To było zwyczajne zagajenie rozmowy ze strony Guinevere, ale najwyraźnie Mavelle nie była zbytnio na to chętna. McGonagall nie zamierzała jej więc nagabywać, jedynie się uśmiechnęła w odpowiedzi, nie ciągnąc już tematu kogo zdążono jej przedstawić, a kogo nawet nie kojarzyła.
Nie zamierzała wdawać się w dyskusje o tym kto, kiedy i dlaczego stworzył słowo „anomalia”, za to z uwagą wysłuchała o białych tęczach, ognistych tornadach… chociaż jedno i drugie nie brzmiało jak żadna anomalia, a po prostu raz na jakiś czas występujące zjawiska atmosferyczne. Przy latarniach i ogniach zamrugała i wyraźnie się zastanowiła, bo te nazwy chyba niewiele jej mówiły…
– Co to te latarnie i ognie? – zapytała Tię, ciekawa czy czarodzieje znają to pod jakąś inną nazwą, czy może jednak zupełnie nie uznają podobnych zjawisk za anomalie, albo jakimś cudem nikt o tym nie słyszał.
Uważała, że słowa Mavelle do dwóch kobiet były bardzo niedelikatne i że mogła je sobie darować, ostatecznie to nie jej ktoś będzie zabierał miesiąc życia, ale zostawiła to dla siebie. Natomiast musiało to mieć jakieś odbicie w jej twarzy.
– Kiedyś ludzie inaczej podchodzili do magii i różnych zjawisk, czy naturalnych czy nie. Mogli to uznać za jakiś znak od bogów równie dobrze – wyjaśniła jeszcze, dlaczego to mogło nie wzbudzić takiego „popłochu” wśród ludzi, jak budziło dzisiaj (choć to było złe słowo, bo ludzie najpewniej bali się takich anomalii tak czy siak, nawet jeśli je czcili).
Przez moment obserwowała Lily, chcąc się upewnić, że nie dzieje się z nią nic niedobrego – tak okiem lekarza, a następnie odrobinę się nachyliła, by tak nad nią, siedzącą na krześle, nie górować, skoro sama był bardzo wysoką kobietą.
– O czym dokładnie pamiętać, kochana? – zapytała rudowłosą, zastanawiając się jak bardzo ich życie przez ostatni miesiąc musiało się różnić od życia, jakie znali do tej pory, ale czy chodziło jedynie o słońce i księżyc na niebie, czy może o coś jeszcze? Tego Ginny nie wiedziała. – O słońcu i księżycu? – odruchowo spojrzała w górę, by ponownie spojrzeć w niebo i wtedy Tia zainteresowała się inną grupą, podnosząc głos we wzburzeniu. Ginevra zmarszczyła nieco brwi, patrząc w tamtym kierunku. Coś się stało – nie wiedziała co, ale najwyraźniej doszło do jakiejś kłótni pomiędzy półolbrzymem i jego synem, których zdążyła poznać wcześniej, a jakąś parą. Póki co wolała obserwować to z odległości. – Jestem magimedykiem, mogę ją przypilnować gdyby coś – zwróciła się tutaj do Mavelle, bo nie wiedziała, czy ta nie będzie chciała zobaczyć o co tyle krzyku.