Było to całkiem zdrowie podejście. Trixie jednak lubiła rozmyślać, często łapała się na tym, że się zawiesza i błądzi we wspomnieniach. To nie tak, że myślała tylko o przeszłości, bo również dużo czasu spędzała na wyobrażaniu sobie wizji idealnego świata, który mieli stworzyć dzięki Czarnemu Panu.
- Co racja to racja, przecież ledwie trzy lata temu zastanawiałam się, czy zdam te głupie egzaminy. - Tamte sprawy wydawały się być bardzo błahe przy ich aktualnych problemach. Zaangażowali się w rewolucję, walczyli ramię ramię, aby pomóc jedynemu słusznemu czarodziejowi przejąć władzę. Mieli sporo na głowach, a byli przecież bardzo młodzi.
- Coś za coś, myślę, że prędzej, czy później się to zmieni. Mugole dziwnym trafem potrafią wepchnąć wszędzie swoje nosy i wyrywać nam po kawałku to, co nasze. - Nie sądziła, żeby miasteczko było bezpieczne. Może faktycznie jak na razie udało mu się obronić przed niemagami, jednak kwestią czasu pozostawało to, kiedy zamieszają gdzieś niedaleko. Panoszyli się wszędzie.
- Uroczy jesteś. - Było jej miło, kiedy tak do niej mówił. Cieszyło ją to, że nie będzie miał pretensji o jej ewentualne zagubienie. Wydawało jej się, że jako jedna z nielicznych osób nie oczekiwał od niej, że będzie idealna i nie będzie się mylić. Sama Trixie miała wobec siebie spore oczekiwania i raczej starała się, aby wszystko wychodziło jej za pierwszym razem. Przyzwyczajenie to wyniosła z domu rodzinnego, gdzie dosyć sporo się od niej wymagało.
- Jestem pewna. Zjawa przecież byłaby przezroczysta, to naprawdę dziewczynka, miała może z dziesięć lat? Chyba tak, nie znam się na dzieciach. - W rodzinie mieli ich kilka, jednak nie do końca śledziła ich losy. Nie interesowały ją za bardzo, uważała, że jest za młoda, aby zajmować się takimi tematami.
Na szczęście długo nie dyskutowali nad tym, czy to, co widziała było prawdziwe. Narzeczony najwyraźniej przyjął jej wersję. Liczyła na to, że jak dotrą do tego dworu, to zobaczą dziewczynkę, co będzie potwierdzeniem tego, co widziała.
Powoli zbliżali się do wyjścia z wioski. Lestrange zahaczył jeszcze o niewielki stragan, Trixie uśmiechnęła się do siebie widząc, co zrobił. Zawsze starał się jej dogodzić, chociażby takimi niewielkimi gestami. Czuła, że o nią dba, że jest dla niego ważna, niczego więcej nie potrzebowała do szczęścia. (No może poza zabiciem kilku mugolaków, ale takie rozrywki również jej zapewniał).
- Nie da się mnie omamić. - Powiedziała bardzo pewnym tonem. Pewnie i by się dało, ale było to naprawdę trudne z racji na jej wyćwiczone umiejętności. Od młodzieńczych lat przywiązywała wagę do tego, aby nikt nie miał dostępu do jej umysłu. Na pewno by coś poczuła. Wątpiła więc w to, że była to iluzja.
Nie dyskutowali o tym jednak dłużej, bo Rodolphus zamknął jej usta krótkim pocałunkiem, całkiem dobrą metodę sobie wybrał na uciszenie panny Black.
Zupełnie znienacka pociągnął ją za sobą i zaczął biec. Opuścili już miasteczko, byli coraz bliżej miejsca, o którym czytała. Przynajmniej tak się jej wydawało. Starała się dotrzymywać mu tempa, chociaż było to dosyć problematyczne z racji na jej niewielki wzrost. Udało im się jednak dobiec do miejsca, w którym mogli zobaczyć zarośnięty pałac. Przystanęła wtedy na moment i odetchnęła głęboko. Zmęczyła się tym biegnięciem. - To musi być to. - Odparła jeszcze wpatrując się w rezydencję. - Chodźmy. - Byli już tak blisko, że nie mogła się doczekać aż dotrą na miejsce.