05.11.2023, 02:05 ✶
Ja myślałbym tylko i wyłącznie o sobie, gdyby nie obecność Aveliny, jej potrzeby i pragnienia. Bądź co bądź, znalazłem się tu właśnie przez nią i jej niebezpieczną misję pomocy komuś, kogo tak naprawdę nie znała. Jakieś dzieci! Znaleźliby się inni, którzy mogliby to zrobić, lecieć, ratować je na łeb, na szyję, bardziej wykwalifikowani i przygotowani do takich akcji. Ale nie ona!
Zamiast tego trwaliśmy tu i usilnie trzymałem dłoń Aveliny by jej nie stracić w tym totalnym rozgardiaszu. Statek się sypał i obawiałem się, że w każdej chwili któreś z nas mogło polecieć w dół czy w bok, czy gdziekolwiek. Modliłem się w duchu do bogów by to nie było żadne z nas. By nie zjadły nas garnki... Ani kolejne cudaki na naszej drodze.
Momentalnie się zatrzymałem, widząc dwa kolejne trupy. Nie zamierzały pozwolić nam iść, zagradzały drogę, a jeszcze statek się trząsł, sypał coraz bardziej, płonął, a te duchy... czy co to tam było wychodziło z nas. Co oznaczało, że magia łącząca statek zanikała kompletnie, Fawley zapewne została pokonana i ostatnim, co nam pozostało, była ucieczka. Nie podarowałem zbytnią uwagą cienia pana Arrowa, uważając to za uwłaczające. Musiałem naprawdę żałośnie wyglądać, chodząc oparty o laskę, taki beznadziejnie poparzony, z tymi bliznami.
Pewnie bym się wzdrygnął, gdybym bardziej nie był skupiony na realnym wrogu. Chciałem już rzucać zaklęcie na dwa trupy przed nami, ale uprzedził mnie ktoś inny. Mieliśmy je z głowy. Mój wzrok ocenił, że rzucającą zaklęcie mogła być Brenna Longbottom, więc nie było co roztrząsać sytuacji. Odwróciłem swój wzrok w kierunku Aveliny.
- Teleportuj się na brzeg. Proszę, zrób to - poprosiłem ją tym razem, nie rozkazywałem. Martwiłem się o nią i o jej bezpieczeństwo może nawet bardziej niż o własne. Ścisnąłem jej dłoń mocniej by jeszcze przyrzec jej wykonanie tego, co zapewne chodziło po jej głowie. Mogłem postawić na to własne życie, że teraz martwiła się o innych zamiast o siebie. - Dopilnuję by stąd wyszli. Pomogę Dani, aby uciekaj, ratuj się - dodałem i właściwie puściłem jej dłoń, dając jej do zrozumienia, żeby się teleportowała. Już. Bez zawahania. Bez ociągania się. Natychmiast.
Ale mogłem tylko o tym pomarzyć, bo była... zadziorą straszną. Najlepiej byłoby złapać ją za rękę, opleść mocno i ewakuować się stąd z nią, wbrew jej woli, siłą wyrwać ją z zagrożenia. Niestety, to było niebezpieczne. Nie dość, że mogła zostać rozszczepiona przez szamotanie się ze mną, to ja również nie byłem odpowiednio przeszkolony w tym zakresie.
Bez słowa odwróciłem się by zając się garnkami. Wkurzała mnie tym, że pomimo jawnej nauczki w postaci niebezpieczeństwa, nie była w stanie mnie słuchać. Wyciągnąłem różdżkę przed siebie i postanowiłem zamrozić garnki mrozem siarczystym, bezdusznym. Nie dość, że by to je mogło przytwierdzić do mokrych desek, zastygnąć w jednej pozycji, to na dodatek może ostudziłoby nieco atmosferę na statku.
Rzucam na kształtowanie by zamrozić mordercze garnki
Zamiast tego trwaliśmy tu i usilnie trzymałem dłoń Aveliny by jej nie stracić w tym totalnym rozgardiaszu. Statek się sypał i obawiałem się, że w każdej chwili któreś z nas mogło polecieć w dół czy w bok, czy gdziekolwiek. Modliłem się w duchu do bogów by to nie było żadne z nas. By nie zjadły nas garnki... Ani kolejne cudaki na naszej drodze.
Momentalnie się zatrzymałem, widząc dwa kolejne trupy. Nie zamierzały pozwolić nam iść, zagradzały drogę, a jeszcze statek się trząsł, sypał coraz bardziej, płonął, a te duchy... czy co to tam było wychodziło z nas. Co oznaczało, że magia łącząca statek zanikała kompletnie, Fawley zapewne została pokonana i ostatnim, co nam pozostało, była ucieczka. Nie podarowałem zbytnią uwagą cienia pana Arrowa, uważając to za uwłaczające. Musiałem naprawdę żałośnie wyglądać, chodząc oparty o laskę, taki beznadziejnie poparzony, z tymi bliznami.
Pewnie bym się wzdrygnął, gdybym bardziej nie był skupiony na realnym wrogu. Chciałem już rzucać zaklęcie na dwa trupy przed nami, ale uprzedził mnie ktoś inny. Mieliśmy je z głowy. Mój wzrok ocenił, że rzucającą zaklęcie mogła być Brenna Longbottom, więc nie było co roztrząsać sytuacji. Odwróciłem swój wzrok w kierunku Aveliny.
- Teleportuj się na brzeg. Proszę, zrób to - poprosiłem ją tym razem, nie rozkazywałem. Martwiłem się o nią i o jej bezpieczeństwo może nawet bardziej niż o własne. Ścisnąłem jej dłoń mocniej by jeszcze przyrzec jej wykonanie tego, co zapewne chodziło po jej głowie. Mogłem postawić na to własne życie, że teraz martwiła się o innych zamiast o siebie. - Dopilnuję by stąd wyszli. Pomogę Dani, aby uciekaj, ratuj się - dodałem i właściwie puściłem jej dłoń, dając jej do zrozumienia, żeby się teleportowała. Już. Bez zawahania. Bez ociągania się. Natychmiast.
Ale mogłem tylko o tym pomarzyć, bo była... zadziorą straszną. Najlepiej byłoby złapać ją za rękę, opleść mocno i ewakuować się stąd z nią, wbrew jej woli, siłą wyrwać ją z zagrożenia. Niestety, to było niebezpieczne. Nie dość, że mogła zostać rozszczepiona przez szamotanie się ze mną, to ja również nie byłem odpowiednio przeszkolony w tym zakresie.
Bez słowa odwróciłem się by zając się garnkami. Wkurzała mnie tym, że pomimo jawnej nauczki w postaci niebezpieczeństwa, nie była w stanie mnie słuchać. Wyciągnąłem różdżkę przed siebie i postanowiłem zamrozić garnki mrozem siarczystym, bezdusznym. Nie dość, że by to je mogło przytwierdzić do mokrych desek, zastygnąć w jednej pozycji, to na dodatek może ostudziłoby nieco atmosferę na statku.
Rzucam na kształtowanie by zamrozić mordercze garnki
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 44
Slaby sukces...
Slaby sukces...