06.11.2023, 21:35 ✶
Brenna nie była całkowicie lekceważąca wobec wróżbiarstwa. A już na pewno nie wobec jasnowidzenia. Nie chwaliła się tym na prawo i lewo – i zasadniczo na tym etapie jej życia wiedzieli o tym rodzice, wuj i starszy brat – ale sama była widmowidzem, a jej kuzynka dostrzegała aury. I chociaż w to, że ktoś widzi przeszłość albo teraźniejszość łatwiej było uwierzyć niż w zobaczenie przyszłości… to tego nie wykluczała.
Chociaż nie. Nie wierzyła, że przyszłość wykuto w kamieniu. W to chyba nigdy nie miała uwierzyć.
– Tygodniami? Może czymś je wzmocnili? – zastanowiła się na głos, po czym sięgnęła po dynię, do której środka Leon wsypał iskrzące się, zimne ogniki. – Ale mnie doba spokojnie wystarczy – oświadczyła i uśmiechnęła się z satysfakcją, bo efekt był mniej więcej taki, jakiego oczekiwała. No, może wolałaby, żeby zamiast błękitnawe były bardziej pomarańczowe, pod kolor dyni, ale z tym mogła poeksperymentować później. Transmutacja i kształtowanie dawały całkiem duże możliwości.
Odstawiła ostrożnie dynię i sięgnęła po własną różdżkę, aby powtórzyć zaklęcie, rzucone przez Bletchleya. Wycelowała w tę drugą dynię – tę, nad którą przed chwilą „pracowała”. Jeszcze nie dokończyła jednego oka, ale dynia szczerzyła się już w uśmiechu i spoglądała na świat jednym okiem, a jej miąższ został przeniesiony do miski. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, za drugim z różdżki posypały się tylko iskry, ale przy trzeciej próbie Brennie udało się rzucić zaklęcie poprawnie.
– Jest świetnie – oceniła z zadowoleniem. – A jak chcesz udekorować wasze dormitorium, to idealnie. Trzymaj, wycinaj, możesz różdżką, będzie łatwiej, możesz ją sobie wziąć, ja jak coś załatwię sobie więcej, ale mam tutaj i tak sporo zapasowych… – oświadczyła, wybierając jedną z mniejszych dyni, by chwilę później wcisnąć ją w ręce Bletchleya. Dobra, noża nie dałaby mu do ręki, niekoniecznie z powodu choroby, ale po prostu Brenna, odkąd gdy mając jakieś dwanaście lat odkryła, że nie każdy dostawał od taty drewniany miecz na urodziny, i niektórzy mogą sobie zrobić krzywdę za pomocą ostrza, zrobiła się nieco ostrożna z ofiarowywaniem innym takich rzeczy. Za dobrze pamiętała, jakie to przyniosło rezultaty, kiedy chciała pokazać sztylet kuzynce. W każdym razie, rzucając zaklęcia cięcia nie powinien się zmęczyć, a nie był małym chłopcem, który nie może utkać jednego czaru, prawda?
– Ja nie – oświadczyła jeszcze zdecydowanie na jego słowa odnośnie tego, że zamierza opychać się aż opadnie z sił. Znów sięgnęła po nóż i pochyliła się nad dynią, aby w skupieniu zabrać się za wycinanie brakującego oka. – Bo nie ma mowy, żebym opadła z sił od pysznego jedzenia, a jestem pewna, że będzie pyszne jedzenie. Nie mogę doczekać się pieczeni. Pieczeń w Hogwarcie jest najlepsza na świecie. Zastanawiałam się, czy się za coś nie przebrać na ucztę, za jakiegoś potwora albo coś takiego, ale w sumie to moja ciocia zawsze mówi, jak widzi mnie rozczochraną, że mogłabym grać u Selwynów potwora bez charakteryzacji, więc chyba po prostu się nie uczeszę – plotła, trochę od rzeczy, jak to dość często się jej zdarzało, jednocześnie manewrując nożem nad dynią.
Chociaż nie. Nie wierzyła, że przyszłość wykuto w kamieniu. W to chyba nigdy nie miała uwierzyć.
– Tygodniami? Może czymś je wzmocnili? – zastanowiła się na głos, po czym sięgnęła po dynię, do której środka Leon wsypał iskrzące się, zimne ogniki. – Ale mnie doba spokojnie wystarczy – oświadczyła i uśmiechnęła się z satysfakcją, bo efekt był mniej więcej taki, jakiego oczekiwała. No, może wolałaby, żeby zamiast błękitnawe były bardziej pomarańczowe, pod kolor dyni, ale z tym mogła poeksperymentować później. Transmutacja i kształtowanie dawały całkiem duże możliwości.
Odstawiła ostrożnie dynię i sięgnęła po własną różdżkę, aby powtórzyć zaklęcie, rzucone przez Bletchleya. Wycelowała w tę drugą dynię – tę, nad którą przed chwilą „pracowała”. Jeszcze nie dokończyła jednego oka, ale dynia szczerzyła się już w uśmiechu i spoglądała na świat jednym okiem, a jej miąższ został przeniesiony do miski. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, za drugim z różdżki posypały się tylko iskry, ale przy trzeciej próbie Brennie udało się rzucić zaklęcie poprawnie.
– Jest świetnie – oceniła z zadowoleniem. – A jak chcesz udekorować wasze dormitorium, to idealnie. Trzymaj, wycinaj, możesz różdżką, będzie łatwiej, możesz ją sobie wziąć, ja jak coś załatwię sobie więcej, ale mam tutaj i tak sporo zapasowych… – oświadczyła, wybierając jedną z mniejszych dyni, by chwilę później wcisnąć ją w ręce Bletchleya. Dobra, noża nie dałaby mu do ręki, niekoniecznie z powodu choroby, ale po prostu Brenna, odkąd gdy mając jakieś dwanaście lat odkryła, że nie każdy dostawał od taty drewniany miecz na urodziny, i niektórzy mogą sobie zrobić krzywdę za pomocą ostrza, zrobiła się nieco ostrożna z ofiarowywaniem innym takich rzeczy. Za dobrze pamiętała, jakie to przyniosło rezultaty, kiedy chciała pokazać sztylet kuzynce. W każdym razie, rzucając zaklęcia cięcia nie powinien się zmęczyć, a nie był małym chłopcem, który nie może utkać jednego czaru, prawda?
– Ja nie – oświadczyła jeszcze zdecydowanie na jego słowa odnośnie tego, że zamierza opychać się aż opadnie z sił. Znów sięgnęła po nóż i pochyliła się nad dynią, aby w skupieniu zabrać się za wycinanie brakującego oka. – Bo nie ma mowy, żebym opadła z sił od pysznego jedzenia, a jestem pewna, że będzie pyszne jedzenie. Nie mogę doczekać się pieczeni. Pieczeń w Hogwarcie jest najlepsza na świecie. Zastanawiałam się, czy się za coś nie przebrać na ucztę, za jakiegoś potwora albo coś takiego, ale w sumie to moja ciocia zawsze mówi, jak widzi mnie rozczochraną, że mogłabym grać u Selwynów potwora bez charakteryzacji, więc chyba po prostu się nie uczeszę – plotła, trochę od rzeczy, jak to dość często się jej zdarzało, jednocześnie manewrując nożem nad dynią.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.