06.11.2023, 19:12 ✶
Gdyby nie to, że mieli zaraz pojawić się na kolacji, Rolph przedłużałby to tak długo, jak tylko by mógł. Ale tu liczył się czas - a czas spędzony z rodziną był niezwykle cenny. Z furiackim uśmiechem i szaleństwem w oczach przeniósł cały ciężar ciała na stopę, pod którą znajdowała się dłoń szlamowatego. Mężczyzna wrzasnął, a pod Rolphem coś się zapadło. Kości pękły z głuchym trzaskiem. To była muzyka dla jego uszu.
- Powinienem łamać ci palec po palcu - warknął, nachylając się. Z oszalałym wzrokiem, rozwianymi włosami i uśmiechem odsłaniającym zęby wyglądał jak prawdziwe ucieleśnienie śmierci. Szaleńczej śmierci. - A potem wyrwać ci każdy ząb po kolei. Ale mam lepszy pomysł, zdrajco.
Lewą ręką chwycił ledwo zipiącego mężczyznę za kark i ustawił go do pionu. Gdyby ważył trochę więcej, ten manewr zapewne by się nie udał, ale jego ofiara musiała zdrowo się odżywiać, bo był całkiem szczupły. Rodolphus zaciągnął go do łazienki, do której drzwi otworzył kopniakiem. Dźwignął brudnokrwistego na równe nogi, by patrzył w oczy żony, która właśnie umierała.
- Za chwilę do niej dołączysz, ćśśś - wyszeptał, stukając rózdżką w grdykę skamlącego mężczyzny. - Ale chcę, żeby to był ostatni widok, zanim umrzesz. Spójrz w lewo.
Czy spojrzał - tego nie wiedział, bo wyszeptał świszczące słowa zaklęcia, które sprawiły że powietrze stało się ostre niczym brzytwa. Która poderżnęła gardło szlamy. Bezwładne ciało opadło na podłogę z głuchym łoskotem, a Rolph skrzywił się.
- Będę musiał wyrzucić buty - mruknął, robiąc krok w bok. Krew z czterech ciał powoli zajmowała całą podłogę w łazience. - Chcesz czynić honory i wysadzić tę ruderę, moja droga?
Znów był tym czarującym, szarmanckim Rolphem, którego znał cały świat. Zniknęło szaleństwo z oczu, zniknęły białe zęby, a włosy znowu zostały zaczesane w tył. Krwi na czarnych butach na szczęście nie było widać. Rodolphus wyciągnął dłoń w kierunku Bellatrix, by pomóc jej przejść nad drgającymi ciałami. Szkoda by było, by i ona ubrudziła swoje buty.
- Czy wolisz oznaczyć miejsce znakiem? - musieli się podzielić. Któreś rzucało zaklęcie, by wszyscy wiedzieli, że tu byli, a któreś wysadzało cały dom. Najlepiej z ogniem. Rodolphus lubił, gdy się paliło.
- Powinienem łamać ci palec po palcu - warknął, nachylając się. Z oszalałym wzrokiem, rozwianymi włosami i uśmiechem odsłaniającym zęby wyglądał jak prawdziwe ucieleśnienie śmierci. Szaleńczej śmierci. - A potem wyrwać ci każdy ząb po kolei. Ale mam lepszy pomysł, zdrajco.
Lewą ręką chwycił ledwo zipiącego mężczyznę za kark i ustawił go do pionu. Gdyby ważył trochę więcej, ten manewr zapewne by się nie udał, ale jego ofiara musiała zdrowo się odżywiać, bo był całkiem szczupły. Rodolphus zaciągnął go do łazienki, do której drzwi otworzył kopniakiem. Dźwignął brudnokrwistego na równe nogi, by patrzył w oczy żony, która właśnie umierała.
- Za chwilę do niej dołączysz, ćśśś - wyszeptał, stukając rózdżką w grdykę skamlącego mężczyzny. - Ale chcę, żeby to był ostatni widok, zanim umrzesz. Spójrz w lewo.
Czy spojrzał - tego nie wiedział, bo wyszeptał świszczące słowa zaklęcia, które sprawiły że powietrze stało się ostre niczym brzytwa. Która poderżnęła gardło szlamy. Bezwładne ciało opadło na podłogę z głuchym łoskotem, a Rolph skrzywił się.
- Będę musiał wyrzucić buty - mruknął, robiąc krok w bok. Krew z czterech ciał powoli zajmowała całą podłogę w łazience. - Chcesz czynić honory i wysadzić tę ruderę, moja droga?
Znów był tym czarującym, szarmanckim Rolphem, którego znał cały świat. Zniknęło szaleństwo z oczu, zniknęły białe zęby, a włosy znowu zostały zaczesane w tył. Krwi na czarnych butach na szczęście nie było widać. Rodolphus wyciągnął dłoń w kierunku Bellatrix, by pomóc jej przejść nad drgającymi ciałami. Szkoda by było, by i ona ubrudziła swoje buty.
- Czy wolisz oznaczyć miejsce znakiem? - musieli się podzielić. Któreś rzucało zaklęcie, by wszyscy wiedzieli, że tu byli, a któreś wysadzało cały dom. Najlepiej z ogniem. Rodolphus lubił, gdy się paliło.