Oh, Esmé doskonale wiedział, że czasu nie cofnie, a raz podjęte decyzje niosły ze sobą konsekwencje na całe życie. A jednak lubił myśleć "a gdyby?", bo niczego nie żałował. Nie miał powodu. Arogancko uważał, że w swoim życiu popełnił bardzo mało błędów, za które płacił. Tak naprawdę jego codzienna egzystencja była dręczona przez decyzje niepodjęte przez niego. A czasami nawet niepodjęte przez kogokolwiek. "A gdyby" było wizją świata, w którym Los nie wcielał się w rolę rodzica, który nienawidził swego dziecka, a jednak nie miał na tyle odwagi, by zrobić z nim porządek raz na zawsze. Scenariusze, o których Rowle myślał, były zatem swoistymi marzeniami - tym jak jego życie mogło się potoczyć. Podobno w marzeniach nie było granic, bo te z definicji były niemal nieosiągalne lub zupełnie nieosiągalne. Dlatego Esmé marzył o tym, że jego życie mogło potoczyć się inaczej. I że wtedy byłby znacznie wspanialszym człowiekiem, niż teraz. Że problemem był Los, a nie on sam.
Gwałtowne komplementowanie nieznajomej osoby należało do posunięć ryzykownych, ale niezwykle nadużywanych przez samego Czarodzieja. Uważał to za sposób, który był jak otwieranie drzwi kopnięciem i gdyby został zapytany czy to poleca, to natychmiast odparłby "nie". Obłaskawianie innych miłymi dla ucha epitetami wymagało ogromnej zręczności w dziedzinie poruszania się w gąszczu gestów, emocji i słów, gdyż na ogół było to niczym uniesienie miecza nad głowę. Nadchodziło potężne uderzenie, ale jednocześnie było się zupełnie odsłoniętym. Komplement od nieznajomego budził podejrzenia - czego chciał? Coś kombinuje? Oprócz podstawowych pytań zaraz pojawiało się przekonanie o nieszczerości - bo skąd miałby wiedzieć, skoro się nie znają? I dlaczego miałby to wszystko oznajmiać, gdyby nie miał w tym jakiegoś ukrytego celu? Niedługo później ustawiał się cały szereg innych myśli, które działały na niekorzyść Esmé - bo skoro nie znał, to musiał komplementować głównie urodę lub styl, a to wskazywało na bycie płytkim. Albo na posiadanie... pewnych planów. Zatem należało wiedzieć kiedy można sobie pozwolić na takie bezpośrednie komplementy. I tutaj zwyczajnie pojawiało się doświadczenie - świadomość tego, kiedy zysk przekraczał ryzyko. Albo kiedy sytuacja była na tyle specyficzna, że ryzyko było znikome.
Z tych wszystkich powodów nie spodziewał się, że zostanie doceniony... za właśnie jego spryt, ociupinę charyzmy i kokieterię. I za gust, ale to odsunął na bok. Zadowolony uśmiechnął się, zdecydowanie dumny z siebie, lecz bardziej był to grymas satysfakcji. Tak, te nieco przymrużone oczy wskazywały właśnie na satysfakcję.
- Miło mi to słyszeć po stokroć, bo nie uwierzę, że jestem pierwszym, który próbował Panią wmanewrować we wspólną kawę. - niby to on komplementował, ale tak naprawdę to on poczuł się skomplementowany. Jego chwyt był... prosty, oczywisty, bez odpowiedniej mocy, bo kobieta zakładała, że Esmé musiał być nieszczery. Albo zwyczajnie nie wkładał serca w to, co mówił. Dla niego nawet lepiej, że tak uważała, bo "prześliczna" było jednym z wielu określeń, jakie cisnęły mu się na usta, gdy na nią patrzył. Tak po prostu, była bardzo ładna, a w dodatku w jego typie, więc zatem i pociągająca. Koniec końców odbił piłeczkę i znów postanowił skomplementować nieznajomą, ale tym razem znacznie bardziej subtelnie - sugerując jej popularność wśród mężczyzn, którzy zmuszeni desperacją o jej uwagę zadecydowali, że "wmanewrowanie jej", to ich jedyna szansa. Esmé w tym momencie nie różnił się wiele od nich, ale jego intencje były zupełnie inne - chciał po prostu wybadać skąd ją zna. A co dalej? Cóż, im bliższa byłaby to relacja, tym lepiej.- Chciałbym jeszcze zamówić kawałek sernika dla pani, a dla mnie cynamonową bułeczkę. - odezwał się, gdy barista położyła przed nim kawę, akurat wtedy, gdy jasnowłosa również poleciła jeden z wypieków tej kawiarenki. - Dziękuję. - mruknął jeszcze, gdy kobieta kiwnęła głową i zajęła się realizacją zamówienia. Sam Rowle przeniósł wtedy wzrok na nieznajomą, która zaczęła zdejmować płaszczyk. Przez myśl przeszło mu, że może powinien wstać i jej pomóc go zdjąć, a później odwiesić, ale... bez przesady. Maniery... znał, chociaż za nimi nie przepadał. Uważał, że są dobrym narzędziem, ale istniał na nie czas i miejsce. Teraz wydawało mu się, że lepszym ruchem jest przyglądnięcie się kobiecie. Robił to, a jak myślicie, bezczelnie. Proszę jednak nie wyobrażać sobie, że pożerał ją wzrokiem, miał dziwny uśmieszek na ustach czy cokolwiek w tym rodzaju, nie, nie. Zwyczajnie patrzył dosyć beznamiętnym wzrokiem, podążając za nią nawet, gdy ruszyła do wieszaka. Wtedy pozwolił sobie przesunąć oczyma po jej zgrabnych nogach wyszczególnionych poprzez obcasy, na moment niczym totalny szczeniak pogapił się na tyłek, by wrócić do jej twarzy, gdy już wracała. Robił to poniekąd z czystej, męskiej natury, a poniekąd dlatego, że szukał w niej jakiegoś bodźca... nie, szukał w sobie jakiegoś bodźca, który ona mogłaby wywołać, a który pozwoliłby mu przypomnieć sobie dlaczego ma to dziwaczne wrażenie, jakby ją znał. Ale zupełnie jej nie pamiętał. Jakby... przyśniła mu się.
I on postanowił zrzucić z siebie płaszczyk. Nie podnosił się nawet, zsunął go z ramion, na przedramieniu zgiął w pół i położył na siedzisku obok. Na razie nie kontynuował rozmowy. Pozwolił trochę sytuacji... wybrzmieć, aż zapadnie ta specyficzna cisza. To właśnie ona najlepiej wskazywała jak czuła się druga osoba. Była doskonałym testem, chociaż tak mało osób było tego świadomym. Bo milczeć z nieznajomym można było z wielu powodów - jedni robili to z zawstydzenia, inni z braku zainteresowania, a jeszcze inni z braku pomysłu. Powodów było oczywiście jeszcze więcej. Tak samo dało się wymieniać dlaczego ludzie zagadywali nieznajomych. Te zachowania, według Esmé, sporo mówiły o człowieku.
Zaraz pojawiły się i wypieki - dla niej i dla niego. Czarodziej najpierw postanowił uraczyć się drobnymi łyczkami gorzkiej kawy, by wydobyć prawdziwą słodycz cynamonowej bułeczki. Ale nim zdążył ją chwycić w dłoń, to usłyszał dosyć intrygujące stwierdzenie na swój temat. Spojrzał na kobietę wzrokiem, który wyrażał minimalne zaskoczenie, ale szybko to "spięcie" zeszło z Czarodzieja. Uśmiechnął się delikatnie, udając że zupełnie nie zrozumiał co tak naprawdę miała nieznajoma na myśli.
- Albo jakbym nie lubił parasolów. - zepchnął to spostrzeżenie na tory zwykłego zwrócenia uwagi, że wyszedł z domu bez parasola, pozwalając sobie nieco zmoknąć. Pomijając zupełnie to, że jeszcze kilka chwil temu melancholijnie wpatrywał się w mokre ulice i rozsmakowywał w tym klimacie. - Lubię. - mruknął, w sprzeczności do słów sprzed sekundy. Przeniósł też spojrzenie na bułeczkę, którą chwycił i ugryzł raz. Rzeczywiście była obłędnie cynamonowa. I naprawdę, naprawdę słodziutka. Oblizał usta z lukru, który do nich się na moment przykleił, by zaraz ugryźć jeszcze raz, ponawiając oblizanie. Było to bardziej jak natręctwo, bo za każdym razem czuł, że musi te usta oblizać. Że coś się do nich przykleiło, że są nienaturalnie lepkie od słodkości, którą zajada. Ale bułeczka nie była istotna, istotniejsze było to, że nieco sabotował samego siebie. Jeżeli chciał wyłapać skąd ją zna, to odsuwanie "poznawania siebie" w imię przyziemnych rzeczy, jak niechęć do parasolek, tylko mu szkodziła. Dlatego postanowił przyznać się, że tak, lubi deszcz. - Aż tak to po mnie widać? - zapytał, chociaż wcale nie brzmiał na zaciekawionego. Wydawało się, że doskonale zna odpowiedź na to pytanie. - Ty za to wyglądasz, jakbyś go nienawidziła. - to, że ludzie nie lubili deszczu było czymś zupełnie naturalnym, ale tu zostało użyte określenie "nienawiść". Skąd tak mocno nacechowane słowo? Esmé sam niezbyt wiedział, ale odnosił wrażenie, że rozmawia z kobietą, która nie ma czasu na deszcz. Której deszcz tylko przeszkadza, ale nie jest tak po prostu jedynie dyskomfortem. Że widzi w nim coś więcej, niżeli upierdliwą pogodę. Tak zgadywał po jej słowach, po jej gestach, ale też po jej kroku. Jednak głównie zgadywał. Nie bał się mylić, bo niezależnie czy miałby rację, czy nie - dowiadywał się o niej czegoś więcej. Oh, a przecież mógłby po prostu się przedstawić, a kobieta najpewniej odwzajemniłaby ten gest. Jasne, mógłby. Ale najpierw chciał dać sobie szansę zgadnąć, przypomnieć po prostu, nim pokonany uzna, że wyjawienie imienia i nazwiska to jedyny sposób.- Właśnie. - odezwał się, jakby na coś wpadł. Odstawił bułeczkę na talerzyk, a filiżankę kawy na podstawek, nim obrócił się ciałem do jasnowłosej. - Skoro już zostałaś wmanewrowana, to może skusisz się na małą zabawę? - mogło zabrzmieć podejrzanie, a Esmé dodatkowo przechylił głowę nieco na bok, uśmiechając się nieznacznie. - Zabawę w poznawanie, bez obaw. - dodał, chwytając dłonią na ślepo zapalniczkę, którą przerzucił zaraz do drugiej ręki. - Mało rzeczy definiuje ludzi tak bardzo, jak to, czego nienawidzą. - kontynuował, a jego uśmieszek poszerzył się. - Powiedz mi... czego nienawidzisz? - prawa ręka otworzyła papierośnicę, z której wyciągnął pojedynczego papierosa. Wetknął go w usta, ale jeszcze nie rozpalił. Zamknął skórzany sejf jego nałogu i... wyciągnął szluga z ust. - Ja zacznę. Nienawidzę nudy. - słowo "nienawiść" grało tutaj pierwsze skrzypce, bo nie lubić nudy to nic nowego, ale nienawidzić? Żeby bawić się w tę zabawę wraz z Esmé należało doskonale rozumieć jak poważnym określeniem była nienawiść. I Rowle właśnie o to chodziło. O to skrajne uczucie. Skoro było "skrajne", to wyznaczało pewne granice. I o te granice właśnie chodziło - to dzięki nim dało się określić naturę drugiego człowieka.