06.11.2023, 18:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.12.2023, 13:51 przez Rodolphus Lestrange.)
Rodolphus stał przed lustrem w swoim mieszkaniu w Londynie. Mimo iż niewielkie, urządzone zostało ze smakiem i odrobiną przepychu. Był próżny i nic na to nie poradzi - ba, nawet nie chciał tego zmieniać. Lubił w dyskretny sposób obnosić się ze swoim bogactwem. Teraz jednak patrzył na swoje odbicie w lustrze, okolonym pozłacaną ramą. Widział przed sobą młodego, przystojnego mężczyznę o stalowym spojrzeniu, gładko ogolonej twarzy i czarnych jak smoła włosach, gładko zaczesanych do tyłu. Zestaw białej koszuli i czarnej kamizeli zmienił na czarną jak noc koszulę i czarne spodnie, odpowiednie do sytuacji. Wyglądał, jakby wybierał się na pogrzeb - a przecież w gruncie rzeczy było inaczej. Podobnie jak Murtagh Rodolphus miał wrażenie, jakby miał zaraz iść na ślub. Chociaż nie: wiedział, kto za niego wyjdzie. I tego uczucia nie da się podrobić nawet tym. Rolph zdjął sygnet z zielonym jadeitem i odłożył go na komodę. Rzucił ostatnie spojrzenie w lustro przed wyruszeniem w drogę. On nie miał wątpliwości - był gotowy. Narzucił szatę na ramiona i wyszedł. Chwilę stał przed drzwiami mieszkania, szepcząc zaklęcia i kołując różdżką wymyślne wzory. Kiedyś, dawno temu, pewien czarodziej zapomniał o zabezpieczeniach gdy był w domu. Na to wspomnienie Rolph uśmiechnął się paskudnie, zanim nie wyszedł ostatecznie na ulicę, by zniknąć w akompaniamencie głośnego, gwałtownego trzasku, spowodowanego przeniesieniem przy pomocy świstoklika.
Krok miał szybki i sprężysty, a i miejsce jego lądowania nie było zbyt daleko. Dobrze wymierzył, rozstawiając drobiazgi po tej stronie Londynu. Dzięki temu wysoka, odziana w czarną szatę i czarną maskę z wymyślnymi, złotymi wzorami, przeszła swobodnie przez wyważone drzwi. W dłoni otoczonej czarną rękawiczką dzierżyła różdżkę z berberysu, ciemną tak jak jej ubiór. Sylwetka nie wskazywała ani na mężczyznę, ani na kobietę. Ale wystarczyło podwinięcie rękawa szaty, by Murtagh zobaczył znak węża na przedramieniu, wijący się jakby był żywy.
Krok miał szybki i sprężysty, a i miejsce jego lądowania nie było zbyt daleko. Dobrze wymierzył, rozstawiając drobiazgi po tej stronie Londynu. Dzięki temu wysoka, odziana w czarną szatę i czarną maskę z wymyślnymi, złotymi wzorami, przeszła swobodnie przez wyważone drzwi. W dłoni otoczonej czarną rękawiczką dzierżyła różdżkę z berberysu, ciemną tak jak jej ubiór. Sylwetka nie wskazywała ani na mężczyznę, ani na kobietę. Ale wystarczyło podwinięcie rękawa szaty, by Murtagh zobaczył znak węża na przedramieniu, wijący się jakby był żywy.