Nie wiedziała jak wiele sprzecznych emocji nim targa, ani że te nagle się wyciszyły by bronić jego umysł przed kompletnym załamaniem i ich natłokiem. Wiedziała za to, że działo się coś niedobrego, cholera – jeśli próba samobójcza nie była takim znakiem, to nie wiedziała co innego mogło nim być. Nie oczekiwała żadnych podziękowań w związku z tym, po prostu gdy uświadamiała sobie, że mijał kolejny dzień i on nadal tutaj był, to czuła minimalną ulgę. Nie wiedziała jak mu z tym pomóc… nie sądziła, że chciał o tym rozmawiać, więc nie pytała i nie naciskała, chociaż naprawdę chciała rozumieć, w tym też to, co jej powiedział… i co zrobił. Wzbijała się teraz na wyżyny swojej empatii, bo nie chciała niechcąco rozdrapywać świeżych ran i zaogniać sytuacji. I jednocześnie bardzo chciała mu pomóc, by chociaż trochę przeciąć ten podły nastrój w jaki wpadł… To samo próbowała ostatnim razem, kiedy widzieli się sam na sam i poszli do Nory Nory.
Victoria nie chciała sterować życiem Sauriela, ale zdawała sobie po prostu sprawę z tego, że chcąc nie chcąc, może w jakiś sposób na niego wpływać. Ale to wszystko było płynne i można było to sobie poukładać tak, by nie było to nazbyt irytujące. Sztuką kompromisów… Ale Lestrange nie myślała wcale o tym, że "może go zmienić" – że nagle przestanie pić, palić… że odejdzie od Śmierciożerców. Wiedziała, że nie i że nawet gdyby chciał, to żadne z powyższych nie jest proste. Akceptowała to. Chciała go jedynie uchronić przed ostatecznym stoczeniem się w ciemność. Nokturn? Na piękną Panią Księżyca – niech sobie urzędował na Nokturnie, to był najmniejszy z problemów. Jej rodzina zresztą, w fasadzie piękna, miewała na Nokturnie swoje konszachty – a część z nich miała w głowie. Teraz na przykład zaczynała podejrzewać, że kiedy ubzdurala sobie że musi coś znaleźć na Nokturnie i nie wiedziała nawet czego szuka, to być może chodziło o jakiś przybytek należący do Borginów…
- Wiadomo. Ale wszystko można wypracować – powiedziała, a nie miała na myśli niczego konkretnego, mówiła raczej bardzo ogólnie. Czy raczej: prawie wszystko można wypracować, ale chyba nie było sensu teraz ciągnąć tej rozmowy, biorąc pod uwagę jak ogólna była i jak bardzo Sauriel ociężale myślał.
Teraz ona się zdziwiła i nawet w tym zdziwieniu dość bezwiednie odgarnęła na bok grzywkę.
- Widzę. Tak czasami jest – odpowiedziała spokojnie, badając go spojrzeniem. Nie widziała w nim fałszu. - Nie musisz mnie za to przepraszać, bo nic nie szkodzi – sama się czasami dziwiła ile miała w sobie pokładów cierpliwości. Nie do każdego i nie do wszystkiego, ale do Sauriela miała ich naprawdę sporo. Wychowanie w domu Lestrange miewało w sobie plusy i to był zdaje się jeden z nich. - Nie przyniosłeś, ale nic się nie stało. Może to i lepiej, bo trochę dłużej zajmie nim przybliżę się do idealnego kształtu kuli – tak, to był jeden z tych słynnych żartów panny Victorii, powiedziany oczywiście bez choćby mrugnięcia okiem. Tym bardziej brzmiało to ironicznie, bo przez ostatnie dwa miesiące to ona bardziej schudła niż przytyła, mimo że tych słodkości od Sauriela sobie wcale nie odmawiała. I naprawdę lubiła ten mały rytualik ich spotkań. - Hmm, jeszcze nic straconego – pierwsze słyszała o jakimś wyjeździe… Sauriel potrafił być czasami tak wylewny, i jednocześnie tak wiele zostawiać samemu sobie. - Tylko co to jest? Ten.. Dis…neyland? – zmarszczyła brwi kiedy tak się zawiesiła nad tym słowem, nie będąc pewna czy dobrze to w ogóle wymawia.
Jego zdziwienie… chyba też ją zaskoczyło. Ale nie powinno, przecież mówił jej przed chwilą, że trudno mu się myśli ostatnio… natomiast na moment sama się zawiesiła, szukając odpowiednich słów.
- Noo… – zaczęła jakże bardzo elokwentnie. - Wtedy w parku i u ciebie. Ty mówiłeś, a ja zamiast ci odpowiadać to siedziałam cicho – zauważyła już że w stresie, kiedy zupełnie nie była przygotowana na pewną dawkę emocji, to się zamykała w sobie i milkła, zamiast mówić, kiedy cisza była prawdopodobnie najgorszym wyborem. I za to go właśnie przepraszała – bo uważała, że nie zachowała się w porządku. - Za to przepraszam – powtórzyła i uśmiechnęła się do niego blado. Pewne rzeczy po prostu chciała mu dzisiaj powiedzieć i to była jedna z nich. Ale też nie pierwsza, bo już kilka takich, które chciała, powiedziała.
- Dobrze, mogą być lody – stwierdziła po prostu, nawet się nad tym dużo nie zastanawiając. Szybko dopila swoją szklankę (mając świadomość że może jeszcze tego pożałować, bo nie była żadnym wprawnym kompanem do picia, raczej się ograniczała… ale słowo się rzekło, najwyżej będą musieli gdzieś przycupnąć, żeby doszła do siebie), wstała, narzuciła na siebie cienka kurtkę i była gotowa do wyjścia. - Jakieś konkretne te lody? – o tej godzinie… Najwyżej się gdzieś włamią i zostawi pieniądze na blacie… Ale może lody na Pokątnej były jeszcze czynne.