Spojrzała na niego chłodno, gdy zaczął drzeć się w szoku z powodu jej wzrostu. Przewróciła oczami położyła jedną dłoń na swoim biodrze wypychając je lekko w bok.
– Nie krzycz jak kotka w rui, możesz się uspokoić? – zapytała czując jak przez jej kark przebiega dreszcz delikatnego strachu. Nigdy nie spotkała takiej osoby. Zawsze otaczała się osobami opanowanymi, od Desmonda, czy Oleandra zawsze bił spokój i tajemnica. Ten był jak wrzucony do kotła z endorfinami i gotowany w nich przez kilka godzin, a potem jeszcze ktoś napoił go jakimś eliksirem na energię.
Gdy mężczyzna dalej gadał, kręcił się, skakał, nie mógł ustać na miejscu Maya miała zamiar przenieść się gdzieś poza jego oczy, ale ten pocałował jej policzek. Rozszerzyła oczy w zaskoczeniu czując jak wściekłość wzbiera się w niej, gotuje jak kociołki z eliksirami. Odwróciła się w jego kierunku z zamiarem uderzenia go w twarz, ale ten wywrócił się i upadł na podłogę. Westchnęła ciężko, podeszła do niego, stanęła jedną nogą między jego własnymi i pochyliła się nad nim. Złapała jego ubranie i przyciągnęła do siebie.
– Posłuchaj mnie, wymoczku – zbliżyła twarz do jego własnej patrząc prosto w jego oczy – Nigdy więcej nie próbuj tego robić bez niczyjej zgody – warknęła – zaprowadź mnie na Nokturn bo inaczej wybebeszę cię w tym miejscu gołymi rękami – nie, nie bała się mu grozić. Była drobna, chuda i raczej niewiele wspólnego miała z kimś walecznym, ale Leo wydawał się być słaby, za bardzo rozproszony.