06.11.2023, 15:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2023, 15:48 przez Rodolphus Lestrange.)
Aura była aż nadto urocza. Piękna tak, że zapierała dech w piersiach. Pierwsze lampiony tliły się wesoło przy domach, a miękkie, ciepłe światło padające z okien nadawało scenerii iście idyllicznego charakteru. Idylla, którą zaraz mieli zburzyć. Ich idealny świat miał w ciągu godziny lec w gruzach, by coś lepszego mogło się narodzić. Rolph musnął palcami ramiona Bellatrix.
- Czas na nas - powiedział ciepłym głosem, zatrzymując dłonie na jej barkach zaledwie na chwilę. Ujął dłoń Trix i przytknął do jej grzbietu usta, zanim sam założył swoją maskę, nie kłopocząc się zakładaniem kaptura. Ruszyli.
Śnieg był miękki, a mróz powodował, że ich kroki zwiastowało jeno złowieszcze skrzypienie. Zdążyło napadać o tyle, o ile - mogli swobodnie zejść ze wzgórza i obejść wioskę, by nie narażać się na wzrok postronnych. Wszyscy byli zajęli siedzeniem w domach i przygotowywaniem się do świętowania. Piękne suknie, doskonale skrojone fraki... Kontra świąteczne swetry, robione na drutach ze starej włóczki. Dwa różne światy, które zaraz miały się zderzyć tak boleśnie, że po tym dniu pozostaną jedynie wspomnienia. Rolph, idąc powoli wzdłuż ścieżki prowadzącej do lasu, uśmiechnął się pod maską. Jeszcze kilkaset metrów i będą przy drzwiach.
Dom, który był ich celem, był prostym parterowym domkiem, niewyróżniającym się absolutnie niczym. Dach był pokryty cienką warstwą białego puchu, a z komina sączył się jasnoszary dym o charakterystycznej woni palonego drewna. W oknach świeciło się żółte światło, delikatnie wylewając się na zewnątrz. Ze środka nie dobiegały odgłosy, ale po oknach widać było ruch. Światło migotało, gdy kolejne osoby przechodziły obok kominka, sprzątając po kolacji.
- Rodzice i dwójka dzieci. Oboje szlamowatej krwi. Ciągnie swój do swego - powiedział cicho, obserwując z dystansu budynek. Dom stał trochę na uboczu, jednak nie na tyle daleko, by mogli wpaść do środka z bombardą na ustach. Obrócił się w stronę Bellatrix. - Działamy zgodnie z planem. Czekamy aż pójdą uśpić dzieciaki. Jakieś pytania? - czujnie obserwował otoczenie, gotów w każdej chwili zaciągnąć Trix za budynek, gdyby na horyzoncie pojawił się ktoś niepowołany.
- Czas na nas - powiedział ciepłym głosem, zatrzymując dłonie na jej barkach zaledwie na chwilę. Ujął dłoń Trix i przytknął do jej grzbietu usta, zanim sam założył swoją maskę, nie kłopocząc się zakładaniem kaptura. Ruszyli.
Śnieg był miękki, a mróz powodował, że ich kroki zwiastowało jeno złowieszcze skrzypienie. Zdążyło napadać o tyle, o ile - mogli swobodnie zejść ze wzgórza i obejść wioskę, by nie narażać się na wzrok postronnych. Wszyscy byli zajęli siedzeniem w domach i przygotowywaniem się do świętowania. Piękne suknie, doskonale skrojone fraki... Kontra świąteczne swetry, robione na drutach ze starej włóczki. Dwa różne światy, które zaraz miały się zderzyć tak boleśnie, że po tym dniu pozostaną jedynie wspomnienia. Rolph, idąc powoli wzdłuż ścieżki prowadzącej do lasu, uśmiechnął się pod maską. Jeszcze kilkaset metrów i będą przy drzwiach.
Dom, który był ich celem, był prostym parterowym domkiem, niewyróżniającym się absolutnie niczym. Dach był pokryty cienką warstwą białego puchu, a z komina sączył się jasnoszary dym o charakterystycznej woni palonego drewna. W oknach świeciło się żółte światło, delikatnie wylewając się na zewnątrz. Ze środka nie dobiegały odgłosy, ale po oknach widać było ruch. Światło migotało, gdy kolejne osoby przechodziły obok kominka, sprzątając po kolacji.
- Rodzice i dwójka dzieci. Oboje szlamowatej krwi. Ciągnie swój do swego - powiedział cicho, obserwując z dystansu budynek. Dom stał trochę na uboczu, jednak nie na tyle daleko, by mogli wpaść do środka z bombardą na ustach. Obrócił się w stronę Bellatrix. - Działamy zgodnie z planem. Czekamy aż pójdą uśpić dzieciaki. Jakieś pytania? - czujnie obserwował otoczenie, gotów w każdej chwili zaciągnąć Trix za budynek, gdyby na horyzoncie pojawił się ktoś niepowołany.