Trixie również uważała, że razem mogą wiele osiągnąć. Najważniejsze było to, że spoglądali na świat w ten sam sposób. Mieli zakorzenione odpowiednie poglądy, potrafili odróżnić dobro od zła. Do tego wszystkiego byli bardzo uzdolnionymi magami, nie potrzebowali nic więcej do szczęśliwego życia, no, może sukcesu który miała osiągnać rewolucja Lorda Voldemorta, ale to również zbliżało się wielkimi krokami. Niedługo będą mogli odetchnąć świadomi, że mugolacy nie odbiorą im władzy w czarodziejskim świecie.
W przypadku Bellatrix nie było widać specjalnej różnicy we włosach, zawsze układały się w artystycznym nieładzie. Buty, tak jak i on dosyć mocno przeżyły ten bieg po trawie, ale zadbał o to, aby doprowadzić je do porządku. Rodolphus dbał o każdy, najdrobniejszy szczegół. Nic mu nie umykało, była to naprawdę dobra cecha, szczególnie, że Trixie należała raczej do tych pospiesznych osób.
Nie do końca tego się spodziewała. Myślała, że rezydencja, o której czytała będzie ogromna, zadbana, a było zupełnie przeciwnie. Budynek wydawał się opuszczony, zresztą ogród, który znajdował się obok też wyglądał jakby od kilkudziesięciu lat nie widział ogrodnika. Nie składało jej się to w spójną całość. Może faktycznie ta dziewczynka nie była prawdziwa? Dlaczego właściwie sobie to uroiła.
Tyle, że dwór Cape stał przed nimi, część opowieści była więc prawdą, to tylko powodowało większy zamęt w głowie panny Black. Podeszli bliżej, do furtki, która również nie była do końca sprawna. Wydawało jej się, że gdyby ktoś mieszkał w tym budynku to na pewno dbałby o takie szczegóły, nie dopuściłby do tego, aby to miejsce zamieniło się w ruinę.
Weszła pierwsza na teren posesji. Rozglądała się przy tym uważnie, żeby dostrzec najdrobniejsze szczegóły. Zauważyła kolejną furtkę, musieli wybrać mniej uczęszczane wejście. Tamto jednak też nie wyglądało na jakieś specjalnie zadbane.
- Myślę, że więcej niż jeden ogrodnik, to miejsce wygląda jakby żyło własnym życiem od wielu lat, bez ingerencji kogokolwiek. - Upewniało ją w tym, że dziewczynka, którą spotkała nie istniała.
Niestety ona nie zwróciła uwagi na okna, była za bardzo zajęta przyglądaniu się temu, co się działo na zewnątrz. - Nie, nie widziałam. Chodźmy do środka, tam powinnismy otrzymać odpowiedzi. - Nie było sensu gdybać, zdecydowanie najlepszą opcją pozostawało dostanie się do rezydencji. Ruszyła w stronę drzwi, zastukała nawet kilka razy, jednak nikt nie odpowiadał. Wokół panowała cisza, jakby to miejsce było zupełnie opuszczone. Sięgnęła po różdżkę i mruknęła pod nosem zaklęcie, które miało otworzyć drzwi, a następnie nacisnęła zardzewiałą klamkę. Mogli wejść do środka.