05.11.2023, 22:29 ✶
Obruszyła się nieco, kiedy usłyszała, że Yaxley taki chętny do pomocy. Spojrzała na niego spod byka, jakby największe faux-pas popełnił w tym stuleciu, po czym kontrolnie spojrzała na Stacha, żeby się upewnić, że też tę potwarz słyszał. Maeve potrzebująca pomocy? Od faceta? Prychnęła aż pod nosem, ale jeszcze nie zdecydowała się na bycie agresywną, bo nie znali się przecież, toteż wzywało to o domniemanie niewinności.
- A bo co, wyglądam, jakbym sobie miała rady nie dać? - Nie mogła się powstrzymać od zaczepnego tonu i odruchowo zaczęła podciągać rękawy koszuli, ale potem jeszcze raz spojrzała na Yaxleya i dotarło do niej, że chłop ma chyba ze dwa metry. Nic tak nie ostudziło jej gniewu, bo choć w mgnieniu oka mogła sprawić, że dorówna mu wzrostem, to bez wyraźnej konieczności nie chciała przybierać męskiej formy i zbierać łomotu.
Po jej długim wywodzie Nicholas zaproponował, żeby im to spisać na papierze. Z jednej strony pomysł nie był głupi, mogła przykleić kartkę z komunikatem "NIE JEŚĆ" - krótkim, żeby szybko dotarł i kolegom styków nie przegrzał - lecz z drugiej strony...
- Odważnie zakładasz, że którykolwiek z nich umie czytać i to jeszcze ze zrozumieniem - parsknęła śmiechem.
Wtem Stanley zapytał, czy ma ich za debili. Cudem się powstrzymała od najlakoniczniejszej odpowiedzi twierdzącej (tak), głównie dlatego, że mimo przekonania o swojej racji, Borgina szanowała i nie wypadało gospodarza obrażać w jego lokalu.
- Za debili? W życiu! - Zaprzeczyła, dramatycznie przykładając dłoń do piersi, jakby straszną rzecz powiedział. - Mogłabym spróbować was obrazić, ale zdecydowanie nie przebiję tego, co natura wam już uczyniła. Toteż moje zalecenia to tylko i wyłącznie z troski o wasze zdrowie i dobro, Stasiu - powiedziała to z takim przejęciem w głosie, że gdyby nie ta podprogowa obraza w połowie, to można by było jej uwierzyć. Choć kto wie, może jej uwierzą - męska gwiazda intelektu nie świeciła ostatnimi czasy zbyt jasno.
- Nie wiem, weź gryza i nam opisz wrażenia - skwitowała na pytanie Sauriela o bolesności śmierci. Nie miała pojęcia, nigdy przez łeb jej nie przyszło, ani nikomu w domu, żeby się konsumpcji dopuścić. Nie używały też ich za często jako trucizny, bo miały lepsze, choćby ten przeklęty bluszcz, co porastał całe wejście. Jeśli Rookwood liczył, że mu poda w skali, albo zasymuluje tu na środku podłogi konwulsje poszkodowanego, to na pewno nie za darmo.
- Jestem pewna, że na cmentarzu komunalnym zrobiłbyś furorę - odparła całkiem szczerze à propos Sauriela w roli duszy towarzystwa. Nie sprecyzował, o jakie towarzystwo chodzi przecież, prawda?
Uszczypliwość Mewy wyparowała dosłownie, kiedy do baru weszła ciemnowłosa nieznajoma. Uśmiechnęła się rozanielona, patrząc się w Black jak w obrazek, a oczy rozbłysnęły jak oczarowane. Gdyby nie fakt, że sama była kobietą i wiedziała, jak takie traktowanie niemożebnie wkurwia, to zagwizdałaby w głos. Potem prawdopodobnie ktoś inny by gwizdnął, ale w łeb Mewę, więc to był kolejny powód, żeby pozostać przy szczerzeniu się jak głupi do sera i nie palnąć nic bezbrzeżnie głupiego.
Pomachała Belli jedynie, kiedy Rookwood ich sobie przedstawił, wychodząc z założenia, że robi świetne wrażenie, kiedy nie otwiera gęby i w sumie postąpiła słusznie, bo lada moment zjawiła się Lorraine. Niby spodziewała się jej przyjścia, w końcu taki zlot degeneratów nie mógłby jej ominąć, a jednak Maeve wydawała się tak przyjemnie zaskoczona, jakby odwiedził ich Święty Mikołaj.
Odchyliła głowę do tyłu, wspierając kark na oparciu krzesła, jeszcze zanim Malfoy je porządnie obeszła. Uniosła jeden kącik ust w uśmiechu, nie przejmując się gilgotaniem wywołanym przez opadające na jej twarz kosmyki dziewczyny.
Parsknęła cichym śmiechem; ciężko było odczytać, czy to reakcja na całus w czoło, czy raczej dorabianie do niego kulturowego tła, ale Mewa wydawała się po wszystkim o wiele weselsza niż wtedy, gdy tu weszła. Zanim zdecydowała się odpowiedzieć na flirciarską zaczepkę, złapała kilka kosmyków jasnowłosej i szarpnęła nimi lekko, drocząc się, by zatrzymać ją przy sobie na dłużej.
- O tak, słyszałam o tym - pociągnęła dalej farsę półszeptem, uśmiechając się szelmowsko. - Ale działa poprawnie jedynie wtedy, kiedy pocałunek spocznie na ustach, tak mi mówiła babcia - wyjaśniła, kiwając głową jak prawdziwy znawca tematu. W końcu to ona z ich dwójki była Chinką, prawda? Oczywiście kraju przodków na oczy nie widziała, tak samo jak wili wspomnianej w chińskim folklorze, a ponadto jej babcia od wielu lat nie kontaktowała z rzeczywistością, ale warto było udać eksperta w tej kwestii. Gdyby Lorraine na to przystała, wtedy faktycznie spełniłaby się ta szczęśliwa wróżba. - To nie szampon, wysypałam na siebie rano kadzidła. Ale dziękuję, przekażę mamie, że trafiają w twoje gusta - odpowiedziała na komplement całkiem szczerze, bo chociaż w przeciwieństwie do niektórych tutaj regularnie się myła i nie śmierdziała, to tym razem żaden szampon nie był tego zasługą, tylko dwie lewe ręce.
Po tym Malfoyówna ją opuściła, a Borgin rozpoczął przemowę otwierającą spęd nawiedzonych, więc usiadła przyzwoicie na tym krześle, nawet założyła nogę na nogę elegancko, żeby pokazać, że bierze to na poważnie. Na wspomnienie o Changach też skinęła głową, a przy nadziei na współpracę z nimi puściła mu oczko, bo o ile sama była naprawdę chętna, to żeby matkę przekonać, trzeba sobą coś reprezentować. Zanim do tego dotrą, minie jeszcze chwila, ale to nie znaczyło, że nie należy próbować.
- Moje atuty to nieposkromiony urok osobisty oraz mocna głowa - rozpoczęła własną reklamę wpierw dla żartu, uśmiechając się tak szeroko, jakby chciała dać znać wszystkim obecnym, że posiada wszystkie zęby. - Aha, i umiem też dokładnie to, co Rookwood - oświadczyła, po czym skryła twarz za dłońmi. Gdy je zdjęła, wyglądała już jak on - bez większego wysiłku ukradła tożsamość Sauriela i teraz było ich dwoje. Przeleciała wzrokiem po wszystkich, wyglądając na zadowoloną z siebie, zatrzymując przy tym spojrzenie na Czarnym Kocie na dłuższą chwilę. Za moment jednak znowu wróciła do swojej oryginalnej formy, licząc, że nie będzie musiała wyjaśniać tu nikomu, że jest metamorfomagiem, bo każdy domyśli się po tym pokazie.
- A bo co, wyglądam, jakbym sobie miała rady nie dać? - Nie mogła się powstrzymać od zaczepnego tonu i odruchowo zaczęła podciągać rękawy koszuli, ale potem jeszcze raz spojrzała na Yaxleya i dotarło do niej, że chłop ma chyba ze dwa metry. Nic tak nie ostudziło jej gniewu, bo choć w mgnieniu oka mogła sprawić, że dorówna mu wzrostem, to bez wyraźnej konieczności nie chciała przybierać męskiej formy i zbierać łomotu.
Po jej długim wywodzie Nicholas zaproponował, żeby im to spisać na papierze. Z jednej strony pomysł nie był głupi, mogła przykleić kartkę z komunikatem "NIE JEŚĆ" - krótkim, żeby szybko dotarł i kolegom styków nie przegrzał - lecz z drugiej strony...
- Odważnie zakładasz, że którykolwiek z nich umie czytać i to jeszcze ze zrozumieniem - parsknęła śmiechem.
Wtem Stanley zapytał, czy ma ich za debili. Cudem się powstrzymała od najlakoniczniejszej odpowiedzi twierdzącej (tak), głównie dlatego, że mimo przekonania o swojej racji, Borgina szanowała i nie wypadało gospodarza obrażać w jego lokalu.
- Za debili? W życiu! - Zaprzeczyła, dramatycznie przykładając dłoń do piersi, jakby straszną rzecz powiedział. - Mogłabym spróbować was obrazić, ale zdecydowanie nie przebiję tego, co natura wam już uczyniła. Toteż moje zalecenia to tylko i wyłącznie z troski o wasze zdrowie i dobro, Stasiu - powiedziała to z takim przejęciem w głosie, że gdyby nie ta podprogowa obraza w połowie, to można by było jej uwierzyć. Choć kto wie, może jej uwierzą - męska gwiazda intelektu nie świeciła ostatnimi czasy zbyt jasno.
- Nie wiem, weź gryza i nam opisz wrażenia - skwitowała na pytanie Sauriela o bolesności śmierci. Nie miała pojęcia, nigdy przez łeb jej nie przyszło, ani nikomu w domu, żeby się konsumpcji dopuścić. Nie używały też ich za często jako trucizny, bo miały lepsze, choćby ten przeklęty bluszcz, co porastał całe wejście. Jeśli Rookwood liczył, że mu poda w skali, albo zasymuluje tu na środku podłogi konwulsje poszkodowanego, to na pewno nie za darmo.
- Jestem pewna, że na cmentarzu komunalnym zrobiłbyś furorę - odparła całkiem szczerze à propos Sauriela w roli duszy towarzystwa. Nie sprecyzował, o jakie towarzystwo chodzi przecież, prawda?
Uszczypliwość Mewy wyparowała dosłownie, kiedy do baru weszła ciemnowłosa nieznajoma. Uśmiechnęła się rozanielona, patrząc się w Black jak w obrazek, a oczy rozbłysnęły jak oczarowane. Gdyby nie fakt, że sama była kobietą i wiedziała, jak takie traktowanie niemożebnie wkurwia, to zagwizdałaby w głos. Potem prawdopodobnie ktoś inny by gwizdnął, ale w łeb Mewę, więc to był kolejny powód, żeby pozostać przy szczerzeniu się jak głupi do sera i nie palnąć nic bezbrzeżnie głupiego.
Pomachała Belli jedynie, kiedy Rookwood ich sobie przedstawił, wychodząc z założenia, że robi świetne wrażenie, kiedy nie otwiera gęby i w sumie postąpiła słusznie, bo lada moment zjawiła się Lorraine. Niby spodziewała się jej przyjścia, w końcu taki zlot degeneratów nie mógłby jej ominąć, a jednak Maeve wydawała się tak przyjemnie zaskoczona, jakby odwiedził ich Święty Mikołaj.
Odchyliła głowę do tyłu, wspierając kark na oparciu krzesła, jeszcze zanim Malfoy je porządnie obeszła. Uniosła jeden kącik ust w uśmiechu, nie przejmując się gilgotaniem wywołanym przez opadające na jej twarz kosmyki dziewczyny.
Parsknęła cichym śmiechem; ciężko było odczytać, czy to reakcja na całus w czoło, czy raczej dorabianie do niego kulturowego tła, ale Mewa wydawała się po wszystkim o wiele weselsza niż wtedy, gdy tu weszła. Zanim zdecydowała się odpowiedzieć na flirciarską zaczepkę, złapała kilka kosmyków jasnowłosej i szarpnęła nimi lekko, drocząc się, by zatrzymać ją przy sobie na dłużej.
- O tak, słyszałam o tym - pociągnęła dalej farsę półszeptem, uśmiechając się szelmowsko. - Ale działa poprawnie jedynie wtedy, kiedy pocałunek spocznie na ustach, tak mi mówiła babcia - wyjaśniła, kiwając głową jak prawdziwy znawca tematu. W końcu to ona z ich dwójki była Chinką, prawda? Oczywiście kraju przodków na oczy nie widziała, tak samo jak wili wspomnianej w chińskim folklorze, a ponadto jej babcia od wielu lat nie kontaktowała z rzeczywistością, ale warto było udać eksperta w tej kwestii. Gdyby Lorraine na to przystała, wtedy faktycznie spełniłaby się ta szczęśliwa wróżba. - To nie szampon, wysypałam na siebie rano kadzidła. Ale dziękuję, przekażę mamie, że trafiają w twoje gusta - odpowiedziała na komplement całkiem szczerze, bo chociaż w przeciwieństwie do niektórych tutaj regularnie się myła i nie śmierdziała, to tym razem żaden szampon nie był tego zasługą, tylko dwie lewe ręce.
Po tym Malfoyówna ją opuściła, a Borgin rozpoczął przemowę otwierającą spęd nawiedzonych, więc usiadła przyzwoicie na tym krześle, nawet założyła nogę na nogę elegancko, żeby pokazać, że bierze to na poważnie. Na wspomnienie o Changach też skinęła głową, a przy nadziei na współpracę z nimi puściła mu oczko, bo o ile sama była naprawdę chętna, to żeby matkę przekonać, trzeba sobą coś reprezentować. Zanim do tego dotrą, minie jeszcze chwila, ale to nie znaczyło, że nie należy próbować.
- Moje atuty to nieposkromiony urok osobisty oraz mocna głowa - rozpoczęła własną reklamę wpierw dla żartu, uśmiechając się tak szeroko, jakby chciała dać znać wszystkim obecnym, że posiada wszystkie zęby. - Aha, i umiem też dokładnie to, co Rookwood - oświadczyła, po czym skryła twarz za dłońmi. Gdy je zdjęła, wyglądała już jak on - bez większego wysiłku ukradła tożsamość Sauriela i teraz było ich dwoje. Przeleciała wzrokiem po wszystkich, wyglądając na zadowoloną z siebie, zatrzymując przy tym spojrzenie na Czarnym Kocie na dłuższą chwilę. Za moment jednak znowu wróciła do swojej oryginalnej formy, licząc, że nie będzie musiała wyjaśniać tu nikomu, że jest metamorfomagiem, bo każdy domyśli się po tym pokazie.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —