02.11.2023, 01:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.11.2023, 01:16 przez Maeve Chang.)
- Tutaj na Nokturnie zawsze jesteśmy śmiertelnie poważni - oznajmiła w odpowiedzi na głupie, o ile nie retoryczne pytanie Yaxleya, tuż po tym gdy z pełnym impetem wpadła plecami w drzwi wejściowe. Oczywiście miała sytuację pod kontrolą - zrobiła to wyłącznie dlatego, że ręce miała pełne, a aż taka gibka nie jest, żeby sobie stopą klamkę naciskać.
Maeve targała ze sobą kwiatka sporych rozmiarów w dosyć ładnej oprawie; czyżby prezent? Była to zdobiona ceramiczna doniczka, w której siedział sobie średnich rozmiarów krzaczek pokryty okrągłymi owocami w kolorze zieleni, żółci oraz czerwieni. Niewiele większe były od pomidorków koktajlowych, ale zdecydowanie to nie pomidory im targała. Wiedziała, że ta ekipa zdecydowanie preferowała ogórki.
Przecięła salę z niezłą szybkością, biorąc pod uwagę, że jej bagaż wydawał się raczej niezbyt lekki, bo nie trzymała go swobodnie na wysokości piersi ani pod pachą, a na wysokości swoich opuszczonych w dół dłoni. Ciężko było ocenić, czy winna wadze była doniczka, czy roślina, ale na pewno nie brak siły w ramionach Mewy.
Zatrzymała się przy stoliku, który okupował Stanley. Stęknęła cicho podciągając doniczkę do góry, po czym postawiła ją z impetem na stole, nie przejmując się, że poprzewracała stojące nań szklanki, wsuwając to na środek blatu. Złapała jedną, która była o włos od śmierci samobójczej za pomocą upadku z wysokości, odstawiła grzecznie na miejsce, po czym spojrzała na każdego z obecnych z osobna. Wyglądała na śmiertelnie poważną.
- Dobra, panowie - rozpoczęła wręcz uroczyście, unosząc nieco otwarte dłonie dla zwrócenia na siebie uwagi. - Proszę mnie teraz słuchać uważnie, bo ja się powtarzać dwa razy nie będę, a od tej wiadomości może zależeć wasze życie. - Nie ma co, zaczęła z grubej rury, ale z prawdą wcale, ale to wcale się nie mijała. - To jest Solanum pseudocapsicum, bliżej znana jako psianka koralowa. Bardzo ładna roślinka z bardzo ładnymi owocami. Największe bydlę, jakie udało mi się wyhodować, lepszego nie będzie. Zaufajcie mi, przeprowadzałam eksperymenty wszelakie, większa nie urośnie bez strat w ludziach. W każdym razie - urwała na moment, żeby przełknąć ślinę i wrócić do meritum, bo ono było najistotniejsze, a zaczęła ze zwykłej ludzkiej pychy zbaczać z tematu. - Owoce są silnie trujące. Powtarzam, mimo że miałam nie - SILNIE TRUJĄCE. Wyglądają smacznie, ale jeśli to zjecie, to będzie to wasz pierwszy i ostatni raz. Więc proszę tego, kurwa, nie jeść, a jak dotkniecie, to od razu łapy umyć. Rozumiemy się? To jest dekoracja, element wystroju, żeby tu nie było tak nudno i meliniarsko, a nie przekąska. Capisce? - Wystawiła palec wskazujący i pouczając ich tak tutaj, zaczęła wskazywać tym paluchem na każdego, żeby mieć pewność, że wszyscy słuchają, przyswajają, a także utrzymują kontakt wzrokowy. Była gotowa do ostrzegawczej lepy w ucho, jeśli któryś miał obiekcje, bo to nie była sprawa do żartów.
Można by zadać pytanie - ale Mewciu, skoro ty nie ufasz ich instynktowi samozachowawczemu, to czemu przynosisz im takie niebezpieczne rośliny? A no dlatego, że ma się jeszcze tę nadzieję, że ta ostatnia męska szara komórka nie zgasła, a poza tym jej matka zawsze powtarzała, że trujaka na stanie zawsze trzeba mieć, bo nigdy nie wiesz, kiedy twoja teściowa wpadnie z niezapowiedzianą wizytą na podwieczorek. Sami mieli go nie jeść, innych co podpadli mogli karmić do syta.
- Stachu, to jest prezent. Dla ciebie, ode mnie. Dla nas. Na parapetówę zawsze trzeba przynieść jakiś prezent, a na alkoholach to wiesz, że się przecież nie znam. Postaw tę psiankę, gdzie chcesz. Wybrałam specjalnie taką roślinę, co lubi jak jest duża wilgoć w powietrzu, a tutaj wręcz jebie stęchlizną. W sumie to wyjaśnia nazwę lokalu - oświadczyła, po czym zwaliła się na krzesło obok, wykładając nogi przed siebie. Zmachała się troszeczkę, co tu dużo mówić, ciężar był spory, a i emocji wiele.
- Rookie, ile osób zaprosiłeś, a ilu się spodziewasz? Będzie impreza, czy raczej stypa? - Zagaiła, spoglądając z przechyloną głową i szyderczym uśmiechem na Sauriela. Na dobrą sprawę była ciekawa, kogo jeszcze tu przywieje. Niby nie było umówionej godziny, ale lepiej wiedzieć, na kogo czekać ze świętowaniem.
Maeve targała ze sobą kwiatka sporych rozmiarów w dosyć ładnej oprawie; czyżby prezent? Była to zdobiona ceramiczna doniczka, w której siedział sobie średnich rozmiarów krzaczek pokryty okrągłymi owocami w kolorze zieleni, żółci oraz czerwieni. Niewiele większe były od pomidorków koktajlowych, ale zdecydowanie to nie pomidory im targała. Wiedziała, że ta ekipa zdecydowanie preferowała ogórki.
Przecięła salę z niezłą szybkością, biorąc pod uwagę, że jej bagaż wydawał się raczej niezbyt lekki, bo nie trzymała go swobodnie na wysokości piersi ani pod pachą, a na wysokości swoich opuszczonych w dół dłoni. Ciężko było ocenić, czy winna wadze była doniczka, czy roślina, ale na pewno nie brak siły w ramionach Mewy.
Zatrzymała się przy stoliku, który okupował Stanley. Stęknęła cicho podciągając doniczkę do góry, po czym postawiła ją z impetem na stole, nie przejmując się, że poprzewracała stojące nań szklanki, wsuwając to na środek blatu. Złapała jedną, która była o włos od śmierci samobójczej za pomocą upadku z wysokości, odstawiła grzecznie na miejsce, po czym spojrzała na każdego z obecnych z osobna. Wyglądała na śmiertelnie poważną.
- Dobra, panowie - rozpoczęła wręcz uroczyście, unosząc nieco otwarte dłonie dla zwrócenia na siebie uwagi. - Proszę mnie teraz słuchać uważnie, bo ja się powtarzać dwa razy nie będę, a od tej wiadomości może zależeć wasze życie. - Nie ma co, zaczęła z grubej rury, ale z prawdą wcale, ale to wcale się nie mijała. - To jest Solanum pseudocapsicum, bliżej znana jako psianka koralowa. Bardzo ładna roślinka z bardzo ładnymi owocami. Największe bydlę, jakie udało mi się wyhodować, lepszego nie będzie. Zaufajcie mi, przeprowadzałam eksperymenty wszelakie, większa nie urośnie bez strat w ludziach. W każdym razie - urwała na moment, żeby przełknąć ślinę i wrócić do meritum, bo ono było najistotniejsze, a zaczęła ze zwykłej ludzkiej pychy zbaczać z tematu. - Owoce są silnie trujące. Powtarzam, mimo że miałam nie - SILNIE TRUJĄCE. Wyglądają smacznie, ale jeśli to zjecie, to będzie to wasz pierwszy i ostatni raz. Więc proszę tego, kurwa, nie jeść, a jak dotkniecie, to od razu łapy umyć. Rozumiemy się? To jest dekoracja, element wystroju, żeby tu nie było tak nudno i meliniarsko, a nie przekąska. Capisce? - Wystawiła palec wskazujący i pouczając ich tak tutaj, zaczęła wskazywać tym paluchem na każdego, żeby mieć pewność, że wszyscy słuchają, przyswajają, a także utrzymują kontakt wzrokowy. Była gotowa do ostrzegawczej lepy w ucho, jeśli któryś miał obiekcje, bo to nie była sprawa do żartów.
Można by zadać pytanie - ale Mewciu, skoro ty nie ufasz ich instynktowi samozachowawczemu, to czemu przynosisz im takie niebezpieczne rośliny? A no dlatego, że ma się jeszcze tę nadzieję, że ta ostatnia męska szara komórka nie zgasła, a poza tym jej matka zawsze powtarzała, że trujaka na stanie zawsze trzeba mieć, bo nigdy nie wiesz, kiedy twoja teściowa wpadnie z niezapowiedzianą wizytą na podwieczorek. Sami mieli go nie jeść, innych co podpadli mogli karmić do syta.
- Stachu, to jest prezent. Dla ciebie, ode mnie. Dla nas. Na parapetówę zawsze trzeba przynieść jakiś prezent, a na alkoholach to wiesz, że się przecież nie znam. Postaw tę psiankę, gdzie chcesz. Wybrałam specjalnie taką roślinę, co lubi jak jest duża wilgoć w powietrzu, a tutaj wręcz jebie stęchlizną. W sumie to wyjaśnia nazwę lokalu - oświadczyła, po czym zwaliła się na krzesło obok, wykładając nogi przed siebie. Zmachała się troszeczkę, co tu dużo mówić, ciężar był spory, a i emocji wiele.
- Rookie, ile osób zaprosiłeś, a ilu się spodziewasz? Będzie impreza, czy raczej stypa? - Zagaiła, spoglądając z przechyloną głową i szyderczym uśmiechem na Sauriela. Na dobrą sprawę była ciekawa, kogo jeszcze tu przywieje. Niby nie było umówionej godziny, ale lepiej wiedzieć, na kogo czekać ze świętowaniem.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —