14.11.2022, 00:01 ✶
Rzęsisty deszcz, którego krople obijały się o szyby Praw Czasu nie był dla Dolohova niczym niezwykłym. Wyczuł to, że będzie dzisiaj padać, jeszcze zanim gęste chmury wezbrały się nad nieboskłonem, jeszcze zanim mieszkańcy Londynu otworzyli oczy. Bo ten moment mu się śnił. Gdzieś pomiędzy nocnymi marami, pomiędzy szeregiem obaw i lęków dotyczących dziwnych symboli, które dostrzegał wszędzie od jakiegoś czasu, pogmatwany umysł Dolohova podrzucił mu scenę jak z horroru. Oglądał ją z boku. Stał obok, obserwując jak Loretta Lestrange wita się w przejściu z jego asystentem.
„Pan Dolohov spodziewa się pani”, rozbrzmiało po korytarzu, a Loretta uśmiechnęła się szeroko, jakby ją ta myśl, że się w jego gabinecie nie musiała nawet zapowiadać, bo Vakel przewidywał jej wizyty, napełnił ją niewyobrażalnymi pokładami dumy. Zdawało mu się, że nim nie otworzyła masywnych drzwi prowadzących do pomieszczenia, w którym wróżbita spędzał większość czasu, Loretta szła spokojnie. Następnie wezbrała się w niej energia - podeszła do jego biurka tak żywo, jak nigdy, witając się z nim wesoło, rozsiadając się nawet w skórzanym fotelu. Nie miał jej nigdy za mistrzynię percepcji (nie oszukując się - była w tej sztuce dosyć zaawansowana, ale jakby ich do siebie przyrównać, to nie sięgała mu do pięt, a każdego człowieka przyrównywał do siebie, bo do kogo innego), ale i jego zdziwiło, że nie dostrzegła w jego zachowaniu niczego dziwnego. Jego, mając tu na myśli Dolohova z wizji.
Siedział on w kompletnym bezruchu, lekko przygarbiony, pochylając głowę nad filiżanką mocnej, czarnej herbaty. Woda zdążyła już kompletnie wystygnąć, a na powierzchni napoju pojawił się charakterystyczny nalot. Dolohov z wizji wpatrywał się w kompletną nicość. Głowę miał zadartą tak, że powinien co prawda wpatrywać się w ten nieszczęsny fotel, ale kto by się przyjrzał pustym oczom, ten by od razu dojrzał, że żadnego fotela nie widzi. Utkwił w zamyśleniu albo Absolut wie, w czym mógł jako jasnowidz utkwić. Nic nie robił. Nie odpowiedział. Właściwie, to oddychał tak płytko, że można by się pomylić i pomyśleć, że nie oddychał wcale.
A potem rozdzierająco krzyknął.
Krzyknął i ruszył przed siebie, w sposób tak karykaturalny, jak to tylko możliwe - przetoczył się swoim olbrzymim cielskiem po gigantycznym biurku, jakby się czołgał w błocie. Zrzucił z blatu tę filiżankę, ale też stos dokumentów, szkatułę pełną dziwacznej biżuterii, której elementy momentalnie z niej wypadły, a znajdujący się w środku sznur pereł zerwał się, zahaczając o zamknięcie wieka. Delikatne, drobne komponenty potoczyły się po posadzce, a Dolohov zwalił się na puchaty dywan i dorwał się wreszcie do Loretty. Mimo bycia piekielnie wysokim Vakel nie należał do osób, które przerażały fizycznymi możliwościami. Wychudzony, z wyraźną niedowagą, maskował to dobrze szytymi na specjalne zamówienie garniturami, ale teraz, kiedy się tak idiotycznie zataczał, chcąc zacisnąć palce na szyi swojej szwagierki, ciężko było nie zauważyć, jak kościste i obrzydliwe miał dłonie.
„Pan Dolohov spodziewa się pani”, rozbrzmiało po korytarzu, a Loretta uśmiechnęła się szeroko, jakby ją ta myśl, że się w jego gabinecie nie musiała nawet zapowiadać, bo Vakel przewidywał jej wizyty, napełnił ją niewyobrażalnymi pokładami dumy. Zdawało mu się, że nim nie otworzyła masywnych drzwi prowadzących do pomieszczenia, w którym wróżbita spędzał większość czasu, Loretta szła spokojnie. Następnie wezbrała się w niej energia - podeszła do jego biurka tak żywo, jak nigdy, witając się z nim wesoło, rozsiadając się nawet w skórzanym fotelu. Nie miał jej nigdy za mistrzynię percepcji (nie oszukując się - była w tej sztuce dosyć zaawansowana, ale jakby ich do siebie przyrównać, to nie sięgała mu do pięt, a każdego człowieka przyrównywał do siebie, bo do kogo innego), ale i jego zdziwiło, że nie dostrzegła w jego zachowaniu niczego dziwnego. Jego, mając tu na myśli Dolohova z wizji.
Siedział on w kompletnym bezruchu, lekko przygarbiony, pochylając głowę nad filiżanką mocnej, czarnej herbaty. Woda zdążyła już kompletnie wystygnąć, a na powierzchni napoju pojawił się charakterystyczny nalot. Dolohov z wizji wpatrywał się w kompletną nicość. Głowę miał zadartą tak, że powinien co prawda wpatrywać się w ten nieszczęsny fotel, ale kto by się przyjrzał pustym oczom, ten by od razu dojrzał, że żadnego fotela nie widzi. Utkwił w zamyśleniu albo Absolut wie, w czym mógł jako jasnowidz utkwić. Nic nie robił. Nie odpowiedział. Właściwie, to oddychał tak płytko, że można by się pomylić i pomyśleć, że nie oddychał wcale.
A potem rozdzierająco krzyknął.
Krzyknął i ruszył przed siebie, w sposób tak karykaturalny, jak to tylko możliwe - przetoczył się swoim olbrzymim cielskiem po gigantycznym biurku, jakby się czołgał w błocie. Zrzucił z blatu tę filiżankę, ale też stos dokumentów, szkatułę pełną dziwacznej biżuterii, której elementy momentalnie z niej wypadły, a znajdujący się w środku sznur pereł zerwał się, zahaczając o zamknięcie wieka. Delikatne, drobne komponenty potoczyły się po posadzce, a Dolohov zwalił się na puchaty dywan i dorwał się wreszcie do Loretty. Mimo bycia piekielnie wysokim Vakel nie należał do osób, które przerażały fizycznymi możliwościami. Wychudzony, z wyraźną niedowagą, maskował to dobrze szytymi na specjalne zamówienie garniturami, ale teraz, kiedy się tak idiotycznie zataczał, chcąc zacisnąć palce na szyi swojej szwagierki, ciężko było nie zauważyć, jak kościste i obrzydliwe miał dłonie.
with all due respect, which is none