06.11.2023, 22:38 ✶
Nienawidził lasów. Gdyby mógł, to wszystkie te leśne tereny puściłby dawno z dymem i zatańczył na ich zgliszczach. Jego żywiołem było miasto, ewentualnie duże posiadłości, ulokowane na rozległych terenach. Dużych, zadrzewionych ale zadbanych i ujarzmionych. Ale tak się stało, że zmuszony był wejść do istnej dżungli, puszczy pełnej niebezpiecznych stworzeń i krwiożerczych owadów. Po co - to już było nieistotne. Ważne było to, że właśnie wracał do domu, przeklinając swój brak umiejętności teleportacji. Gdyby opanował tę sztukę, to już dawno by go tu nie było.
Odziany w czarną, prostą koszulkę i takież same spodnie w podobnym odcieniu, trzepnął się otwartą dłonią w szyję. Cholerne komary. Nie rozumiał ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli chodzili po lasach. Na jego szczęście obyło się bez spotkań z miłośnikami przyrody. Jeszcze tylko kilka metrów i stąd wyjdzie.
Rodolphus nagle obrócił się. Czy on już nie mijał tego drzewa? I kojarzył skądś ten kamień. Szlag by to... Kropelki potu pojawiły się na jego czole. Jak on, kurwa, nienawidził lasów. Wzburzony ruszył przed siebie, przedzierając się przez krzaki. Jak nic złapie kleszcza albo wpadnie na jakiegoś nawiedzonego grzybiarza. Albo...
- Hm? - posąg. I wysoka, bo praktycznie jego wzrostu, kobieta. Nie wiedział co było bardziej zaskakujące: widok tak wielkiej baby, czy posągu w kształcie kobiety. Na wszelki wypadek zacisnął palce na różdżce. - Dzień dobry.
Matka uczyła go, że należy się witać z nieznajomymi. Byłaby z niego dumna. I chociaż patrzył na Geraldine badawczo, zaciskając palce na różdżce, spoczywającej w kieszeni, postarał się przywołać cień uśmiechu na usta. Nie spuszczał jednak z nieznajomej wzroku. Kim mogła być? I co to za rzeźba, przy której stała? Krew zaczęła buzować w jego żyłach. Czy to ona zamieniła ją w kamień?
Odziany w czarną, prostą koszulkę i takież same spodnie w podobnym odcieniu, trzepnął się otwartą dłonią w szyję. Cholerne komary. Nie rozumiał ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli chodzili po lasach. Na jego szczęście obyło się bez spotkań z miłośnikami przyrody. Jeszcze tylko kilka metrów i stąd wyjdzie.
Rodolphus nagle obrócił się. Czy on już nie mijał tego drzewa? I kojarzył skądś ten kamień. Szlag by to... Kropelki potu pojawiły się na jego czole. Jak on, kurwa, nienawidził lasów. Wzburzony ruszył przed siebie, przedzierając się przez krzaki. Jak nic złapie kleszcza albo wpadnie na jakiegoś nawiedzonego grzybiarza. Albo...
- Hm? - posąg. I wysoka, bo praktycznie jego wzrostu, kobieta. Nie wiedział co było bardziej zaskakujące: widok tak wielkiej baby, czy posągu w kształcie kobiety. Na wszelki wypadek zacisnął palce na różdżce. - Dzień dobry.
Matka uczyła go, że należy się witać z nieznajomymi. Byłaby z niego dumna. I chociaż patrzył na Geraldine badawczo, zaciskając palce na różdżce, spoczywającej w kieszeni, postarał się przywołać cień uśmiechu na usta. Nie spuszczał jednak z nieznajomej wzroku. Kim mogła być? I co to za rzeźba, przy której stała? Krew zaczęła buzować w jego żyłach. Czy to ona zamieniła ją w kamień?