Zdaniem Dagura sprawy bardzo szybko wymknęły się spod względem kontroli. Connor Fisher zachowywał się jak ostatni cham i zasadne wydawało się ostudzenie jego zapędów przez panią Lewis... jednak nauczony doświadczeniem wiedział, że tego podejmowanie tego typu prób uciszenia (nawet, jeśli są w jakimś stopniu słuszne) dolewało jedynie oliwy do ognia i nie pomagało to w żadnym stopniu zapobiegnięciu sporu. Zaradzenie takim sytuacjom nie należało do najłatwiejszych i nieraz nie dało się wypracować takiego rozwiązania, które gwarantowałoby zachowanie owcy w całości i nasycenie wilka. Connorowi i Blair teraz źle z oczu patrzyło, nie byli doskonałym towarzystwem do zabawy. Napić się z nimi nie chcieli, zjeść czegoś dobrego również nie, nie dawało się z nimi normalnie pogadać i wszystko im nie pasowało. Dagur nie przepadał za takimi ludźmi, nawet jak zawsze starał się z każdym nawiązać nić porozumienia.
Spoglądał na swojego syna i na zwaśnione strony, robiąc wielkie oczy. Potarł potężną dłonią swoją rudą brodę, samemu nie zamierzając się opowiadać za żadną ze stron. Nie tędy droga, nawet jeśli powinien stać murem za panią Figg i w mniejszym stopniu za panią Lewis. Pierwsza nie zasłużyła na takie traktowanie ze strony pana Fishera i pani Hayes, natomiast ta druga wciągnęła tę pierwszą w ten cały cyrk. Jak to mówią odnośnie szczerych zamiarów... dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane. Tym ludziom nie przemówi się do rozumu, odwołując się do ich zdrowego rozsądku. Podziwiał za to swojego syna, że jednak próbował i jednocześnie odczuwał ojcowską dumę, że nie był już pierwszy do okładania innych pięściami, tylko do rozdzielenia ich w razie potrzeby. Uchwyciwszy jego spojrzenie, skinął mu głową z wyraźną ojcowską aprobatą. Posłał mu też porozumiewawcze spojrzenie, że sam w razie czego zajmie się ich rozstawieniem po kątach.
Podszedł bliżej, kiedy jego pierworodny stanął pomiędzy dwoma grupkami i stanął obok swojego syna, mierząc Fishera ostrzegawczym spojrzeniem. On nie chce się przekonać, czym kończy się denerwowanie potomka olbrzyma i bynajmniej nie chodziło o wybuch agresji z jego strony. Dagur był w stanie podnieść go z dziecinną wręcz łatwością, z niemniejszą mógłby przerzucić go przez potężne ramię i ponieść do domu niczym niesforne dziecko. O wiele gorsze byłoby wywołanie wilka z lasu... a raczej wilkołaka z jego syna, którego musiałby powstrzymać przed urządzeniem tutaj istnej rzezi, jak i pracowników Ministerstwa, samozwańczych bohaterów przed zneutralizowaniem zagrożenia.
— Posłuchaj mojego syna, Connor. Chłopak dobrze prawi. Nie musisz zachowywać się jak zwykły knur, zwłaszcza względem kobiet i innych uczestników tego małego przyjęcia. — Zwrócił się do tego mężczyzny, w typowy dla siebie sposób. Pewnych rzeczy nie dawało się zrzucić na karb dziwnego zjawiska na niebie i działania Ministerstwa. — Druga strona też powinna posłuchać mojego syna, któremu nie brak oleju w głowie. — Dodał rzeczowo, opierając ogromne dłonie na swoich bokach.
— Ja również jestem za odbyciem rozmowy. Tylko nie mówcie jeden przez drugiego, jak przekupy na targu, bez epitetów i podnoszenia głosu. — Zasugerował i starał się wprowadzić zasady odnośnie tej wymiany zdań, jeśli oczywiście do niej dojdzie. Jak dobrze pójdzie to uda się pojednać zwaśnione strony. Dagurowi nie podobała się ta biesiada. Alkohol nie lał się strumieniami, stoły wbrew pozorom nie uginały się od jadła, a ludzie nie byli weseli i przestrzeń nie zanosiła się śmiechem. Atmosfera stała się naprawdę napięta. Ktoś powinien pokazać tym Anglikom jak powinno się bawić.