Oddech nie chciał się jej uspokoić, a myśli biegały galopem po krainie, w której nie było przyzwoitości, gdzie kochała się z nim na trawie, wśród chaszczów jak bezwstydnicy. Chciała nie mieć wstydu, chciała poczuć go w sobie, chciała słyszeć jego podniecony oddech i żarliwe, niespokojne pocałunki, ale nie potrafiła pozbyć się obaw, strachu i wątpliwości, czy postępuje słusznie. Otoczka ich znajomości zawsze była nieodpowiednia, zła, pełna bólu. Chciałaby móc urodzić się kimś odpowiednim dla niego, kimś kto bez przeszkód dałby się ponieść emocjom, kimś kto nie odsunąłby się, gdy jego palce zawędrowały do jej majtek. Tak cholernie chciała, aby dokończył, aby zbrukał jej ciało, sprawił by poczuła się jeszcze bardziej brudna, ale nie mogła, nie mogła wyzbyć się tego cholernego strachu, że to niestosowne, że nie tylko niszczy Augustusa, ale także jego dzieci i żonę, całą rodzinę, cały bagaż jego doświadczeń i całą jego pracę. Gdy ją pocałował z jej ust wydostał się pomruk zadowolenia, odwzajemniła pocałunek, bo potrzebowała go. Zamknęła oczy, gdy tylko się odsunął, gdy tylko poprawił jej ubranie, ale ona nie zrobiła nic. Leżała na tej trawie nie otwierając oczu, pragnąc, aby był to sen nieszczęśliwy i bolesny. Słysząc jak jego oddech nadal jest nie równy, a potem jego śmiech sama się cicho zaśmiała. Spojrzała na niego układając się bokiem, aby móc na niego spojrzeć. Był tak cholernie idealny i przystojny, że nie mogła uwierzyć, że naprawdę ona mu się podoba. Widzą jak walczył z podnieceniem, a ciało zaczynało się uspokajać cicho westchnęła z tęsknotą w oczach. Chciała jego dłoni, ale nie potrafiła zdobić się na odpowiednią ilość odwagi.
– Sam chyba poisz się eliksirami na miłość – odpowiedziała obserwując jego profil, aby móc go zapamiętać, aby wyryć ten dzień w swojej głowie. Zapamiętać jego dotyk, jego dłonie ściskające jej uda, usta całujące jej własne tak żarliwie, że podniecenie samo wracało na tę myśl. Jego słowa i szept ochrypły z podniecenia, dziki i pragnący jej całej. – Może kiedyś nam się uda – szepnęła i odważyła się przysunąć do niego, aby położyć głowę w wgięciu jego barku. Objęła jego tors ręką i zamknęła znowu oczy. Jego zapach działał na nią w przyjemny sposób, w taki, którego nie potrafiła nawet określić w głowie. Czuła się spokojna i bezpieczna.
– Dawno nie mieliśmy szansy na normalną rozmowę. Chyba tylko wtedy w szkole potrafiliśmy rozmawiać bez kłótni – mówiła cicho, spokojnie, próbując opanować swoje myśli i ciało – Zagrajmy w grę, ja zadam ci pytanie, potem ty. Dajmy sobie szansę, aby się poznać – mówiła trochę niepewnie jakby bała się, że to co mówi jest zabrzmi głupio. – Zacznijmy od prostej rzeczy: jaki kolor lubisz? – cicho się zaśmiała, bo było to takie naiwne, takie odwrotne od tego, co jeszcze chwilę temu robili i mówili.