01.11.2023, 22:26 ✶
Maeve może i była ładna w swoim pierwotnym wydaniu, ale z tym niezadowolonym grymasem na twarzy, jedną ręką wspartą na biodrze, a drugą zaciśniętą kurczowo na własnej różdżce, wyglądała bardziej jak rozjuszona matka, która miała zaraz transmutować syna w dzbanek za to, że oblał eliksiry drugi rok z rzędu. Nie było co tu kryć, była cokolwiek niezadowolona z wielu składowych tej, pożal się boże, akcji rekrutacyjnej. Musiała jednak poskromić swój gniew, bo krzykiem i fochami niczego tu nie ugra. Wzięła głęboki wdech z przymkniętymi oczyma, wypuściła powoli powietrze ustami, po czym mogła przysiąc, że w głowie głos opatrzności Stanleya, który mówi to trzeba na spokojnie. Swoją drogą, to bardzo by jej się teraz tu Stachu przydał.
- Nie jestem paniopanem, choć muszę przyznać, nieźle ci idzie słowotwórstwo na poczekaniu - pochwaliła szczerze, po czym uniosła wolną dłoń i przeczesała włosy palcami u nasady. Akurat jak sobie tą ręką przysłoniła oczy na ułamek sekundy, to Leo zdążył przeżyć spotkanie pierwszego stopnia z regałem, na widok czego się skrzywiła. Machnęła różdżką, mogłoby się zdawać prosto w niego, ale tak naprawdę popchnęła tylko tomiszcze z najwyższej półki nieco dalej, bo zachybotało niebezpiecznie i nie chciała, żeby taka spadająca z impetem prosto na jego głowę kniga zabiła go na miejscu. Jak będzie trzeba, to zrobi to sama, nie potrzebowała pomocy od złośliwości rzeczy martwych. - I naprawdę, musiałeś się tu wpieprzyć jako kot? A co jakby ktoś tu miał ciężką alergię na sierść? Zero pomyślunku, zero empatii! Chciałeś mnie zabić? - Poczyniła mu wyrzuty dla równowagi, w końcu nie mogła pozostać na samych komplementach. Oczywiście Leo nie miał prawa wiedzieć, ani nawet się domyślać, że czeka go taka zmiennokształtna niespodzianka, ale Mewa była przekonana, że i tak to była jego wina. Faceci byli głupi, im trzeba było terapię szokową urządzać, żeby nauczyć ich zastanowienia się nad sobą i myślenia o innych.
- Pytasz o dokładną lokalizację? - Zagaiła, łapiąc krzesło, które dotąd spokojnie sobie stało przy pobliskim sekretarzyku. Z impetem przyciągnęła je ku sobie, odwróciła oparciem w kierunku O'Dwyera, mając zamiar usiąść nań okrakiem. Wstrzymała się jednak, bo nadal nie była pewna, że to się skończy polubownie, więc postawiła na siedzeniu jedną nogę i wsparła na niej łokieć. - Co do metra ci nie powiem, ale można powiedzieć, że wącha ścieki od spodu - oświadczyła, po czym uśmiechnęła się kwaśno, prawie jakby chciała przekazać kondolencje z przymusu, ale sama absolutnie nie czuła powodu do żalu. Nie było to dalekie od prawdy, zwłaszcza ta druga część, ale miała podskórne przeczucie, że może sobie darować mówienie wprost, że jej przykro, bo Leo wcale nie będzie za szefem tęsknił.
- Obawiam się, że Pan Tom już nigdy ci nie zapłaci. Ani za eliksiry, ani za łamigłówki. Ja wiem, jest to miecz obosieczny, bo z jednej strony wybawiliśmy cię od tego świra... - urwała na moment. - Nie ma za co, swoją drogą - wtrąciła nagle, wywinąwszy dłonią tak, jakby miała w pakiecie dołączyć ukłon. - Ale z drugiej... Kto ci teraz będzie płacił, prawda? - Usta wygięła w smutną podkówkę, po czym ponownie zaczęła się zbliżać ku Leo, wymachując nieznacznie różdżką, jakby chciała dać znać, że wciąż jest gotowa ciskać z niej avadami, ale poprawił się jej humor, więc jak Leo jej go nie zepsuje, to może to się tak tragicznie nie skończy. Przy okazji jeszcze bardziej zagrodziła mu ścieżkę do kanapy, choć to już zupełnie nieintencjonalnie, bo nie spostrzegła jeszcze, że tam mu wypadła różdżka.
- Co jeśli powiedziałabym ci, że istnieje ktoś zainteresowany twoim wykształceniem medycznym, ktoś, kto jest ci skłonny zapłacić za twój fach, ale tym razem bez recytowania poronionych objawień przeplatanych groźbami karalnymi? - Zapytała, stając z nim prawie twarzą w twarz, lecz wciąż dzielił ich ten mały krok, kroczek primabaleriny, a także długość jaworowej różdżki Maeve. - Może w pakiecie nawet weźmie tę choinkę. Ale to w swoim czasie - dodała z uśmiechem pełnym przekąsu, po czym przechyliła głowę niewinnie, licząc, że zainteresuje go ta oferta i będzie chciał usłyszeć więcej. Naprawdę lepiej byłoby dla ich obojgu, gdyby nie powiedział nie, bo wtedy nie dość, że Leo dożyje następnego dnia, to jeszcze Sauriel będzie zadowolony i Mewę ominie jego marudzenie.
- Nie jestem paniopanem, choć muszę przyznać, nieźle ci idzie słowotwórstwo na poczekaniu - pochwaliła szczerze, po czym uniosła wolną dłoń i przeczesała włosy palcami u nasady. Akurat jak sobie tą ręką przysłoniła oczy na ułamek sekundy, to Leo zdążył przeżyć spotkanie pierwszego stopnia z regałem, na widok czego się skrzywiła. Machnęła różdżką, mogłoby się zdawać prosto w niego, ale tak naprawdę popchnęła tylko tomiszcze z najwyższej półki nieco dalej, bo zachybotało niebezpiecznie i nie chciała, żeby taka spadająca z impetem prosto na jego głowę kniga zabiła go na miejscu. Jak będzie trzeba, to zrobi to sama, nie potrzebowała pomocy od złośliwości rzeczy martwych. - I naprawdę, musiałeś się tu wpieprzyć jako kot? A co jakby ktoś tu miał ciężką alergię na sierść? Zero pomyślunku, zero empatii! Chciałeś mnie zabić? - Poczyniła mu wyrzuty dla równowagi, w końcu nie mogła pozostać na samych komplementach. Oczywiście Leo nie miał prawa wiedzieć, ani nawet się domyślać, że czeka go taka zmiennokształtna niespodzianka, ale Mewa była przekonana, że i tak to była jego wina. Faceci byli głupi, im trzeba było terapię szokową urządzać, żeby nauczyć ich zastanowienia się nad sobą i myślenia o innych.
- Pytasz o dokładną lokalizację? - Zagaiła, łapiąc krzesło, które dotąd spokojnie sobie stało przy pobliskim sekretarzyku. Z impetem przyciągnęła je ku sobie, odwróciła oparciem w kierunku O'Dwyera, mając zamiar usiąść nań okrakiem. Wstrzymała się jednak, bo nadal nie była pewna, że to się skończy polubownie, więc postawiła na siedzeniu jedną nogę i wsparła na niej łokieć. - Co do metra ci nie powiem, ale można powiedzieć, że wącha ścieki od spodu - oświadczyła, po czym uśmiechnęła się kwaśno, prawie jakby chciała przekazać kondolencje z przymusu, ale sama absolutnie nie czuła powodu do żalu. Nie było to dalekie od prawdy, zwłaszcza ta druga część, ale miała podskórne przeczucie, że może sobie darować mówienie wprost, że jej przykro, bo Leo wcale nie będzie za szefem tęsknił.
- Obawiam się, że Pan Tom już nigdy ci nie zapłaci. Ani za eliksiry, ani za łamigłówki. Ja wiem, jest to miecz obosieczny, bo z jednej strony wybawiliśmy cię od tego świra... - urwała na moment. - Nie ma za co, swoją drogą - wtrąciła nagle, wywinąwszy dłonią tak, jakby miała w pakiecie dołączyć ukłon. - Ale z drugiej... Kto ci teraz będzie płacił, prawda? - Usta wygięła w smutną podkówkę, po czym ponownie zaczęła się zbliżać ku Leo, wymachując nieznacznie różdżką, jakby chciała dać znać, że wciąż jest gotowa ciskać z niej avadami, ale poprawił się jej humor, więc jak Leo jej go nie zepsuje, to może to się tak tragicznie nie skończy. Przy okazji jeszcze bardziej zagrodziła mu ścieżkę do kanapy, choć to już zupełnie nieintencjonalnie, bo nie spostrzegła jeszcze, że tam mu wypadła różdżka.
- Co jeśli powiedziałabym ci, że istnieje ktoś zainteresowany twoim wykształceniem medycznym, ktoś, kto jest ci skłonny zapłacić za twój fach, ale tym razem bez recytowania poronionych objawień przeplatanych groźbami karalnymi? - Zapytała, stając z nim prawie twarzą w twarz, lecz wciąż dzielił ich ten mały krok, kroczek primabaleriny, a także długość jaworowej różdżki Maeve. - Może w pakiecie nawet weźmie tę choinkę. Ale to w swoim czasie - dodała z uśmiechem pełnym przekąsu, po czym przechyliła głowę niewinnie, licząc, że zainteresuje go ta oferta i będzie chciał usłyszeć więcej. Naprawdę lepiej byłoby dla ich obojgu, gdyby nie powiedział nie, bo wtedy nie dość, że Leo dożyje następnego dnia, to jeszcze Sauriel będzie zadowolony i Mewę ominie jego marudzenie.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —