Czy to nagłe szczęście miało zwiastować idącego wielkimi krokami pecha na najbliższe… tygodnie? Fortuna kołem się toczy – tak to mówią, raz na wozie, raz pod wozem, a skoro kobiety były dzisiaj w jakiejś swojej szczytowej formie, to cholernie pewne, że los się w końcu odwróci. Najmniej odpowiednim momencie i najbardziej bolesny sposób.
A może po prostu były swoim wzajemnym talizmanem szczęścia… Nie można było tego wykluczyć. Różdżka mężczyzny została siłą wyrwana z jego dłoni i ze stukotem uderzyła o przeciwległą ścianę, by potoczyć się po ziemi pod któryś ze stołów i Brenna potrzebowała właśnie tyle, by rzucić się na niego i go całkowicie obezwładnić.
Widząc, że Longbottom radzi sobie śpiewająco z mężczyzną, sama rzuciła się do tego drugiego, który jak runął jak długi, tak do teraz się nie podnosił. W biegu wyciągnęła swoją parę kajdanek i uklęknęła na ziemi przy nim, skuwając mu ręce. Nie stawiał oporu, bo był całkowicie nieprzytomny… ale gdy go dotknęła, poczuła pod palcami krew. Facet był ranny, oddychał, ale cholera jasna… Będą potrzebowali medyka i to jak najszybciej, bo gość uderzył się w głowę.
I cuchnął jak lokomotywa parowa, albo jakby ciągle palił fajki i od tygodnia się po nich nie mył, więc jego ubrania i włosy przesiąknęły smrodem.
– Będziemy potrzebować medyka – mruknąła i rozejrzała się odruchowo na boki, jakby miała takowego gdzieś właśnie zobaczyć. Rzecz jasna nic takiego się nie wydarzyło, ale jak na zawołanie, drzwi się otwarły, a Victoria w obronnym geście, nadal klęcząc na ziemi nad nieprzytomnym czarnoksiężnikiem, uniosła swoją różdżkę wycelowaną w wejście, gotowa rzucić pierwsze lepsze zaklęcie jakie przyjdzie jej do głowy, na całe szczęście Brenna dostrzegła, ze to wsparcie… ale ICH wsparcie, mogła ją więc opuścić. – Potrzebuję żeby go ktoś stąd zabrał, jest ciężko ranny i nieprzytomny. Uderzenie w głowę – rzuciła szybko i odsunęła się, by ktoś z teleportacją łączną mógł zabrać rannego ze sobą.