Umiejętność zapanowania nad własnymi emocjami, była dla Jackie zupełnie rozdzielna w sytuacji kontaktu z drugim człowiekiem, od sytuacji kontaktu z magicznym stworzeniem. Te drugie były dla niej znacznie "łatwiejsze w obsłudze", ze względu na jasno ustalone zasady, które występowały w ich przypadku. Jeśli tylko znało się te zasady, można było każde zwierzę uspokoić a nawet obłaskawić. A w każdym razie z góry było wiadomo jak z nimi postępować, i jakich reakcji się po nich spodziewać. Z ludźmi nie było już tak łatwo, bo ci zdawali się reagować w zupełnie odmienne sposoby na takie same sytuacje. W dodatku nie było jednego ustalonego sposobu w jaki powinno się z nimi postępować. Dla Jackie było to zbyt skomplikowane i abstrakcyjne, dlatego często nie do końca wiedziała, jak powinna zachować się w określonych sytuacjach, co powiedzieć albo czego nie mówić.
Prowadzona dalej ze stajni, między budynkami, w kierunku padoków, nie mogła nie wyobrazić sobie przelotnie, jakby to było pracować w takim miejscu. Przede wszystkim, teren rezerwatu zdawał się być ogromny, przez co była duża szansa na to, że nie musiałaby się martwić tłumami ludzi, jak w Londynie czy Dolinie Godryka. Chociaż jej rodzinna miejscowość też ostatnio wydawała jej się dość opustoszała, szczególnie po wydarzeniach z tego przeklętego Beltane. Dziewczyna uważała, że ona i Sam i tak dość dobrze na tym wyszli, biorąc pod uwagę, że dużo osób bezpośrednio ucierpiało.
Po drugie, w tak dużym otoczeniu natury i innych magicznych stworzeń, miała nadzieję, że jej klątwa być może trochę przycichnie. Tak samo działo się kiedy podróżowała - czuła się wtedy dużo lepiej i dużo skuteczniej mogła kontrolować przemiany, niż przez te dwa lata kiedy siedziała zamknięta w domu z ojcem i bratem. Chociaż, mogło być tak, że więcej istotności niosły tu jej własne emocje, bo ojciec alkoholik i nadopiekuńczy brat często działali jej na nerwy.
Kiedy zaczęli zbliżać się do pięknych, ogromnych koni o różnokolorowym umaszczeniu, Jackie wlepiła w nie spojrzenie podekscytowanych oczu. Tym razem pilnowała jednak, by jej myśli nie odpłynęły zbyt daleko i potakiwała głową, słuchając Laurenta.
- Gratulacje. - skomentowała, kiedy pochwalił się on osiągnięciami jego własnego rumaka. Po prawdzie nie oczekiwała niczego innego po zwierzęciu należącym do dziedzica fortuny Prewettów, ale i tak wywarło to na niej pewne wrażenie. Sporty konne, w świecie czarodziejów, nie były może tak emocjonująco dynamiczne jak Quidditch - większość rozgrywki działa się na dużym obszarze i była transmitowana na magicznych ekranach, nie oglądana na żywo własnymi oczyma - ale były równie brutalne i wymagające zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dużo też zależało od zgrania tandemu jeździec - rumak, co było trudniejsze niż zapanowanie nad miotłą. Sama Jackie miała okazję jeździć na hipogryfach, zdarzyło jej się też podróżować na grzbiecie mugolskich koni a raz nawet dosiadła kelpie, chociaż to ostatnie przeżycie było zimne, mokre i zdecydowanie nie należało do jej najbardziej ulubionych. Nigdy jednak jeszcze nie jeździła na abraksanie i musiała przyznać, że ciekawiło ją w jaki sposób wsiadało się na te ogromne, temperamentne bestie.
Kiedy byli już blisko, Jackie z rozmysłem odwróciła lekko wzrok, tak żeby mieć sylwetki koni w kąciku pola widzenia, a jednak nie patrzyć prosto na nie. Delikatnie wsunęła dłoń do jednej z sakw przytroczonych przy pasie. Nie chciała rzucać im wyzwania, ani zostać odebrana jako drapieżnik, wkraczający nieproszony na ich teren. Tym bardziej, że o ile mogła łatwo oszukać Laurenta w kwestii swojego "małego, futrzastego problemu", o tyle nigdy nie byłaby w stanie tak skutecznie oszukać abraksanów. Z doświadczenia wiedziała, że zwierzęta wyczuwają drzemiącą w niej klątwę. Dlatego nigdy nie mogła pracować z tymi mniejszymi, drobniejszymi i bardziej strachliwymi magicznymi stworzeniami. Co innego hipogryf, gryf czy smok - dla nich jej klątwa nie stanowiła realnego zagrożenia, a czasem wręcz pomagała im poddać się jej woli.
[a]Zatrzymując się przed wybiegiem, tuż obok ogromnego ogiera, Jackie stanęła do niego lekko bokiem, spoglądając w jego stronę, ale nie bezpośrednio w oczy Michaela. Wyjęła rękę z sakwy, wysuwając ją w jego stronę, a kiedy ją otworzyła, na jej otwartej dłoni leżało dorodne, czerwone jabłko. Odrobina przekupstwa, może zaskarbić wiele sympatii.- Witaj Michaelu, mam nadzieję, że wiele się od ciebie nauczę. - powiedziała, oferując mu jabłko. Mogłaby skomplementować jego imię, jego wygląd lub siłę. Gdyby był smokiem, to byłyby pierwsze słowa opuszczające jej usta. To jednak był abraksan, który - jak miała nadzieję dziewczyna - o wiele bardziej doceni jej szacunek dla niego jako kogoś od kogo mogłaby się uczyć, niż puste pochlebstwa. Nie wiedziała do końca, jak on zareaguje na jej zapach, który zapewne dla niego nie będzie do końca ludzki i w razie konieczności, była gotowa odsłonić zęby i zjeżyć kark, jeśli pokaz dominacji były konieczny, ale nie chciała się do tego uciekać. Podonie jak Laurent wierzyła, że siła, jeśli w ogóle jest rozwiązaniem, to powinna być używana w ostateczności.