06.11.2023, 12:28 ✶
Moje życie nabierało właśnie nowego tempa - tak się czułem, dokładnie tak. Motylki w brzuchu dawały o sobie znać z każdym mniej lub bardziej czułym gestem Flynna, jak gdyby serio czarami wywoływał tam istny taniec tych owadów. Swoją drogą, nie wiem, czy mnie ta wizja bardziej intrygowała, czy bardziej przerażała. I ciekawe, czy Flynn Bell byłby skłonny do takich gestów, takiej magii...? Albo czegoś, co mogło przypominać mieszkanie mi w głowie...? Tylko ze już wcześniej, zanim się pojawił, zanim zdecydował się szeptać w mroku mojego wozu, już wtedy czułem tęsknotę za nim. Tak usilną, że aż doprowadzała mnie do szału, a teraz tu był i jeszcze obiecał mi, przyrzekł pozostanie. Czegóż mógłbym chcieć więcej?
Przymknąłem oczy, skupiając się na jego drobnych pocałunkach. Tak blisko. Mój policzek owiewał jego oddech, mniej lub bardziej niepokojony. Wyobrażałem sobie jak wędruje z tymi swoimi ustami ku moim ustom. Tak, chciałem by znowu mnie całował, chciałem się z nim całować. Chciałem abyśmy razem ponownie odpłynęli daleko stąd, do innej przestrzeni.
Ale otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, wyrwany z rozmyślań, z krainy fantazji. Śmiał się, tak pięknie się śmiał, więc nie miałem mu tego za złe, że sprowadzał mnie na ziemię, jednocześnie odrywając mnie z jej powierzchni z każdym tym dotykiem pocałunkiem, rozbawieniem. Ale wracałem na ziemię, bo na ziemi było moje miejsce, no nie?
- Bardziej coś w stylu, że teraz jestem poważnym panem zarządcą tego pierdolniczka na kołach - zauważyłem czule, patrząc na cyrk majaczący wcale nie tak daleko. Bliżej niż by się można spodziewać. Może nawet ktoś nas widział z tej odległości... Nie przeszkadzało mi to. Nie miałem nic do ukrywania, tak myślałem. Może za wyjątkiem tych gorszych dni. Na szczęście nie zdarzały się za często.
I Flynn miał takie śliczne, ciemne oczy. Niezwykle biedne, sprawiające, że człowiek mu od razu współczuł, ale też widziałem w nich swoje odbicie, widziałem nuty radości i energii, życia i zabawy, miłości i fascynacji. Nie mogłem się nie uśmiechać, szczególnie widząc swój uśmiech w tych dwóch, niemalże czarnych źrenicach. Zagryzłem wargę. Z jego oczu mój wzrok padł na jego usta... Te usta, co jeszcze chwilę temu mnie obcałowywały. Może jednak śniłem...? Albo byłem na scenie i grałem...? Może oboje graliśmy piękny spektakl o dwóch porzuconych chłopcach, którzy ponownie trwali ramię w ramię obok siebie?
- Żony? Raczej nie mam miejsca na żonę w swoim fachu - zauważyłem delikatnie uśmiechnięty, może z lekką nostalgią, ale nie wyobrażałem sobie zakładania własnej rodziny, kiedy ja już miałem rodzinę i, kto wie, może jeszcze całą masę sierot do odratowania? Poza tym żona musiałaby mi robić wyrzuty, kiedy robiłbym piękne oczka do klientek... I potrzebowałbym więcej czasu dla niej, a o ten czas było u mnie ciężko. Kurde, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nad własną rodziną.
- A to nie jest tak, że już od małego byłem przystojny...?! - zapytałem, zamierzając jednak nie rozważać tych rodzinnych spraw teraz i się też nieco odgryźć. Odgryźć...
Tak, odgryzienie się miało być tu na miejscu, więc popchnąłem Flynna na trawę, pewnie paskudnie mokrą, ale w dupie tam. Zaraz możemy wziąć kąpiel w stawie i się wysuszyć magią czy przy ognisku. Teraz za to przygwoździłem go do ziemi swoim ciałem by pocałować te jego wargi. Och, jak ja tego chciałem. Tak bardzo chciałem, że jednak mnie poniosło i nie skończyło się na niewinnym całusku. Chwyciłem jego dłonie w tym szaleńczym akcie, może nieco despracyjnym, miłosnym tańcu namiętnego, drapieżnego pocałunku.
- Z kolei te twoje paskudne oczy... Flynn, te twoje oczy mnie prowokują - odparłem cicho, zaraz też szeptem dokończyłem. - By zedrzeć z ciebie ubranie i wrzucić cię do lodowatego stawu.
Jeśli o gejowiznę chodziło i jakieś pisiąt twarzy Grey’a, to co działo się w cyrku, pozostawało w cyrku...?
@The Edge
Przymknąłem oczy, skupiając się na jego drobnych pocałunkach. Tak blisko. Mój policzek owiewał jego oddech, mniej lub bardziej niepokojony. Wyobrażałem sobie jak wędruje z tymi swoimi ustami ku moim ustom. Tak, chciałem by znowu mnie całował, chciałem się z nim całować. Chciałem abyśmy razem ponownie odpłynęli daleko stąd, do innej przestrzeni.
Ale otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, wyrwany z rozmyślań, z krainy fantazji. Śmiał się, tak pięknie się śmiał, więc nie miałem mu tego za złe, że sprowadzał mnie na ziemię, jednocześnie odrywając mnie z jej powierzchni z każdym tym dotykiem pocałunkiem, rozbawieniem. Ale wracałem na ziemię, bo na ziemi było moje miejsce, no nie?
- Bardziej coś w stylu, że teraz jestem poważnym panem zarządcą tego pierdolniczka na kołach - zauważyłem czule, patrząc na cyrk majaczący wcale nie tak daleko. Bliżej niż by się można spodziewać. Może nawet ktoś nas widział z tej odległości... Nie przeszkadzało mi to. Nie miałem nic do ukrywania, tak myślałem. Może za wyjątkiem tych gorszych dni. Na szczęście nie zdarzały się za często.
I Flynn miał takie śliczne, ciemne oczy. Niezwykle biedne, sprawiające, że człowiek mu od razu współczuł, ale też widziałem w nich swoje odbicie, widziałem nuty radości i energii, życia i zabawy, miłości i fascynacji. Nie mogłem się nie uśmiechać, szczególnie widząc swój uśmiech w tych dwóch, niemalże czarnych źrenicach. Zagryzłem wargę. Z jego oczu mój wzrok padł na jego usta... Te usta, co jeszcze chwilę temu mnie obcałowywały. Może jednak śniłem...? Albo byłem na scenie i grałem...? Może oboje graliśmy piękny spektakl o dwóch porzuconych chłopcach, którzy ponownie trwali ramię w ramię obok siebie?
- Żony? Raczej nie mam miejsca na żonę w swoim fachu - zauważyłem delikatnie uśmiechnięty, może z lekką nostalgią, ale nie wyobrażałem sobie zakładania własnej rodziny, kiedy ja już miałem rodzinę i, kto wie, może jeszcze całą masę sierot do odratowania? Poza tym żona musiałaby mi robić wyrzuty, kiedy robiłbym piękne oczka do klientek... I potrzebowałbym więcej czasu dla niej, a o ten czas było u mnie ciężko. Kurde, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nad własną rodziną.
- A to nie jest tak, że już od małego byłem przystojny...?! - zapytałem, zamierzając jednak nie rozważać tych rodzinnych spraw teraz i się też nieco odgryźć. Odgryźć...
Tak, odgryzienie się miało być tu na miejscu, więc popchnąłem Flynna na trawę, pewnie paskudnie mokrą, ale w dupie tam. Zaraz możemy wziąć kąpiel w stawie i się wysuszyć magią czy przy ognisku. Teraz za to przygwoździłem go do ziemi swoim ciałem by pocałować te jego wargi. Och, jak ja tego chciałem. Tak bardzo chciałem, że jednak mnie poniosło i nie skończyło się na niewinnym całusku. Chwyciłem jego dłonie w tym szaleńczym akcie, może nieco despracyjnym, miłosnym tańcu namiętnego, drapieżnego pocałunku.
- Z kolei te twoje paskudne oczy... Flynn, te twoje oczy mnie prowokują - odparłem cicho, zaraz też szeptem dokończyłem. - By zedrzeć z ciebie ubranie i wrzucić cię do lodowatego stawu.
Jeśli o gejowiznę chodziło i jakieś pisiąt twarzy Grey’a, to co działo się w cyrku, pozostawało w cyrku...?
@The Edge