06.11.2023, 06:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2024, 11:50 przez Lorraine Malfoy.)
Powiedzieć, że Lorraine zaliczała semestry w Akademii Munga byłoby lekką przesadą, bo zwyczajnie korzystała z tego dobrodziejstwa, że większość kursów organizowanych przez tę placówkę była darmowa – podobnie jak bar z przekąskami w przerwach obiadowych podczas większych konferencji!! – a chociaż kwaśny posmak taniej kawy, którą tutaj oferowali, przyprawiał ją o mdłości, nie zaglądała darowanemu testralowi w zęby. Zwłaszcza, jeżeli potem poważni przedstawiciele władz uczelni wysyłali jej pocztą ładne (i poważne!) certyfikaty z podpisami poważnych naukowców poświadczające zdanie poważnych testów kompetencji w dziedzinie eliksirowarstwa… Trzymała je oprawione w ramki pod łóżkiem!
A że sam Laurence zdawał się myśleć, że była pełnoprawną studentką tejże akademii, cóż – nie zamierzała go oszukiwać, ale nie zadawała sobie też trudu, by wyprowadzić go z błędnego przeświadczenia o jej naukowych dokonaniach, z tego prostego względu, że nawet nie do końca była świadoma, że w taki sposób zinterpretował jej naukowe dążenia – jej sytuacja życiowa od zawsze była mocno skomplikowana, by nie powiedzieć brzydko, zdrowo popierdolona.
A wyjaśnianie, dlaczego taka niby szanowana i dobrze urodzona młoda dama z ambicjami o samorozwoju, głęboko zakorzenioną potrzebą doskonalenia się i niezaprzeczalnym talentem do eliksirów, zamiast uczyć się – czy nawet szukać męża, zakładać rodzinę czy ogólnie prowadzić tryb życia należny przedstawicielce zepsutej arystokracji – zarabia na życie zarządzając biurem zakładu pogrzebowego na ulicy Śmiertelnego Nokturnu… A tak naprawdę włamuje się do umysłów innych ludzi, wykorzystując w tym celu nielegalne sztuki magiczne, i potem za pieniądze sprzedaje ich brudne sekrety, na domiar złego, czerpiąc sadystyczną przyjemność z przedzierania się przez mentalne bariery swoich ofiar, pragnąc więcej, i więcej… No tak, wyjaśnienie tego wszystkiego byłoby dosyć trudne.
Łatwiej znieść swój ból, kiedy możesz zadać go innym; łatwiej zapomnieć o żałobie po zmarłej matce, kiedy codziennie przeglądasz akty zgonów nic nie znaczących ci ludzi…
Szkoda, że nie tak łatwo zapomnieć o pasożytującym na twoim pensji bezużytecznym ojcu, kiedy masz przed sobą takiego Laurence’a Lestrange’a. W idealnie dopasowanym garniturze, zapewne na miarę; niebywale inteligentnego i zasłużonego w polu magimedycyny; zamożnego, tak, że nie musiałby pracować, gdyby tylko zechciał – dla którego praca to nie konieczność, a kaprys męskiej próżności – tak, że mógł zapewnić swojej żonie, a i niebawem, dziecku, godną przyszłość. To, jak Lorraine go podziwiała, nie umniejszało w żaden sposób tego, jak mu zazdrościła. Ale, co trzeba było podkreślić, mimo tych skrajnych emocji, życzyła Laurence’owi i jego rodzinie jak najlepiej, zwłaszcza, że jego młodsza siostra, Loretta, była jej kiedyś bliska… Czasem aż zapominała, że Laurence był jej bratem, przez to, jak bardzo się różnili; przez dzielącą ich różnicę wieku; a może i dlatego, że bliźniak Lor, Louvain, był tak magnetyczną osobowością, że skutecznie przyćmiewał resztę rodziny?
Pokręciła głową, odganiając od siebie tę dziką gonitwę myśli, i przywołała zamiast tego na twarz delikatny uśmiech.
– Co tam u ciebie, no i oczywiście, jak się czuje pani Lestrange? Wybraliście już imię dla dziecka? – zapytała ze szczerym zainteresowaniem w głosie. W końcu wiedziała, że Laurence i jego małżonka spodziewają się małego Lestrange’a, i to w trybie dosyć pilnym! – Dawno nie widziałam się z Lorettą, więc jestem trochę do tyłu z ostatnimi wydarzeniami. W ostatnim liście tylko opisywała swój najnowszy obraz – zdradziła konspiracyjnym szeptem.
No i pogadali, bo wszystkich zaczęto wypraszać z sali na przerwę techniczną… Dlaczego? Wykładowca zepsuł rzutnik, a przeźrocza były widocznie niezbędne do przeprowadzenia wstępnej prelekcji... Lorraine tylko przewróciła oczami, kiedy urządzenie obskoczyła cała ferajna poważnych naukowców. Serio nie umieli tego obsługiwać?
– Może pójdziemy teraz? Wydaje mi się, że trochę im to zajmie. Chyba, że wolisz najpierw złapać jakąś kawę albo herbatę, oferują tam w holu – zaproponowała Lorraine, gotowa podążyć za wyborem Laurence’a.
A że sam Laurence zdawał się myśleć, że była pełnoprawną studentką tejże akademii, cóż – nie zamierzała go oszukiwać, ale nie zadawała sobie też trudu, by wyprowadzić go z błędnego przeświadczenia o jej naukowych dokonaniach, z tego prostego względu, że nawet nie do końca była świadoma, że w taki sposób zinterpretował jej naukowe dążenia – jej sytuacja życiowa od zawsze była mocno skomplikowana, by nie powiedzieć brzydko, zdrowo popierdolona.
A wyjaśnianie, dlaczego taka niby szanowana i dobrze urodzona młoda dama z ambicjami o samorozwoju, głęboko zakorzenioną potrzebą doskonalenia się i niezaprzeczalnym talentem do eliksirów, zamiast uczyć się – czy nawet szukać męża, zakładać rodzinę czy ogólnie prowadzić tryb życia należny przedstawicielce zepsutej arystokracji – zarabia na życie zarządzając biurem zakładu pogrzebowego na ulicy Śmiertelnego Nokturnu… A tak naprawdę włamuje się do umysłów innych ludzi, wykorzystując w tym celu nielegalne sztuki magiczne, i potem za pieniądze sprzedaje ich brudne sekrety, na domiar złego, czerpiąc sadystyczną przyjemność z przedzierania się przez mentalne bariery swoich ofiar, pragnąc więcej, i więcej… No tak, wyjaśnienie tego wszystkiego byłoby dosyć trudne.
Łatwiej znieść swój ból, kiedy możesz zadać go innym; łatwiej zapomnieć o żałobie po zmarłej matce, kiedy codziennie przeglądasz akty zgonów nic nie znaczących ci ludzi…
Szkoda, że nie tak łatwo zapomnieć o pasożytującym na twoim pensji bezużytecznym ojcu, kiedy masz przed sobą takiego Laurence’a Lestrange’a. W idealnie dopasowanym garniturze, zapewne na miarę; niebywale inteligentnego i zasłużonego w polu magimedycyny; zamożnego, tak, że nie musiałby pracować, gdyby tylko zechciał – dla którego praca to nie konieczność, a kaprys męskiej próżności – tak, że mógł zapewnić swojej żonie, a i niebawem, dziecku, godną przyszłość. To, jak Lorraine go podziwiała, nie umniejszało w żaden sposób tego, jak mu zazdrościła. Ale, co trzeba było podkreślić, mimo tych skrajnych emocji, życzyła Laurence’owi i jego rodzinie jak najlepiej, zwłaszcza, że jego młodsza siostra, Loretta, była jej kiedyś bliska… Czasem aż zapominała, że Laurence był jej bratem, przez to, jak bardzo się różnili; przez dzielącą ich różnicę wieku; a może i dlatego, że bliźniak Lor, Louvain, był tak magnetyczną osobowością, że skutecznie przyćmiewał resztę rodziny?
Pokręciła głową, odganiając od siebie tę dziką gonitwę myśli, i przywołała zamiast tego na twarz delikatny uśmiech.
– Co tam u ciebie, no i oczywiście, jak się czuje pani Lestrange? Wybraliście już imię dla dziecka? – zapytała ze szczerym zainteresowaniem w głosie. W końcu wiedziała, że Laurence i jego małżonka spodziewają się małego Lestrange’a, i to w trybie dosyć pilnym! – Dawno nie widziałam się z Lorettą, więc jestem trochę do tyłu z ostatnimi wydarzeniami. W ostatnim liście tylko opisywała swój najnowszy obraz – zdradziła konspiracyjnym szeptem.
No i pogadali, bo wszystkich zaczęto wypraszać z sali na przerwę techniczną… Dlaczego? Wykładowca zepsuł rzutnik, a przeźrocza były widocznie niezbędne do przeprowadzenia wstępnej prelekcji... Lorraine tylko przewróciła oczami, kiedy urządzenie obskoczyła cała ferajna poważnych naukowców. Serio nie umieli tego obsługiwać?
– Może pójdziemy teraz? Wydaje mi się, że trochę im to zajmie. Chyba, że wolisz najpierw złapać jakąś kawę albo herbatę, oferują tam w holu – zaproponowała Lorraine, gotowa podążyć za wyborem Laurence’a.