To miejsce było idealnie ustronne na przytulanie się kochanków. Kim pragnęła czegoś więcej, chciała jego ust na swoich, ale wiedziała, że nie mogła od niego wymagać takich rzeczy. Wiedziała, że oswajanie Gio było bardziej złożone niż uwodzenie innych mężczyzn. Miała wrażenie, że Giovanni bał się otaczającego świata bardziej niż powinien, bał się okazywać uczucia, a Kim widziała w jego oczach tęsknotę, której nie mogła sklasyfikować. Tęsknił za nią? Czy może za inną kobietą? Może pragnął kogoś innego?
Ile by dała, aby Urquart wyzwolił w sobie ogień, który pożarłby jej ciało, ile by dała, aby nie dusił tych iskier, które pojawiały się, gdy go obejmowała. Nie miała zamiaru przestać okazywać mu swoją miłość w ten sposób. Każdy miał swój rodzaj miłości, a ona okazywała ją właśnie tak. I tylko Giovanni miał ten zaszczyt poznać jej odwagę, która pozwalała jej na pokazywanie się przy nim w szlafroku. Czy miałaby odwagę wyjść do niego w samym ręczniku? OCZYWIŚCIE. Kim nie znała taktu, nie znała takich rzeczy jak przyzwoitość. Pojęcie było jej jako tako rozumiane, ale wobec Gio nie miała zamiaru się krępować. Nie po to tu przyjechała, aby chować się przed nim w lisiej norze.
Gdy poczuła, że już dosyć chciała się odsunąć, ale Giovanni ją przyciągnął do siebie, nie pozwolił jej się odsunąć, co sprawiło, że ciało Kim zapłonęło żywym ogniem. Zamknęła oczy i przyległa do jego ciała jeszcze bardziej, jeszcze ufniej, jeszcze bardziej spragniona niż po latach rozłąki. Ile by dała, aby Gio czuł to samo do niej, co ona do niego. Ile by dała, aby zrobił jakiś większy krok, ale czuła, że to co zrobił teraz było już i tak ogromnym krokiem w ich relacji. Czuła, że ten uścisk był jej bardziej potrzebny niż jemu.