01.11.2023, 20:28 ✶
Tego było zdecydowanie za wiele, tej bezczelności Florence, wylewającej się z niej, brudzącą mi czystą podłogę, tak czystą, że mogłem się w niej przeglądać i mogłem podziwiać swoją dumną, siwowłosą grzywę, a teraz? Zalewała się mdłym błękitem jej jeszcze bardziej mdłej spódnicy. Ta mdłość, ta impertynencja docierała do moich wypastowanych pantofli, zalewała mi je obrzydliwą wręcz beznadzieją sytuacji.
To było zdecydowanie za wiele, więc pochwyciłem swoją różdżkę z biurka, zachowując pełną pewność siebie, i wstałem. Nie zamierzałem pozwolić Florence na szydzenie ze mnie i moich działań w moim własnym gabinecie. To było moje święte miejsce, miejsce władzy nieograniczonej. I niechybnie wydawała się zapominać, z kim miała do czynienia. Kiedy była mała, bezbronna i wrzeszcząca, ja już prowadziłem poważne biznesy i znalazłem czas, aby stać się jej - jakże niedumnym - ojcem chrzestnym. Mała, bezczelna... Kompletnie nie pasowała do naszej rodziny. Więc wstałem, zły na nią i na całą tę jej maskaradę.
- ZGRZEBKU, ZAWOŁAJ SZEFA OCHORNY WRAZ! NAGLĄCO! - odezwałem się, właściwie wrzasnąłem z mocą, do ścian gabinetu. On zawsze słuchał, zawsze nasłuchiwał. Był mi wierny jak żaden inny skrzat.
- Poczekam na czas, kiedy łaskawie zechcesz porozmawiać z moim majestatem. W innym przypadku, nie jesteś tu mile widziana - dodałem, zbliżając się powoli w ich kierunku.
Nie podobało mi się, że Florence zmieniała mojego syna w miękką plamę, wypytywała go o jakieś dyrdymały, a on grał, jak mu zagrała. Potrzebował prawdziwego, męskiego wsparcia, na pewno nie kobiety, a już na pewno nie takiej jak Florence.
Głowę swą niosłem dumnie, wysoko, ale nie spuszczałem z niej wzroku. Mimo wszystko wiedziałem, że Florence to sprytna lisica była. Zawsze musiała stanąć na swoim, za nic sobie miała mając troski. Doskonale pamiętałem jej ostatni list, pełen ignorancji. Nic kompletnie nie wniosła by pomóc Laurentowi, a teraz nagle wydawała się wielce zainteresowana.
- Opuść w ten dom w trybie natychmiastowym. Kolejną wizytę proszę wcześniej zapowiedzieć - zakończyłem, stając obok niej i Laurenta. Nie zamierzałem naruszać jej przestrzeni osobistej. Przynajmniej jeszcze nie...
Diabli niech ich... Mój wzrok padł na Laurenta. Wyglądał naprawdę żałośnie, kuląc się w tym kącie mojego gabinetu. Oferowałem mu tak wiele, a jedyne na co było go stać, to rzewne łzy, panika, zagubienie. Co miałem z nim zrobić? Wysłać do magipsychologa czy do jakiejś szkoły... dla dżentelmenów. Może go czegoś nauczą? Jakiejś ikry? Wewnętrznej siły?
- Laurencie, czy możesz już wstać? Czy potrzebujesz pomocy? - zapytałem już syna bezpośrednio, mniej nagląco niż to robiłem w przypadku chrześnicy. Nie patrzyłem na nią już zresztą. Florence, jakby nie patrzeć, już wychodziła.
To było zdecydowanie za wiele, więc pochwyciłem swoją różdżkę z biurka, zachowując pełną pewność siebie, i wstałem. Nie zamierzałem pozwolić Florence na szydzenie ze mnie i moich działań w moim własnym gabinecie. To było moje święte miejsce, miejsce władzy nieograniczonej. I niechybnie wydawała się zapominać, z kim miała do czynienia. Kiedy była mała, bezbronna i wrzeszcząca, ja już prowadziłem poważne biznesy i znalazłem czas, aby stać się jej - jakże niedumnym - ojcem chrzestnym. Mała, bezczelna... Kompletnie nie pasowała do naszej rodziny. Więc wstałem, zły na nią i na całą tę jej maskaradę.
- ZGRZEBKU, ZAWOŁAJ SZEFA OCHORNY WRAZ! NAGLĄCO! - odezwałem się, właściwie wrzasnąłem z mocą, do ścian gabinetu. On zawsze słuchał, zawsze nasłuchiwał. Był mi wierny jak żaden inny skrzat.
- Poczekam na czas, kiedy łaskawie zechcesz porozmawiać z moim majestatem. W innym przypadku, nie jesteś tu mile widziana - dodałem, zbliżając się powoli w ich kierunku.
Nie podobało mi się, że Florence zmieniała mojego syna w miękką plamę, wypytywała go o jakieś dyrdymały, a on grał, jak mu zagrała. Potrzebował prawdziwego, męskiego wsparcia, na pewno nie kobiety, a już na pewno nie takiej jak Florence.
Głowę swą niosłem dumnie, wysoko, ale nie spuszczałem z niej wzroku. Mimo wszystko wiedziałem, że Florence to sprytna lisica była. Zawsze musiała stanąć na swoim, za nic sobie miała mając troski. Doskonale pamiętałem jej ostatni list, pełen ignorancji. Nic kompletnie nie wniosła by pomóc Laurentowi, a teraz nagle wydawała się wielce zainteresowana.
- Opuść w ten dom w trybie natychmiastowym. Kolejną wizytę proszę wcześniej zapowiedzieć - zakończyłem, stając obok niej i Laurenta. Nie zamierzałem naruszać jej przestrzeni osobistej. Przynajmniej jeszcze nie...
Diabli niech ich... Mój wzrok padł na Laurenta. Wyglądał naprawdę żałośnie, kuląc się w tym kącie mojego gabinetu. Oferowałem mu tak wiele, a jedyne na co było go stać, to rzewne łzy, panika, zagubienie. Co miałem z nim zrobić? Wysłać do magipsychologa czy do jakiejś szkoły... dla dżentelmenów. Może go czegoś nauczą? Jakiejś ikry? Wewnętrznej siły?
- Laurencie, czy możesz już wstać? Czy potrzebujesz pomocy? - zapytałem już syna bezpośrednio, mniej nagląco niż to robiłem w przypadku chrześnicy. Nie patrzyłem na nią już zresztą. Florence, jakby nie patrzeć, już wychodziła.