A star in your
Hand, though at least you can
Hold on to another plan
W samo sedno. Kodeks był pisany jednakowym charakterem pisma, ale kreślone litery nie wyglądały zawsze tak samo. Można było przysiąc, że autorem niekiedy targały emocje, gdy zaczynał być niedbały, gdy litery robiły się zbyt ostre, a nacisk na papier zbyt mocny. Czasami zaś wszystko było tak szczegółowe, jakby chciał zaznaczyć, że w tym punkcie liczy się najmniejsza drobnostka. Wydawało się, że ów kodeks był podyktowany emocjami. Że to one decydowały jak surowym przewinieniem byłoby złamanie zasad. I była to prawda. Tak, emocje. Ale nie, nie te odczuwane przez samego Esmé. Kodeks był efektem długiej pracy, wielu godzin spędzonych na rozmyślaniach, wielu rozmów tak abstrakcyjnych, jak ta tutaj. Nie był pisany pod wpływem impulsu, a przecież... można byłoby być tego pewnym. Bo dlaczego ktoś miałby pisać w ten sposób, gdy były to wychłodzone spostrzeżenia? No właśnie, Laurent. Właśnie zostałeś oszukany przez obrazek, którym Rowle próbował oszukiwać samego siebie. Zajrzałeś nieco za głęboko, ale jeszcze o tym nie wiedziałeś. Czarodziej znał emocje, wciąż je przeżywał, ale znacznie słabiej. Tak, jakby... były tylko po to, aby być. Jasne, czasami potrafił zapłonąć nieco bardziej, ale nigdy nie wychodziło to od niego samego - zawsze było to reakcją na emocje innych. Potrzebował by inni przeżywali, by sam mógł pożywić się okruszkami. Oh, ale jakże one smakowały. Tak czy inaczej, emocje nie były dla Esmé codziennością, ale codziennością był jego prosty intelekt. Mógłby oprzeć się na nim i stać się tym człowiekiem, który z lodowatym spojrzeniem mógłby oznajmić najokrutniejsze prawdy w które wierzył. A jednak nie chciał być tak nieludzki. Chciał chociaż pozorów, próby walczenia z samym sobą, tego udawania tak długo, aż zapomni, że to tylko kłamstwo. Że jego kodeks jest próbą opisania zachowań opartych na emocjach, poprzez logikę i jedynie wyobrażenie ich. Własną teorią jaka emocja powinna towarzyszyć temu zapiskowi w kodeksie i jak powinna zostać przedstawiona. Jakby emocje wcale nie były prawdziwe, a może inaczej - jakby nie były prawdziwe dla niego, ale wciąż działał według zasad, które powinny obowiązywać i jego. Jakby był niewierzącym, który stosował się do dekalogu.
Każdy w tym tańcu widział co innego. Nie, każdy doszukiwał się czego innego. Laurent zwracał uwagę na to, jak poprawny jest jego taniec, jak bardzo w rytm, jak bardzo technicznie wymachiwał rękoma, zarzucał włosami, zadzierał brodę. A Esmé wcale nie chodziło o te umiejętności. Nie chodziło mu w żadnym stopniu o odwzorowanie tego tańca, nawet jeżeli byłoby to niemalże perfekcyjne. Rowle, ponownie, szukał prawdy. Chciał widzieć ten taniec, który był najbliższy sercu Prewetta. Mógł potykać się o własne nogi, tworzyć nowe kombinacje rytmów muzycznych. Mógł być ubrany w łachmany, gdy tańczył na balu. To wszystko było wciąż mniej ważne niż to, że tańczył swój taniec.
Wzruszył lekko ramionami. Tak, może był koronerem w tej analogii. Zawód szlachetny, bo pozwalał znaleźć prawdę, pomóc rozwikłać zagadkę morderstwa, niefortunnej śmierci, samobójstwa. Nie było w tym nic obrzydliwego, a wręcz przeciwnie - coś szlachetnego. Nie każdy był na siłach, by babrać się w najciemniejszych sferach ludzkiego życia i to dla dobra innych.
- To piękny zawód. - rzucił krótko tak szczerze, jak tylko potrafił. Jasne, sama praca była trudna i niewdzięczna, ale jej cel niezwykle właściwy. Takich ludzi należało podziwiać.Nareszcie! Jakże wytrawnym tancerzem był Laurent. Nie udawał, że słyszy muzykę. On ją czuł sobą, gdy Esmé tańczył. Bardzo ciężko było go zbić z tropu i Esmé musiał przyznać, że pierwszy raz spotkał się z kimś, kto nadążyłby za jego... myślami. I dzięki temu mógł pozwolić sobie na jeszcze większą swobodę w wyrażaniu siebie, a przecież już był uważany za nonszalanckiego. Rowle poniekąd testował limity Laurenta, aczkolwiek najbardziej zależało mu, na zgubieniu go. Od momentu, w którym zrozumiał, że ten podąża za jego krokami. Nie było w tym żadnej złośliwości, nawet doceniał, bo oznaczało to, że Prewett chciał, żeby jego rozmówca czuł się komfortowo niezależnie od tematu. Ale nie tego oczekiwał w tej interakcji. Nie szukał komfortu, a chciał poznać Ślizgona. Kolegę z lat szkoły. Jak bardzo się zmienił? Jakim był człowiekiem? Jak ukształtowało go życie? To było ciekawe. Dlatego musiał wyrażać siebie. Nie milczeć, gdy miał inne zdanie, nie przytakiwać, nie owijać w bawełnę, starając się ześlizgnąć z tematu w najbardziej neutralny sposób. I teraz właśnie nastał moment, w którym Prewett się poddał i przestał się starać. Pozwolił być sobie sobą bez wkładania w to ambicji. Po prostu sobą.
Esmé uśmiechał się, gdy Laurent tak naprawdę poniekąd nazywał go bezczelnym, okrutnym i bezkompromisowym. Nie miał mu tego za złe, bo było to jego spojrzenie - a Rowle rzeczywiście taki był. Taka była cena jego ukochanej prawdy. I w tym też nie było kompromisów - zgadzał się na warunki, jakie musiał spełniać, by żyć ze sobą szczerze. Cóż... poniekąd szczerze. Tak czy inaczej, nie przerywał Prewettowi. Jeżeli był jakiś moment, w którym jasnowłosy mógł poczuć tryumf, że tknął życie w swego rozmówcę, to był on właśnie teraz. Widoczny jak na gołej dłoni, bo Esmé był uśmiechnięty, baaaardzo zadowolony, a jego oczy wręcz iskrzyły, szeroko otwarte.
Podniósł się z krzesła całkiem gwałtownie, gdy jego światopogląd ostatecznie został skwitowany jako smutna ignorancja. Nie, nie był zły. Wręcz przeciwnie. Pochylił się nad stolikiem i... ujął w dłonie twarz Laurenta. Gładką, wręcz niezdrowo szczupłą, ale przekonującą, że właśnie tak wygląda piękno. Że to jest jego obraz - niezależnie od zdrowia i przekonań. Objął ją delikatnie, ale w taki sposób, jakby podtrzymywał jego głowę nad taflą wody. Jakby nie chciał, by ten znów się pod nią zanurzył. Patrzył mu prosto w oczy, w te szalenie niebieskie oczy, w których przysięgał, że widział swoje odbicie. Niczym w tafli jeziora.
- Witaj, Laurencie. Kopę lat. - odezwał się zadowolony i uśmiechnął przyjaźnie, przymykając przy tym oczy. Zaraz go puścił i usiadł na krześle, odpychając się nogą, przechylając do tyłu. - Lubię kiedy ludzie mówią co myślą naprawdę. - mruknął, wydawał się naprawdę rozsmakowany w swoim małym osiągnięciu. - Lubię kiedy ty, Laurent, mówisz co myślisz. Naprawdę. Bo, powiedz mi, jak wielkim truizmem jest oznajmienie, że ludzie mają odmienne zdania? - przestał się kołysać na krześle, zamarł na chwilę w bezruchu, jakby chciał mu dać czas na odpowiedź. Ale nie dał. - Każdy to wie. Zatem, jeżeli jest to wiedza powszechna, to czemu jest to powód do konfliktu? - zadając to pytanie rozłożył ręce na boki. - Nie kultura jest problemem, a arogancja. - bo czyja prawda była lepsza? To właśnie doprowadzało do spięć, a przecież... można było wierzyć w swoją prawdę i pozwolić innym żyć w swojej prawdzie. Nawet jeżeli dla nas była fałszem. Kim byliśmy, aby decydować co dla innych powinno być prawdziwe?Nie, Esmé wcale nie był pusty, a przynajmniej nie w takim znaczeniu, jak pusta była pustka. Jego wnętrze było ogromne, ale jedynie gdzieniegdzie znajdowały się jakieś przedmioty, jakieś elementy wystroju. Każdy z nich był intrygujący, bo nie było kontekstu. Nie było stylu. Była przestrzeń, pusta przestrzeń, w której wszystko się odbijało. Laurent musiał krzyknąć, by Esmé mógł mruknąć. Bez tego... wszystko było grą i maskami. Bez tego wewnątrz panowała cisza.
- Nie. To ostry ból, który nie daje spać po nocach miesiącami, zmienia nawyki, zmienia ciebie, ale przemija. Jeżeli nie poznałeś szczęścia nigdy, to żyjesz w bólu cały czas. Nikłym, ale nie dającym o sobie zapomnieć, wyniszczającym z każdym kolejnym dniem. Z rzadka narastającym, najwyżej frustrującym coraz bardziej. Ale najgorsze jest to, że można się do niego przyzwyczaić. - westchnął. To było tak proste - co bolało bardziej? Przegrana czy nie podjęcie walki? Przegrana bolała chwilę, ale mocno. Nie podjęcie walki gryzło nas nocami, dokładało swoje kilka nut, gdy to inne smutki grały pierwsze skrzypce. Esmé wierzył, że Laurent to wie. W końcu sam przyznał, że nie zaznał takiego prawdziwego szczęścia, a nie jedynie bycia szczęśliwym. Zatem musiał cierpieć i musiał czuć ten ciężar każdego dnia. Może nie był wielki, ale wyniszczający z każdym krokiem coraz bardziej.- Nie. - uśmiechnął się uroczo, gdy oznajmił, że nie, nie czułby odpowiedzialności. Dlaczego miałby? On oferował pomoc, a nie przysięgę, że zrobi wszystko, byleby poprawić stan. Byleby tej osobie nie stała się krzywda. - Jestem rzemieślnikiem. - powiedział, jakby chciał oznajmić, że nie jest... i tutaj można było sobie wstawić - psychologiem? Terapeutą? Lekarzem? Opiekunem? Był, tak po prostu, rzemieślnikiem. Był też, przede wszystkim, Esmé. Nikim bliskim dla Laurenta. Nikim, kto mógłby czuć się zobowiązany. Bo może i Rowle miał dobrą duszę, ale nie był męczennikiem czy wielkim altruistą. Wierzył w to, że każdy dba o siebie i wszystkie czyny niosą za sobą konsekwencje. Musiał w to wierzyć. Tak wyglądało jego życie dotychczas.
Jakże okrutne musiało być otoczenie, w jakim przyszło żyć Laurentowi. Nokturn, miejsce owiane tak złą sławą, a okazywało się, że po prostu nie było iluzją. Że nie okłamywało świata, że jest inaczej. Esmé wcale nie zaprzeczał sobie, gdy ostrzegał przed mówieniem, a później do niego zapraszał. Nie. Czarodziej dawał Prewettowi radę, że w sytuacji taka jak ta nie powinien się odsłaniać. Że powinien uważać na słowa. Nie mógł mówić ich z taką łatwością, bo gdyby rzemieślnik był nieco, naprawdę nieco inną osobą, to byłoby to bardzo ryzykowne. Szczególnie dla osoby pokroju Laurenta. Na wszystko była odpowiednia pora i dopiero później Esmé rozłożył ręce w zapraszającym geście. Dopiero później można było mu zaufać, gdy udowodnił jak wiele znaczy dla niego prawda. Jak bardzo bezkompromisowy jest z samym sobą.
A więc nie była to żadna normalna maligna, a jedynie... efekt ruletki życia, w którą rzekomo Prewett przegrał, jeżeli chodziło o zdrowie. Czarodziej jednak prychnął, rozbawiony czymś.
- Na szczęście tylko nie miałeś szczęścia, co? - nieco powtórzył za nim, skracając jego wypowiedź w taki sposób, by zrozumiał co go rozbawiło. - To tym bardziej smutne. Cierpisz z powodów, na które nie miałeś żadnego wpływu. Cierpisz na darmo. - wręcz wyszeptał ostatnie słowa, opuszczając wzrok. We wszystkim musiał być jakiś powód. Do tego dążył świat, do tego dążyli ludzie - całym swoim życiem. Szukali swojego powodu. Ponosili konsekwencje swoich decyzji - czasem było to szczęście, czasem smutek, czasem nienawiść. Na swoje zdrowie Laurent nie miał wpływu, nie było to jego decyzją, nie miał najmniejszego udziału, a jednak musiał cierpieć. Obrzydliwie oczywisty przykład, że świat nie był sprawiedliwy. Świat był losowy i okrutny.Magia transmutacji była jedyną, z którą Esmé nie miał większych problemów. Jedyną, do której miał smykałkę i przychodziła mu z łatwością. Papieros na moment przeobraził się z robabranego, bezużytecznego śmiecia w zachwycający swym pięknem ogród. Rowle uniósł brew, nieco zaskoczony, ale wcale nie sztuczką - a wiadomością, którą chciał przekazać mu Prewett. W połowie jego wypowiedzi się skrzywił, odwrócił wzrok na bok. Słowa odbijały się echem w jego głowie. Czy będziesz oddychać? Włożył papierosa do ust. Zerwać, zawłaszczyć. Nabrał pełne płuca dymu. I zadeptać to, co niepotrzebne. Wydmuchnął dym. Nieco za długo. Jakby nie tylko wypuszczał z siebie tą szarą chmurę, a cząstkę duszy. Nieśpiesznie przeniósł spojrzenie na Laurenta. Swoje... puste, ale teraz zaskakująco zmęczone oczy. Patrzył tak na niego, nie odrywając wzroku nawet, gdy strzepywał popiół do popielniczki. Aż w końcu zmrużył oczy, by ostatecznie je zamknąć, rozluźnił ramiona, oparł dłonie o krawędź stolika i pozwolił swojej głowie opaść do tyłu. Luźno, swobodnie, jakby w jego ciele nie było siły, by nim władać. Włosy spłynęły po bokach jego twarzy. Tkwił w tej dziwnej pozie przez chwilę, aż jego klatka miarowo zaczęła podnosić się wyżej. Z każdym oddechem nabierał powietrza głębiej, aż w końcu... znów westchnął. Wciąż z zamkniętymi oczyma uśmiechnął się bardzo powoli. Jakby... jakby wcale temu uśmiechowi nie pomagał. Jakby wykonywał go tymi prawdziwymi rezerwami emocji, jakie w nim tkwiły.
- Mój drogi Laurencie, zasłużyłeś na kolejną słodką prawdę. - otworzył oczy, podnosząc głowę. - Jesteś bardzo uroczy. - i żal patrzeć, jak życie cię marnuje. Jak uroczy mógłbyś być, gdybyś natrafił w życiu na odpowiednie osoby. Nie, nawet na tą jedną odpowiednią. Tyle by wystarczyło. Tych słów nie wypowiedział. Mógłby to zrobić, bo były szczere, prawdziwe. Naprawdę uważał, że Prewett był tym aniołem, któremu ze skrzydeł wyszarpnięto pióra. A on uważał, że tym ludziom właśnie to się należy. Ta namiastka boskości. Bo pojedyncze pióro nie wznosiło ku niebu, ale tworzyło iluzję relacji z nim. Powiązania. Jakby... skradziono jego kawałek. Esmé również widział te piękne, śnieżnobiałe lotki o perlistym blasku. W końcu tańczyli, czyż nie? I to rzemieślnik prowadził. Obejmował plecy, czuł te pióra pod palcami i potrzebował tak niewiele, by wyrwać jedno z nich. Przecież cierpiał, czyż nie? Przecież był... tym poszarpanym obrazem, tym zniszczonym papierosem. Należało mu się. Nie to leżało w jego naturze. Brać. Brać? A czemu nie tworzyć? Był rzemieślnikiem, do jasnej cholery. Nie musiał nic brać, nie musiał nic kupować, kraść, zdobywać, otrzymywać. Tworzył. Potrzebował tylko materiałów, a tym były emocje. Była dobroć i ciepło, jakim został obdarzony. Ciepło, do jakiego lgnął, jakiego łaknął od dzieciństwa. Od momentu, w którym stracił matkę. - Świat na ciebie nie zasługuje.Papieros już się kończył. Ostatni strzał nikotyny do mózgu. Ugasił kiepa i odsunął popielniczkę na bok, aby nie śmierdziało im pod nosem. Chociaż i tak wypełnił okolicę tym obrzydliwym dymem. Nie do końca zadowolony był z pozycji w rozmowie, z tego gdzie się znalazł. Już nie tańczył. Dokonał swego, zgubił Laurenta i... zamarł. W pustej sali, w zupełnej ciszy. Na moment jeszcze trzymał pozę, jakby czas się zatrzymał, jakby ktoś zrobił zdjęcie, gdy ten robił kolejny piruet. Ale nie. Pauza była wyznaczona przez Esmé. Powietrze z niego zeszło, wysoko zadarta broda, uniesiona klatka i wyprostowane plecy przestały mieć znaczenie. Opadły też jego ręce. Teraz prawda była niczym orędzie. Głośna i wyraźna, gdy wszystko inne milczało. Nie było hałasów, które zakłócały, błysków które odwracały uwagę. Rowle zaczynał być widoczny tak, jak na gołej dłoni.
- Wydaje mi się, że obaj dopięliśmy swego. - mruknął nagle, unosząc wzrok z blatu stołu. - Może teraz wyjawisz, po co naprawdę się tu spotkaliśmy? - nie tłumaczył o co mu chodziło z "dopinaniem swego". Zdawało się to oczywiste - Esmé zobaczył jak Laurent tańczy naprawdę, a Laurent tchnął iskrę życia w Esmé. I to wszystko w jednym momencie. Postanowił, kolejny raz, zmienić temat. Zejść na biznesowe sprawy, jak mniemał. Poniekąd świadomie, poniekąd nieświadomie dalej starał się zgubić Prewetta. Nie pozwolić mu połapać się w sytuacji. Prawda... była prawdą. Rzemieślnik ją znał, ale uważał, że nie jest konieczne, by inni również ją znali.