– To dość normalne. Ludzie między sobą w ten sposób na siebie oddziałują – nie widziała w tym niczego niepoprawnego, tak po prostu było, jeśli miało się wokół siebie ludzi. Bliskich ludzi. Jedni wpływali bardziej, drudzy mniej, w różnym stopniu i w różnych sferach życia, ale nie dało się tego wpływu pominąć, chyba że jedyny kontakt jaki się z kimś miało to list wysłany sową raz na pół roku. Nie sądziła, że Sauriel myślał o niej tak źle, że byłby szczęśliwszy, gdyby jej nie było w jego życiu. I znowu – przecież nie przywiązała go do siebie żadnymi łańcuchami, zawsze mógł po prostu zerwać z nią kontakt, to nie było wcale takie trudne, wystarczyło się nie kontaktować, nie widzieć, nie odpowiadać na wiadomości, a wszystkich domowników poinformować, że jeśli przyjdzie, to należy jej powiedzieć, że go nie ma w domu. Sygnał byłby naprawdę wymowny. Beltane podbiło pewne rzeczy, to był fakt… ale pokazywało też, że przy dozie starania to mogło zadziałać nawet bez ingerencji z zewnątrz. Tylko trzeba było chcieć. To nie były rzeczy, które przychodziły łatwo, absolutnie, ale jeśli nie były tego warte, to ludzie tak by o to nie walczyli.
Nie wiedziała, czy to nie ważne, czy jednak istotne, ale nie zamierzała na Sauriela naciskać, tym bardziej, że był taki rozkojarzony i musiała pewne rzeczy z niego „wyciągać”, żeby samej nie zgubić się w toku rozmowy. Jak rodzina to nieważne, ale jak znajomi to ważne? Nie wiedziała, nie rozumiała. Ale była niemal pewna, że gdyby tylko wspomniała, że ktoś ze znajomych coś jej mówił, to by się tego uczepił i brnąłby w to, nieistotne, czy ta opinia była subiektywna, obiektywna, czy w ogóle bardzo powierzchowna.
– Uszczęśliwia mnie to, że tu jesteś i że możemy porozmawiać – nie zamierzała się wciągnąć w pyskówkę i odwracanie kota ogonem. Miała konkretne jego słowa na myśli kiedy mówiła co mówiła i względem nich – Sauriel uważał, że małżeństwo z nim ją unieszczęśliwi. Może. Ale zerwanie tych zaręczyn i w ogóle wszystkiego też ją unieszczęśliwiło, a wręcz mieli tego dowód. To, że próbował się zabić – to jej złamało serce. Sama próba, ale też w kontraście do słów jakie jej powiedział to bolało podwójnie. I łamało podwójnie. Jednak był tutaj, siedzieli naprzeciwko siebie, mogła go zobaczyć, mogła z nim porozmawiać – to była ogromna ulga. Uszczęśliwiałaby ją wiedza, że żyje. Uszczęśliwiałaby ją wiedza, że nie stacza swojego serca i duszy dalej. I że ma dokąd wrócić, że nie jest samotny. Kwestia Śmierciożerców, Nokturnu – to były rzeczy w tym wszystkim drugorzędne, które… musiała zaakceptować. To wcale nie tak, że kierowała się tylko tym, że „tak czuła i już”, bo patrzyła na to szerzej. Po prostu taką podjęła decyzję. To był jej wybór. – To nie powtarzaj – bo zrozumiała za pierwszy razem. I za drugim.
– Przepraszam – on milczał, ale ona tę ciszę w którymś momencie przerwała, bo było o czym mówić. – Przepraszam, że tyle milczałam. Wtedy i… później też – dodała ciszej. – Musiałam… Potrzebowałam czasu – mruknęła i na moment przymknęła oczy. – Nie jest mi łatwo oddzielać moje uczucia od emocji, jakie widzę, a które nie są moje – nie chciała się usprawiedliwiać i to jeszcze w taki głupi sposób, ale miała świadomość, że zerwanie mocy rytuału dołożyło swoją cegiełkę w postaci tych dziwnych uczuć, a później wspomnienie babci, o liście, tęsknocie i pożegnaniu całkowicie ją rozstroiło. Chciała, żeby to wiedział.
Uniosła na niego spojrzenie dużych, brązowych oczu, kiedy stwierdził, że będzie się zbierał. Victoria… sama nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Zatrzymać go? Pozwolić mu iść? Zostać tutaj, urżnąć się w trupa, czy iść i… i co. Wejść do pustego mieszkania i spojrzeć w lustro na rozcięcie na policzku, które póki się nie zagoi będzie o zerwaniu zaręczyn przypominać bardziej niż brak pierścionka?
– Jasne, nie ma sprawy – uśmiechnęła się leciutko, a przynajmniej spróbowała. Siedziała, kiedy on się zbierał, czuła jakiś taki dziwny ucisk w żołądku. – Sauriel? – odezwała się nim poszedł. – A może chcesz się ze mną przejść? Nie wracam dzisiaj do Doliny i myślałam żeby odwiedzić Maida Vale. Dawno tam nie byłam – to był ogród, którym opiekowała się jej rodzina, tutaj, w Londynie, kawałek za centrum.