05.11.2023, 15:46 ✶
Brenna uwielbiała Halloween (czy też Samhain), ale uwielbiała też Yule, Lithę i właściwie każdą okazję do świętowania czegokolwiek. Przepadała za przygotowywaniem dekoracji, nawet jeżeli nie miała do tego jakiegoś wielkiego talentu – liczyła się w końcu sama zabawa.
– O, świetnie. W takim razie siadaj tutaj grzecznie i zaraz się dziel pomysłem, żebym nie musiała wyciągać tego z ciebie siłą – zarządziła, mierząc chłopaka spojrzeniem. Chociaż wciąż się uśmiechała, wzrok miała czujny, bo z Leonem nigdy nie było wiadomo, czy zaraz nie padnie bez życia. No dobrze, bez sił, bez życia to jeszcze nigdy nie padł, ale Brenna wolała, żeby bez sił też nie padał. Ostatecznie był chłopcem, i mimo tego, że ona – w przeciwieństwie do niego – mogła poszczycić się ponad przeciętną kondycją fizyczną, którą zawdzięczała zamiłowaniu ojca do uczenia córki walki i własnej słabości do łażenia po drzewach, to transportowanie go do skrzydła szpitalnego nie należałoby do zadań prostych.
– Ależ skąd, najlepsza część zabawy to robienie takich rzeczy razem. Czekam aż skończą się zajęcia z wróżbiarstwa dla mojego roku i zielarstwo dla czwartego, dziewczyny mają mi pomóc – oświadczyła. Brenna tak naprawdę w Hogwarcie rzadko bywała sama dłużej niż przez kilka chwil. Nie dlatego, że była jakoś szczególnie rozchwytywana, ale że sama bezczelnie rozchwytywała innych, bez większych oporów dosiadając się do znajomych na błoniach, proponując wspólną naukę, wyciągając przypadkowe osoby do Hogsmeade albo oświadczając znajomym, że może po zajęciach… tak, pomogą jej wydrążać dynie.
– Och, nie musi być straszna. Musi być… ciekawa. I ładna. I oczywiście, pełna pysznego jedzenia, tak? – powiedziała z pewnym namysłem. Nie uważała, że dynie są szczególnie straszne, może dlatego, że wychowywała się w końcu w czarodziejskiej rodzinie. Ale już naprawdę uwielbiała to, jak wyglądały w ciemnościach.
– Jak często trzeba je odnawiać? Myślisz, że wytrzymają jakiś czas? – spytała, bo w końcu magia nie była trwała. A potem odłożyła nóż i bezceremonialnie wepchnęła Bletchleyowi w dłonie tę już wydrążoną dynię. W porządku, chłopak może i szybko się męczył, ale przecież mógł rzucić parę zaklęć, prawda? Poza tym nie zamierzała traktować go jak jakiegoś kaleki. – Dawaj ten zimny ogień, zobaczymy, jak będzie wyglądał w środku. Tylko na głos proszę, chcę inkantację, taki ogień brzmi jak coś, co mi się może bardzo przydać – zażądała, przechylając się, by spojrzeć, jaki ruch różdżką wykona Leon, przy rzucaniu zaklęcia. – Oj, dzięki, ale mam zasadę: nie jem nic dyniowego na tydzień przed Halloween. Żeby mi sok dyniowy i paszteciki nie obrzydły do trzydziestego pierwszego. Bo jutro to mam zamiar się nimi opychać. I to tak bez opamiętania.
– O, świetnie. W takim razie siadaj tutaj grzecznie i zaraz się dziel pomysłem, żebym nie musiała wyciągać tego z ciebie siłą – zarządziła, mierząc chłopaka spojrzeniem. Chociaż wciąż się uśmiechała, wzrok miała czujny, bo z Leonem nigdy nie było wiadomo, czy zaraz nie padnie bez życia. No dobrze, bez sił, bez życia to jeszcze nigdy nie padł, ale Brenna wolała, żeby bez sił też nie padał. Ostatecznie był chłopcem, i mimo tego, że ona – w przeciwieństwie do niego – mogła poszczycić się ponad przeciętną kondycją fizyczną, którą zawdzięczała zamiłowaniu ojca do uczenia córki walki i własnej słabości do łażenia po drzewach, to transportowanie go do skrzydła szpitalnego nie należałoby do zadań prostych.
– Ależ skąd, najlepsza część zabawy to robienie takich rzeczy razem. Czekam aż skończą się zajęcia z wróżbiarstwa dla mojego roku i zielarstwo dla czwartego, dziewczyny mają mi pomóc – oświadczyła. Brenna tak naprawdę w Hogwarcie rzadko bywała sama dłużej niż przez kilka chwil. Nie dlatego, że była jakoś szczególnie rozchwytywana, ale że sama bezczelnie rozchwytywała innych, bez większych oporów dosiadając się do znajomych na błoniach, proponując wspólną naukę, wyciągając przypadkowe osoby do Hogsmeade albo oświadczając znajomym, że może po zajęciach… tak, pomogą jej wydrążać dynie.
– Och, nie musi być straszna. Musi być… ciekawa. I ładna. I oczywiście, pełna pysznego jedzenia, tak? – powiedziała z pewnym namysłem. Nie uważała, że dynie są szczególnie straszne, może dlatego, że wychowywała się w końcu w czarodziejskiej rodzinie. Ale już naprawdę uwielbiała to, jak wyglądały w ciemnościach.
– Jak często trzeba je odnawiać? Myślisz, że wytrzymają jakiś czas? – spytała, bo w końcu magia nie była trwała. A potem odłożyła nóż i bezceremonialnie wepchnęła Bletchleyowi w dłonie tę już wydrążoną dynię. W porządku, chłopak może i szybko się męczył, ale przecież mógł rzucić parę zaklęć, prawda? Poza tym nie zamierzała traktować go jak jakiegoś kaleki. – Dawaj ten zimny ogień, zobaczymy, jak będzie wyglądał w środku. Tylko na głos proszę, chcę inkantację, taki ogień brzmi jak coś, co mi się może bardzo przydać – zażądała, przechylając się, by spojrzeć, jaki ruch różdżką wykona Leon, przy rzucaniu zaklęcia. – Oj, dzięki, ale mam zasadę: nie jem nic dyniowego na tydzień przed Halloween. Żeby mi sok dyniowy i paszteciki nie obrzydły do trzydziestego pierwszego. Bo jutro to mam zamiar się nimi opychać. I to tak bez opamiętania.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.