05.11.2023, 01:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2023, 01:54 przez Augustus Rookwood.)
Znikąd się wzięła lekkość i rozbawienie, mimo że nieźle namieszałem, że brnąłem jeszcze chwilę temu w coś cholernie niedostępnego, mającego wprowadzić mnie w kłopoty i wywołać zapewne niemałe wyrzuty sumienia w moim sercu.
Wbrew opinii Aveliny, wcale nie byłem potworem. Po prostu całe życie pragnąłem czegoś, co znajdowało się poza jej pragnieniami. Goniłem za uznaniem, za chwałą, za wygraną, a teraz... teraz to wszystko zblakło. Wciąż było ważne, bo nie odrzucałem rodziny czy kariery zawodowej, ale pragnąłem czegoś innego, czegoś, co również było bajecznie nieosiągalne, a jednocześnie tak blisko.
Pragnąłem tego, pragnąłem tego tak bardzo, że gotów byłem zaryzykować by czuć się wolnym, spełnionym, niesamowicie zakochanym. Echa marzeń i snów obijały się o moją czaszkę, doprowadzając mnie do szaleństwa. Nie potrafiłem zachować fasonu, wciąż myśląc o pełnych ustach Aveliny, brzmieniu jej głosu, słodkich jęków i tych ogromnych, błyszczących oczu. Z miłością, lśniły miłością, póki nie pojawiła się w nich obawa.
Znowu między nami pojawiało się coś, to coś, co mnie kompletnie niszczyło. Walka, która odbywała się we mnie, w moich emocjach, w mojej głowie i sercu wykańczała mnie totalnie, powodowała zawroty głowy. Pragnąłem jej. Cholera, pragnąłem jej bardzo.
- Ostatnimi czasy zażywam wyłącznie eliksirów od pewnej panny Aveliny Paxton. Znasz może? Taka zadziora straszna - stwierdziłem rozbawiony w najlepsze, odruchowo wyjmując jedną z dłoni spod mojej głowy by zrobić dla niej miejsce na moim barku, otulić ją, przytulić i tak zamrzeć na możliwie jak najdłuższą chwilę. Szczególnie że przybliżyła się do mnie, sama wtuliła i objęła mnie swoją ręką... Musieliśmy wyglądać z lotu ptaka niczym para kochanków, para kochanków, którą nie byliśmy. I to jednocześnie rozpalało i kruszyło moje serce.
Na tę myśl uniosłem na sekundę głowę by cmoknąć ją w czubek głowy. Nie zamierzałem obarczać ją winą za cokolwiek. To było moje ciało, moja głowa pełna wstrętnych myśli i potrzeb. Musiałem sam się z tym zmierzyć. Nie mogłem być egoistą, za którego mnie uważała. Właściwie, to niechybnie nim byłem, skoro się do niej dobierałem, pomimo w tych wszystkich słów... Czy może po prostu byłem słaby? Za słaby by walczyć z własnym ciałem i jego potrzebami?
Wsłuchiwałem się w jej głos. Spokojne, przyciszone słowa kierowane do mnie. Nieoceniające, w żaden sposób nie negatywne. Wspominała i rzucała mi drobne wyzwanie... Było miło. Faktycznie kiedyś potrafiliśmy czasami tak rozmawiać. Wtedy, w środku nocy, na szkolnych korytarzach. Wtedy tego nie doceniałem, póki nie rozstaliśmy się w ten podły sposób w ten najgorszy dzień... w moim życiu.
- Myślałem często o tych przegadanych nocach. Żałuję, że nie pamiętam tych wszystkich słów z tobą wymienionych, obszernych rozmów... Wtedy tego nie doceniałem - odważyłem się jej to powiedzieć. Zauważałem, że mówiłem jej za dużo, zbyt wiele tajemnych myśli, do których tylko i wyłącznie ja miałem dostęp, a potem... potem zapewne miała mnie za to mordować spojrzeniami albo milczeniem, albo wyrzutami. Nie powinienem był, a jednak to wymknęło się spomiędzy moich warg. Nieistotne, w każdym razie, bo miałem dalej niegrzeczne myśli w odpowiedzi na jej pytanie. Kolejny, nieco zduszony śmiech, wyrwał się z mojej piersi, przez co jej głowa musiała się niekontrolowanie unieść wraz z moją klatką.
- Lubię brąz twoich oczu, czerwień twoich ust, biel twoich zębów... Nie bij mnie, ale to moje pierwsze skojarzenie. Czemu malujesz usta w ten wyzywający sposób? - zapytałem ją od razu i od razu też sobie uświadomiłem, że wyczerpywałem pulę pytań na tę kolejkę. No trudno. W sumie byłem ciekaw, co na to odpowie.
I mimowolnie przesunąłem palcem obejmującej ją ręki po jej boku. Delikatnym, kobiecym, bardzo dla mnie dostępnym w tej chwili.
Wbrew opinii Aveliny, wcale nie byłem potworem. Po prostu całe życie pragnąłem czegoś, co znajdowało się poza jej pragnieniami. Goniłem za uznaniem, za chwałą, za wygraną, a teraz... teraz to wszystko zblakło. Wciąż było ważne, bo nie odrzucałem rodziny czy kariery zawodowej, ale pragnąłem czegoś innego, czegoś, co również było bajecznie nieosiągalne, a jednocześnie tak blisko.
Pragnąłem tego, pragnąłem tego tak bardzo, że gotów byłem zaryzykować by czuć się wolnym, spełnionym, niesamowicie zakochanym. Echa marzeń i snów obijały się o moją czaszkę, doprowadzając mnie do szaleństwa. Nie potrafiłem zachować fasonu, wciąż myśląc o pełnych ustach Aveliny, brzmieniu jej głosu, słodkich jęków i tych ogromnych, błyszczących oczu. Z miłością, lśniły miłością, póki nie pojawiła się w nich obawa.
Znowu między nami pojawiało się coś, to coś, co mnie kompletnie niszczyło. Walka, która odbywała się we mnie, w moich emocjach, w mojej głowie i sercu wykańczała mnie totalnie, powodowała zawroty głowy. Pragnąłem jej. Cholera, pragnąłem jej bardzo.
- Ostatnimi czasy zażywam wyłącznie eliksirów od pewnej panny Aveliny Paxton. Znasz może? Taka zadziora straszna - stwierdziłem rozbawiony w najlepsze, odruchowo wyjmując jedną z dłoni spod mojej głowy by zrobić dla niej miejsce na moim barku, otulić ją, przytulić i tak zamrzeć na możliwie jak najdłuższą chwilę. Szczególnie że przybliżyła się do mnie, sama wtuliła i objęła mnie swoją ręką... Musieliśmy wyglądać z lotu ptaka niczym para kochanków, para kochanków, którą nie byliśmy. I to jednocześnie rozpalało i kruszyło moje serce.
Na tę myśl uniosłem na sekundę głowę by cmoknąć ją w czubek głowy. Nie zamierzałem obarczać ją winą za cokolwiek. To było moje ciało, moja głowa pełna wstrętnych myśli i potrzeb. Musiałem sam się z tym zmierzyć. Nie mogłem być egoistą, za którego mnie uważała. Właściwie, to niechybnie nim byłem, skoro się do niej dobierałem, pomimo w tych wszystkich słów... Czy może po prostu byłem słaby? Za słaby by walczyć z własnym ciałem i jego potrzebami?
Wsłuchiwałem się w jej głos. Spokojne, przyciszone słowa kierowane do mnie. Nieoceniające, w żaden sposób nie negatywne. Wspominała i rzucała mi drobne wyzwanie... Było miło. Faktycznie kiedyś potrafiliśmy czasami tak rozmawiać. Wtedy, w środku nocy, na szkolnych korytarzach. Wtedy tego nie doceniałem, póki nie rozstaliśmy się w ten podły sposób w ten najgorszy dzień... w moim życiu.
- Myślałem często o tych przegadanych nocach. Żałuję, że nie pamiętam tych wszystkich słów z tobą wymienionych, obszernych rozmów... Wtedy tego nie doceniałem - odważyłem się jej to powiedzieć. Zauważałem, że mówiłem jej za dużo, zbyt wiele tajemnych myśli, do których tylko i wyłącznie ja miałem dostęp, a potem... potem zapewne miała mnie za to mordować spojrzeniami albo milczeniem, albo wyrzutami. Nie powinienem był, a jednak to wymknęło się spomiędzy moich warg. Nieistotne, w każdym razie, bo miałem dalej niegrzeczne myśli w odpowiedzi na jej pytanie. Kolejny, nieco zduszony śmiech, wyrwał się z mojej piersi, przez co jej głowa musiała się niekontrolowanie unieść wraz z moją klatką.
- Lubię brąz twoich oczu, czerwień twoich ust, biel twoich zębów... Nie bij mnie, ale to moje pierwsze skojarzenie. Czemu malujesz usta w ten wyzywający sposób? - zapytałem ją od razu i od razu też sobie uświadomiłem, że wyczerpywałem pulę pytań na tę kolejkę. No trudno. W sumie byłem ciekaw, co na to odpowie.
I mimowolnie przesunąłem palcem obejmującej ją ręki po jej boku. Delikatnym, kobiecym, bardzo dla mnie dostępnym w tej chwili.