07.11.2023, 16:54 ✶
- Tak, we własnej osobie - przytaknęła Brenna, uśmiechając się do niego. Oczywiście, że była odrobinę podejrzliwa wobec wszystkich Lestrangów, ale Rodolphus nie miał napisanego na czole, że jest śmierciożercą i nie miała żadnych powodów, aby podejrzewać go choć trochę bardziej niż innych członków tych co bardziej konserwatywnych rodów czystej krwi. Kojarzyła go zaledwie pobieżnie, na tej samej zasadzie, na której kojarzyła większość pracowników Ministerstwa czy przedstawicieli rodów czystej krwi. Mimo całej swojej towarzyskości, z nim akurat nigdy nie miała specjalnie do czynienia - nie biegała w końcu codziennie do Departamentu Tajemnic, a Lestrange był od niej o tyle młodszy, że nie zetknęli się bezpośrednio ani w Hogwarcie, ani na żadnej wielkiej, czystokrwistej fecie. Dlatego... był to uśmiech z rodzaju tych zwykłych i przyjaznych, jakie Brenna posyłała ludziom dość często. - Nie wiem, kto, niestety nie znam jego nazwiska, ale widywałam go ubranego w szaty, jakie noszą Niewymowni. Moja przyjaciółka z aurorów sugeruje, że w takim wypadku może być tylko urojeniem, bo to nie powinno być możliwe, że nie znam jego nazwiska, ale wyglądał całkiem materialnie. I no... nie do końca nago, w sumie to prawie nago. Ma na sobie bieliznę, jeśli to się liczy - dodała.
Nie poczuła się przytłoczona i to ani trochę. Po pierwsze, sama była bardzo wysoka jak na kobietę i przerastała wszystkie koleżanki, po drugie, w jej otoczeniu pełno było mężczyzn daleko wykraczających poza metr osiemdziesiąt, po trzecie wreszcie, Brennę w ogóle przytłoczyć było w takich sytuacjach bardzo trudno, i ze względu na charakter jej samej, i na to, czym zajmowała się w pracy. A i dochodziło po czwarte, pod względem wiary w to, że dałaby radę położyć ciosem z pięści większość pracowników Ministerstwa, była wręcz nadmiernie pewna siebie i przez to pozostawała mało wrażliwa na naruszanie jej przestrzeni osobistej. Spojrzała więc na niego całkiem śmiało, a w kącikach jej ust wciąż czaił się uśmiech.
Chociaż nie. Nie kpiła. I nie robiła sobie żadnych żartów.
- A jest tu Brygadzistka, bo tak mi przeszło przez myśl, że trochę głupio zignorować kogoś, kto tak sobie gania w negliżu po Ministerstwie. Ktoś chyba powinien czymś takim się zająć, a jeżeli powinien coś zrobić "ktoś", to zwykle oznacza właśnie Brygadzistów... I ten pan ma jakiś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, koło czterdziestki, ciemne włosy, trochę posiwiałe na skroniach, jasne oczy, zwykle widuję go przy windzie, jeśli znajdę się tam koło siódmej rano, a poza tym podejrzewam, że jest niemową, bo nigdy się nie odezwał... - wyrecytowała, podając mu dłoń, przecież nie miała powodów, żeby być niegrzeczną. (A gdyby nawet go podejrzewała o bycie masowym mordercą, tym bardziej byłaby bardzo uprzejma, aby przypadkiem nie zorientował się, że jest na celowniku, prawda?). Odruchowo chciała uścisnąć jego rękę, ale i nie szarpała się, kiedy zamiast tego ucałował wierzch jej dłoni. Ostatecznie, chociaż nie wyglądała na to ani w pracy, ani w tych chwilach, gdy włóczyła się w poszarpanych spodniach po Dolinie Godryka, wychowała się w czystokrwistej rodzinie, a matka bardzo próbowała wepchnąć do ciemnowłosej głowy córki podstawy dobrych manier. Bywała na balach i tym podobnych, więc takie gesty nie zbijały jej z pantałyku.
- O, właśnie, to on - dodała, cofając rękę i oglądając się, kiedy usłyszała za sobą kroki. Rodolphus miał okazję przez jakąś sekundę widzieć mężczyznę, który przemknął jak wiatr za plecami Brenny. Spojrzała za uciekinierem, odnotowując, że znowu kierował się w górę. Podejrzewała, że za moment ponownie znajdzie się pod drzwiami Brygady. I tak. Lestrange faktycznie mógł w nim rozpoznać kolegę z pracy, ba, nawet skojarzyć go jako , czarodzieja półkrwi, który pracował tu już wtedy, kiedy jego przyjęto na stanowisko... - Jakieś wskazówki, czy mam go łapać, czy może jednak nie, bo przerwę super tajny eksperyment waszego Departamentu? - spytała uprzejmie.
Nie poczuła się przytłoczona i to ani trochę. Po pierwsze, sama była bardzo wysoka jak na kobietę i przerastała wszystkie koleżanki, po drugie, w jej otoczeniu pełno było mężczyzn daleko wykraczających poza metr osiemdziesiąt, po trzecie wreszcie, Brennę w ogóle przytłoczyć było w takich sytuacjach bardzo trudno, i ze względu na charakter jej samej, i na to, czym zajmowała się w pracy. A i dochodziło po czwarte, pod względem wiary w to, że dałaby radę położyć ciosem z pięści większość pracowników Ministerstwa, była wręcz nadmiernie pewna siebie i przez to pozostawała mało wrażliwa na naruszanie jej przestrzeni osobistej. Spojrzała więc na niego całkiem śmiało, a w kącikach jej ust wciąż czaił się uśmiech.
Chociaż nie. Nie kpiła. I nie robiła sobie żadnych żartów.
- A jest tu Brygadzistka, bo tak mi przeszło przez myśl, że trochę głupio zignorować kogoś, kto tak sobie gania w negliżu po Ministerstwie. Ktoś chyba powinien czymś takim się zająć, a jeżeli powinien coś zrobić "ktoś", to zwykle oznacza właśnie Brygadzistów... I ten pan ma jakiś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, koło czterdziestki, ciemne włosy, trochę posiwiałe na skroniach, jasne oczy, zwykle widuję go przy windzie, jeśli znajdę się tam koło siódmej rano, a poza tym podejrzewam, że jest niemową, bo nigdy się nie odezwał... - wyrecytowała, podając mu dłoń, przecież nie miała powodów, żeby być niegrzeczną. (A gdyby nawet go podejrzewała o bycie masowym mordercą, tym bardziej byłaby bardzo uprzejma, aby przypadkiem nie zorientował się, że jest na celowniku, prawda?). Odruchowo chciała uścisnąć jego rękę, ale i nie szarpała się, kiedy zamiast tego ucałował wierzch jej dłoni. Ostatecznie, chociaż nie wyglądała na to ani w pracy, ani w tych chwilach, gdy włóczyła się w poszarpanych spodniach po Dolinie Godryka, wychowała się w czystokrwistej rodzinie, a matka bardzo próbowała wepchnąć do ciemnowłosej głowy córki podstawy dobrych manier. Bywała na balach i tym podobnych, więc takie gesty nie zbijały jej z pantałyku.
- O, właśnie, to on - dodała, cofając rękę i oglądając się, kiedy usłyszała za sobą kroki. Rodolphus miał okazję przez jakąś sekundę widzieć mężczyznę, który przemknął jak wiatr za plecami Brenny. Spojrzała za uciekinierem, odnotowując, że znowu kierował się w górę. Podejrzewała, że za moment ponownie znajdzie się pod drzwiami Brygady. I tak. Lestrange faktycznie mógł w nim rozpoznać kolegę z pracy, ba, nawet skojarzyć go jako , czarodzieja półkrwi, który pracował tu już wtedy, kiedy jego przyjęto na stanowisko... - Jakieś wskazówki, czy mam go łapać, czy może jednak nie, bo przerwę super tajny eksperyment waszego Departamentu? - spytała uprzejmie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.