01.11.2023, 20:34 ✶
Pracownia Christophera – a raczej jedna z dwóch, bo drugą urządził w swoim mieszkaniu – leżała z dala od głównej części Domu Mody Rosier, dostępnej dla innych klientów. Tak, by przypadkiem nie wszedł tu ktoś przypadkowy. Bo i owszem, jeśli ktoś mógł pozwolić sobie na zakupy u Rosierów, miał pieniądze, by kupić ubranie… ale już niekoniecznie styl, a Christopher nie ubierał ludzi stylu pozbawionych.
Było to pomieszczenie duże, z wielkimi oknami, zaklętymi, aby wpuszczały światło, ale nie pozwalały zajrzeć do środka. W jednej z jego części znajdowało się biurko i blaty, ustawione w kształt litery L. Na nich pełno było szkiców, kredek i próbek materiałów. Ściany zalepiały szkice, ale także zdjęcia i okładki magazynów – na niektórych był sam Christopher, jeśli akurat trafił na okładkę, na paru męskie płaszcza, ale większość przedstawiała damy w sukniach projektu Rosiera.
Merkuria zastała jednak kuzyna w tej drugiej części sali. Tutaj Christopher pracował już w praktyce – upinał projekty na manekinach, tutaj dokonywano też przymiarek (i stąd zapewne przepierzenie). Tutaj na długim wieszaku wisiało kilka jego kreacji, tu w skrzyni znajdowały się przyrządy miernicze, stołki, na których mogłyby stanąć modelki, wielkie lustra na jednej ścianie i regał z próbkami materiałów na innej…
To było jego królestwo, a on był tu królem. Bo chociaż młodszy od Merkurii, nie potrzebował żadnych zatwierdzeń, szył co chciał, dla kogo chciał i nikogo nigdy nie pytał o zdanie. Zapewne gdyby ktoś obiektywny porównał ich projekty, doszedłby do wniosku, że są jednako utalentowani – a jednak Christopher cieszył się wyższą pozycją.
Może dlatego, że był mężczyzną.
Może, bo jego rodzice pozwalali mu na wszystko.
A może po prostu dlatego, że był takim cholernym egocentrykiem?
– Witaj, Merkurio – powiedział, obracając się ku niej i obdarzając kobietę uśmiechem. Upinał właśnie na manekinie suknię w różnych odcieniach niebieskiego, lejącą się na podobieństwo wody. I dokładnie taki efekt chciał uzyskać: suknia miała przypominać taflę jeziora, mieniącą się w promieniach słońca. – Martwić? Ależ skąd – roześmiał się szczerze, bo nie dopatrzył się w słowach Rosier jakiegokolwiek przytyku. Miał zbyt wysokie zdanie o sobie, aby choćby dopuścił do siebie myśl, że to było coś innego niż żart. – Dlaczego miałbym dopuszczać tłumy do mojej pracowni? Dla tłumów mogą szyć rzemieślnicy, nie prawdziwi artyści – powiedział z lekceważeniem, odsuwając się nieco, by zaprezentować kuzynce suknię, nad którą pracował. Była już niemal skończona i Christopher był pewien, że kobieta, dla której ją szył, zrobi w niej furorę. – Mnie interesuje szycie jedynie dla tych kobiet, które mają w sobie lód lub ogień. Ta kreacja jest dla pani z tej pierwszej grupy. Co o niej powiesz?
Nie, nie spytał, co ją tutaj sprowadza.
Ot przedstawienie własnego projektu było dla niego istotniejsze niż dowiedzenie się, czego chciała Merkuria...
Było to pomieszczenie duże, z wielkimi oknami, zaklętymi, aby wpuszczały światło, ale nie pozwalały zajrzeć do środka. W jednej z jego części znajdowało się biurko i blaty, ustawione w kształt litery L. Na nich pełno było szkiców, kredek i próbek materiałów. Ściany zalepiały szkice, ale także zdjęcia i okładki magazynów – na niektórych był sam Christopher, jeśli akurat trafił na okładkę, na paru męskie płaszcza, ale większość przedstawiała damy w sukniach projektu Rosiera.
Merkuria zastała jednak kuzyna w tej drugiej części sali. Tutaj Christopher pracował już w praktyce – upinał projekty na manekinach, tutaj dokonywano też przymiarek (i stąd zapewne przepierzenie). Tutaj na długim wieszaku wisiało kilka jego kreacji, tu w skrzyni znajdowały się przyrządy miernicze, stołki, na których mogłyby stanąć modelki, wielkie lustra na jednej ścianie i regał z próbkami materiałów na innej…
To było jego królestwo, a on był tu królem. Bo chociaż młodszy od Merkurii, nie potrzebował żadnych zatwierdzeń, szył co chciał, dla kogo chciał i nikogo nigdy nie pytał o zdanie. Zapewne gdyby ktoś obiektywny porównał ich projekty, doszedłby do wniosku, że są jednako utalentowani – a jednak Christopher cieszył się wyższą pozycją.
Może dlatego, że był mężczyzną.
Może, bo jego rodzice pozwalali mu na wszystko.
A może po prostu dlatego, że był takim cholernym egocentrykiem?
– Witaj, Merkurio – powiedział, obracając się ku niej i obdarzając kobietę uśmiechem. Upinał właśnie na manekinie suknię w różnych odcieniach niebieskiego, lejącą się na podobieństwo wody. I dokładnie taki efekt chciał uzyskać: suknia miała przypominać taflę jeziora, mieniącą się w promieniach słońca. – Martwić? Ależ skąd – roześmiał się szczerze, bo nie dopatrzył się w słowach Rosier jakiegokolwiek przytyku. Miał zbyt wysokie zdanie o sobie, aby choćby dopuścił do siebie myśl, że to było coś innego niż żart. – Dlaczego miałbym dopuszczać tłumy do mojej pracowni? Dla tłumów mogą szyć rzemieślnicy, nie prawdziwi artyści – powiedział z lekceważeniem, odsuwając się nieco, by zaprezentować kuzynce suknię, nad którą pracował. Była już niemal skończona i Christopher był pewien, że kobieta, dla której ją szył, zrobi w niej furorę. – Mnie interesuje szycie jedynie dla tych kobiet, które mają w sobie lód lub ogień. Ta kreacja jest dla pani z tej pierwszej grupy. Co o niej powiesz?
Nie, nie spytał, co ją tutaj sprowadza.
Ot przedstawienie własnego projektu było dla niego istotniejsze niż dowiedzenie się, czego chciała Merkuria...