Jackie należała do tej grupy osób, które, choćby znały się na tym co robią naprawdę dobrze, będą zawsze wątpić w swoje umiejętności i kwestionować czy wiedzą wystarczająco dużo. Pomimo samych dobrych ocen z ONMS w szkole, pomimo kilku już lat badania ich, nadal uważała się za nowicjuszkę i obawiała się, że praca w takim miejscu jak Rezerwat New Forest mogłaby ją przerosnąć. W dniach prowadzących do rozmowy o pracę, zdarzyło jej się więcej niż raz śnić o tym, jak ośmiesza się w trakcie rozmowy o pracę, robi z siebie kompletną idiotkę i musi wrócić do domu i kopać grządki w ogródku pod sadzenie ogromnej rzepy. I o ile nie wierzyła w prorocze sny, to wiedziała czym jest samospełniająca się przepowiednia. Oczywiście, że jeśli będzie się stresować i za bardzo denerwować to popełni jakiś błąd. Nie mogła jednak w żaden sposób przewidzieć, ani wyśnić sobie, kogoś takiego jako swojego potencjalnego pracodawcy. Czuła, że ogarnia ją poczucie niesprawiedliwości. Przecież nie po to przeszła przez szkołę, unikając uniesień sercowych i crashów, żeby teraz nagle trafić na kogoś tak obiektywnie pięknego.
Co więcej, ten piękny człowiek zupełnie opacznie odebrał jej pytanie. A przecież chodziło tylko o to, żeby powtórzył pytanie. Oczywiście, że nie był nudny. Każde słowo, które wypowiadał będzie dla niej od teraz niczym Słowo Merlina - obiecała sobie w myślach Jackie, jednocześnie gorączkowo zastanawiając się jak wybrnąć z tego całego impasu.
On jednak pośpieszył z dalszymi wyjaśnieniami, ratując ją dosłownie od czającego się w gardle potoku słów, z których prawdopodobnie tylko połowa miałaby jakikolwiek sens. Typowym było dla niej bowiem, że w sytuacjach stresowych, albo zupełnie się zacinała, nie będąc w stanie wydusić słowa, albo wręcz przeciwnie - jej usta opuszczał wartki, niepohamowany potok słów, które jednak jakby formowały się bezpośrednio na języku, z pominięciem jakichkolwiek procesów myślowych, które mogłyby je ubrać w sens i znaczenie.
Kiedy zrozumiała, że wcale nie została wzięta na przepytki, a wręcz odwrotnie - sam Laurent był otwarty na pytania z jej strony, jej rumieniec tylko nabrał na sile, stając się tak czerwony, że przykrył prawie obecność piegów na jej twarzy. Teraz jednak wpakowała się w sytuację, w której już musiała podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. I kiedy otworzyła usta, żeby je wyrazić, wiedziała, że będą nieskończenie głupie i nieznaczące.
- Cóż, rozważałam wpływ nasłonecznienia boksów na samopoczucie przebywających w nich zwierząt. Bo wiemy, że pory dnia i nocy są często ściśle związane z cyklem aktywności magicznych stworzeń, więc zastanawiałam się czy abraksany są stworzeniami głównie dziennymi, a jeśli tak to czy umieszczenie ich w chłodniejszych, bardziej zacienionych boksach sprawi, że staną się spokojniejsze, mniej energiczne czy wręcz przeciwnie - zadziała na nie agitacyjnie, prowadzając nerwowość i niepewność. - odpowiedziała, starając się świadomie robić pauzy w tym co mówi i brzmieć jak najbardziej rozsądnie.
Mogłaby mówić jeszcze więcej, ale uznała, że jeśli jej wypowiedzi będą zwięzłe i na temat, to Laurent nie uzna jej może za wariatkę, a poza tym była mniejsza szansa, że kompletnie już się przed nim pogrąży. Naprawdę bardzo zależało jej na tej pracy, a jej potencjalny pracodawca, niewiele zresztą od niej starszy, nie wyglądał na kogoś, kto lubił słuchać długich wywodów swoich pracowników. Zamiast tego odetchnęła i postarała się uspokoić swoje nerwy. Przecież jesteś w tym dobra, on pewnie tylko tutaj łazi i wszystko nadzoruje, a robotę i tak odwala z niego kto inny. Po prostu się nie wygłup. Powtarzała sobie w myślach.
- I nie, nie mam żadnych pytań na ten moment. Wszystko co pan tłumaczy, jest dla mnie jasne i logiczne. - dodała, chociaż wcale nie była pewna, czy potrzebnie. Korciło ją, żeby mówić dalej, byle zagłuszyć ciszę, ale mentalnie zasznurowała sobie usta, walcząc z tą pokusą.