz kierować moim życiem, dopóki będę utrzymywała z tobą relację. W jaki niby sposób? – powtórzyła, bo miała wrażenie, że Sauriel się kompletnie rozkojarzył i nie kontrolował nawet tego co mówił, a w rezultacie, to i rozmowy również nie. – „My” zazwyczaj zawiera w sobie jakąś grupę ludzi – dodała jeszcze do całości, ale nie miała zielonego pojęcia jak to rozumieć w tym kontekście. Dla niej to brzmiało jakby Sauriel sam się gubił. Albo jakby część rozmowy między nimi rozgrywał solo w głowie, a potem na głos mówił inną część.
Nie chciała mieć od niego spokoju.
– Co? Skąd ty to niby wyciągnąłeś? – zupełnie nie miała na myśli żadnego nagabywania i to jeszcze w sposób, jaki zasugerował Sauriel. I owszem… Jedna osoba nieco mocniej wyraziła swoje zdanie, reszta raczej mówiła, żeby sobie to przemyślała, ale Victoria… Naprawdę. Sobie. To. Przemyślała. I to to ją wkurwiało. To, że mówili jej takie idiotyczne oczywistości, z którymi ona radziła sobie od kilku miesięcy. – Po pierwsze to nikt mnie nie nagabuje, po drugie tak się jakoś składa, że ponownie nie mam narzeczonego – jakby zapomniał… – A po trzecie nie to miałam w ogóle na myśli. Chodziło mi o moją rodzinę, która nie pytała mnie o zdanie i coś mi dwa razy kazała – wyjaśniła, skoro nie było to dla niego jasne i oczywiste. – I o ciebie. Bo wydaje ci się, że wiesz lepiej czego chcę, a czego nie chcę. I co mi sprawia radość, a co mnie unieszczęśliwi – Victoria była świadoma, że w lwiej części w ogóle nie odpowiedziała Saurielowi na jego słowa kiedy byli na spacerze w parku. Albo kiedy siedzieli w ogrodzie u niego w domu. Była świadoma, że on dorobił sobie o niej jakieś wyobrażenia, a ona ich nie zweryfikowała. Potrzebowała czasu, żeby to sobie poukładać w głowie, przemyśleć i nabrać odwagi na rozmowę – ale tego czasu nie dostała, bo o niego, zupełnie głupio, nie poprosiła. Natomiast… Sauriel uważał, że ją unieszczęśliwi małżeństwem i tak dalej. A obecnie… To wyglądało tak, że to teraz była nieszczęśliwa. I on… też wcale nie wyglądał jakby się cieszył.
Dlaczego próbowałeś się zabić? To nie dawało jej spokoju. Dlaczego jednego dnia mówisz mi, że jestem twoją inspiracją do życia, a kolejnego wychodzisz na słońce by spłonąć?
To ta cisza, wszystkie niewypowiedziane słowa – to to ich dzieliło, nic więcej. Victoria miała tyle rzeczy, które chciała mu powiedzieć. Tyle, o które chciałaby zapytać. Tyle, o których chciała go zapewnić, ale bała się. Bała się, że to może być dla niego za dużo, albo że znowu ją odepchnie. Że wstanie, wyjdzie i już nigdy go nie zobaczy.
I pomimo tego, że częściowo rozumiała co działo się z Saurielem, to nie potrafiła wyzbyć się tych niechcianych myśli, w których zadawała sobie pytanie co z nią jest nie tak? Czego jej brakuje, że nie mógłby tego odwzajemnić? Co inne kobiety miały w sobie takiego, czego ona nie miała, że z nią nigdy, przenigdy nawet nie próbował flirtować? Musiała być jakimś wybrakowanym modelem, brzydulą nie wartą spojrzenia, nikim interesującym. Dobra kumpelka, ale nikt więcej… Naprawdę chciała, żeby było inaczej. Tym bardziej, że żyli w czasach jakich żyli. Nie wiedziała tak naprawdę ile życia jej zostało – czy nie zginie za tydzień, albo za miesiąc. Albo czy to właśnie nie był ostatni rok jej życia. Nie chciała się łapać byle czego. Chciała tego, co sama uważała za najlepsze. I to był jej wybór. Nie jej rodziny, nie jej znajomych czy przyjaciół. Tylko jej wybór. Sama też chciałaby być czyimś wyborem.
– Jasne… Ty na mnie też – jakby jeszcze tego nie wiedział; miał Mroczny Znak na ręce, pokazał go jej i ciągle chodził wolny. Wiedziała, że nie potrafiłaby go skrzywdzić, nie potrafiłaby podnieść na niego różdżki… jeśli jakimś cudem by go rozpoznała. I pozostawało jej się modlić, by nigdy nie trafiła na niego w pracy. I by nie stała mu się żadna krzywda. – Och, no pewnie. Znaczy chętnie. Jeśli chcesz – chociaż tak jak mówiła… chciała to zrobić stopniowo, żeby ja najmniej zaalarmować matkę. Na pierwszy ogień zabrać z domu najważniejsze dla niej rzeczy. Spojrzała na Sauriela, naprawdę mocno się zastanawiając nad tym jak mu pomóc… Bo kiedy początkowa „radość” jaką sobą prezentował opadła, to wróciło to, co znała z ostatnich spotkań. To nie brało się z niczego. Więc z czego? Skoro wszystko szło tak jak chciał?