Ile słów to było za dużo, gdy w grę wchodziło ludzkie życie? Geraldine, według Esmé, wcale nie popłynęła. Rzemieślnik lekceważąco założył, że po prostu sobie poradzi w ten lub inny sposób, a przecież sama Łowczyni nie zabierze go od razu na coś... bardzo groźnego. Łatwo nie docenić magiczne stworzenia, gdy nie miało się z nimi większego kontaktu. Nawet coś w miarę "łagodnego", mogło być śmiertelnym przeciwnikiem dla samego Czarodzieja. Wszak jego zdolności bojowe były... wręcz nieistniejące. Z czego trochę ubolewał. Tak czy inaczej, doceniał profesjonalizm Yaxley, ale także charakterność i czysty rozsądek, że nie pozwoliła dyktować zasad Esmé - który przecież znalazłby się zupełnie nie w swoim żywiole.
- Daj spokój, nie jestem taki delikatny. - miał oczywiście na myśli delikatność mentalną. Jasne, rozemocjonowała się, ale miała ku temu prawo. I było to niezbędne, aby zaznaczyć powagę. Jeszcze tego nie wiedziała, ale na tego mężczyznę ciężko było wpłynąć. Zatem takie "popłynięcie" stanowiło odpowiedni ruch."Ogromna strata"? Uśmiechnął się nieznacznie, ostatecznie powstrzymując szerszy grymas. Nie chciał, by wypadło to pobłażliwie, bo to mogło powodować pytania, na które nie mógł odpowiedzieć. A nie chciał kluczyć wokół tematu. Sęk w tym, że gdyby Esmé zmarł to... właściwie nikt by na tym nie stracił. Niektórzy by nawet zyskali. Ah, nie, teraz już Geraldine straciłaby na tym. Swój cenny czas, który właśnie mu poświęcała. Ze skrytym zadowoleniem przyjął te proste słowa, które nie musiały nic znaczyć, ale wciąż miło było dla odmiany usłyszeć o sobie coś dobrego. I że gdyby go zabrakło, to dla kogoś byłoby to stratą. Przypuszczalnie.
Teraz może to on zareagował zbyt ostro. Może. Niestety jemu, dalekiemu od perfekcji paniczowi Rowle, nie przyszło to nawet do głowy. Swoje rzemiosło traktował poważnie. Jak jedną z największych świętości w jego życiu, której obsesyjnie pilnował, by każdy zachowywał w jej obliczu odpowiedni szacunek. Poważniejszy był dla niego jedynie temat jego zmarłej matki. I tyle. To były dwie najistotniejsze rzeczy w życiu Esmé. Złagodniał od razu, gdy usłyszał, że "to się więcej nie powtórzy". Machnął ręką, jakby chciał puścić to w zapomnienie.
- Nic się nie stało. Tym razem przymknę na to oko. - "tym razem". Specjalnie tak powiedział, jakby miała grozić jakaś kara Ger za to, że zlekceważyła jego rzemiosło. Nic takiego nie groziło, bo przecież, nawet gdyby był do tego zdolny, nie pobiłby jej, bo... obraziła jego pasję. Nie wyciągnąłby też żadnych konsekwencji, nie próbowałby też się zemścić. Co najwyżej zakończyłby współpracę i ją wyprosił. Teraz miało być to bardziej żartem, co zresztą było po nim widać - uśmiechał się nieco zaczepnie, dając sygnał, że z tym przymykaniem oka, to nie jest poważny. Po prostu nie wziął sobie jej słów zbytnio do siebie, bo wiedział co miała na myśli, jednak chciał zwrócić uwagę, by lepiej je dobierała.Ah tak, sztuczki. Mógł się spodziewać, że nie będzie zdradzać mu wszystkich tajników swojej pracy. Nie żeby podejrzewał ją o to, że może uważać go za potencjalną konkurencję, ale zwyczajnie byłoby to zbyt... nieostrożne. Nie tak od razu, nie gdy nie zostało zadane pytanie wprost. Taka odpowiedź nawet bardziej go satysfakcjonowała na ten moment, bo oznaczało... no tak jak powiedziała - że ma swoje sztuczki. A sztuczki zawsze były ciekawe, a ciekawość znów była największym wrogiem nudy.
I on posiadał swoje sztuczki, ale czy wpadał w trans podczas pracy? Zadarł głowę do góry, wpatrując się w sufit, zaś dłonią powoli gładził się po krawędzi szczęki, zastanawiając się jak to u niego wygląda. Pchało mu się na usta, że nie, że wręcz przeciwnie, ale czy była to najprawdziwsza odpowiedź? Cofnął się myślami do kilku ostatnich zamówień i zdał sobie sprawę z pewnej zależności.
- Nie do końca. - mruknął nieco nieobecny, jego wlepiony w sufit wzrok pozostawał zamglony jeszcze przez chwilę. - Czasami zapominam jeść, spać czy pić, ale gdy mam duże zamówienie, które jest niezbyt ekscytujące. - powiedział, wracając wzrokiem do Łowczyni. - Po prostu się wyłączam i pracuje. Jak zaklęty. - bo pamięć mięśniowa i doświadczenie robią swoje, nie musi być obecny myślami, nie musi martwić się o swoje umiejętności. Chodzi jedynie o pracę na akord. - Częściej aż przesadnie dbam o siebie, gdy mam naprawdę pasjonujący projekt. Chcę być w najlepszej możliwej formie, by moje potrzeby nie wpłynęły na jakość mych umiejętności. - odpowiednio wyspany, wypoczęty, najedzony i napojony. W takim stanie, w którym nie brakuje mu niczego, w którym jego proste, ludzkie ciało spełni formę narzędzia, za pomocą którego przeistoczy swoje zdolności w rzeczywistość. Od momentu projektowania, do ostatnich wykończeń - bo na każdym kroku dało się popełnić błąd, którego nie dało się później cofnąć. Nawet jeżeli dało się go naprawić, sprawić by nie był widoczny dla nikogo innego, oprócz samego Esmé. Ale, no właśnie, to Esmé był największym krytykiem własnego rzemiosła. Nie zadowalało go nic, co było poniżej jego umiejętności. A zdarzało się, że zmęczenie po całonocnej imprezie odbierało mu lotność umysłu przy projektowaniu następnego dnia. A alkohol i jego efekty ograniczały precyzję ruchów. Czasami nawet głupi ból pleców powodował, że musiał siedzieć w innych pozycjach, w których gorzej mu się pracowało. I to też wpływało na jakość. Musiał mieć idealne warunki, w których niczego mu nie brakowało, by tworzyć prawdziwe arcydzieła kaletnictwa. I nie tylko kaletnictwa.W żadnym wypadku nie żartował, gdy wychwalał jej umiejętności. Co prawda ich nie znał, ale jak już było to tłumaczone - Gerry nie miała powodu, by kłamać. Musiała być taka dobra, jak mówiła. I nie mógł szczerzej wyrazić się, niżeli wspominając, że umiejętności nie były dziedziczone. Dziedziczone mogły być predyspozycje, ale koniec końców, bez ogromu pracy, predyspozycje niczego nie znaczyły. Talent niczego nie znaczył, gdy nie stał za nim wysiłek. Niektórzy lubili o tym zapominać. Yaxleyowie w końcu słynęli z bycia łowcami, więc tak łatwo było zlekceważyć dziesiątki godzin pracy nad sobą, które Ger najpewniej miała za sobą. Po to, by spełnić te oczekiwania, by być właśnie tą Yaxley, o której ludzie myśleli - tak wspaniałą, jak oczekiwali. Bo sława stawiała oczekiwania. Każdy inny łowca mógł być nawet mierny i nikt nie zwróciłby uwagi, ale ona? Ona zwyczajnie nie mogła. Nie z tym nazwiskiem. Taka sława była jak klątwa i błogosławieństwo. To samo tyczyło się rzemiosła - będąc najlepszym, oczekiwano najlepszego. A samemu wyznaczało się gdzie "najlepsze" się znajduje. Banalne było ustanowienie poprzeczki tak wysoko, że ciężko było ją przeskoczyć.
- Wszystkie? - zapytał, uśmiechając się cwaniacko. Oczywiście wiedział, że to tylko takie słowa, że niezręcznie się poczuła, gdy została tak pochwalona, ale chciał żeby sobie coś pomyślała. Coś. Cokolwiek, bo skąd mógł wiedzieć co pojawi się w jej głowie, gdy zada pytanie czy spełni naprawdę "wszystkie" prośby. Cokolwiek by sobie pomyślała, jakkolwiek odrażającego, żenującego, śmiesznego czy wstydliwego, to tym lepiej dla Esmé. - Żartuję. Nie mówiłem tego, by coś zyskać. - co raczej nie było podejrzeniem, ale nie zamierzał prosić o cokolwiek więcej. Nie teraz, gdy już wyraził, że po prostu chciałby kiedyś udać się na polowanie. To by było na tyle z jego próśb, chociaż niezwykle kuszące byłoby przystanie na "wszystkie prośby". Te, wyuzdany czarodziej, miałby bardzo, ale to bardzo rzeczowe.Jakoś tak cieplej na serduszku mu się robiło, gdy widział jak Geraldine powoli czuje się w jego obecności coraz swobodniej. Że coraz cieplej się wypowiada, coraz mniej wstydliwie odpowiada na zaczepki. Było w tym coś niezwykle uroczego. Może właśnie dlatego, że kontrastowało z jej fachem - tak brutalnym, krwawym, niebezpiecznym. Sam Rowle też czuł się coraz swobodniej. Jasne, był nonszalancki, więc jaką różnicę mu to robiło? Otóż taką, że oprócz nonszalancji miał też garść zdrowego rozsądku, który przypominał mu, że nie powinien pozwalać sobie na zbyt wielką swobodę. Nawet jeżeli "filtrował" swoją osobowość bardzo niedbale, to wciąż zwyczajnie starał się zwracać uwagę na swoje zachowania, słowa i gesty. Ale stopniowo coraz mniej. Stopniowo zdawał sobie sprawę, że może rzeczywiście ich charaktery są całkiem kompatybilne i nawet jak będzie sobą w stu procentach, to ani jej nie urazi, ani nie zaszkodzi ich biznesowej relacji.
- Jak tylko mam ochotę? - kolejny raz powtórzył jej wypowiedź, ale jako pytanie. Ponownie obracał je przeciwko niej, ale o ile wcześniej było to na żarty, o tyle teraz zamierzał rzeczywiście skorzystać z okazji. Ordynarnie pokazywał, że coś kombinuje, że myśli jak mógłby ją nazywać. Jak najlepiej mógłby wykorzystać tę szansę. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, nawet wyszczerzył i na moment myślami odpłynął gdzieś. Więc jeżeli Ger protestowała, to nawet nie zwrócił na to uwagi. W końcu wrócił zmysłami na ziemię, wzdychając, i kręcąc głową na boki. - No tak, ciężko znaleźć ładniejsze określenie na tak wybitną kobietę, niż Geraldine, Ger, Gerry. - i wzruszył ramionami, oznajmiając ten wniosek swoich krótkich rozmyślań jak mógłby nazywać swoją współpracowniczkę. Z pewnością na coś wpadnie, na coś bardziej żartobliwego, lekkiego, ale do tego potrzebował czasu. Mógł być najsprytniejszy na świecie, a relacja między nimi najbardziej zażyła ze wszystkich pierwszych spotkań, ale nie dało się przeskoczyć faktu, że jeszcze jej nie znał. Nie na tyle dobrze. I nie dzielili wielu wspomnień.Beksa niedługo później zafundował mały pokaz pirotechniczny - taki, na jaki Smoczoogniki pozwalały sobie najczęściej. Drobne podpalenia wyjątkowo łatwopalnych materiałów. Dzikie, trzymane w klatce, strzelały iskrami na lewo i prawo, ale ten który teraz już spoczywał na barku Esmé był bardziej wychowany. Czuł się, jakby cała pracownia oraz, przede wszystkim, cały Rowle należał do jego terytorium. Nie musiał się bać, a jedynie walczył o uwagę, bo rzemieślnik, ku swemu nieszczęściu, przypadkiem nauczył Beksę, że wystarczy, że ten coś podpali, a cokolwiek by Esmé nie robił, to sobie przerwie, by zająć się niesforną jaszczurką. Ale przecież nie mógł zignorować ognia w swoim własnym warsztacie.
Ger oparła się o ladę, podobnie zresztą Czarodziej, lecz ten na wyprostowanych rękach - inaczej ich twarze byłyby nieco zbyt blisko. Zbyt blisko na komfortową rozmowę, niewystarczająco blisko na intymności. Zaśmiał się lekko, melodyjnie, po czym spojrzał na Beksę, odchylając głowę nieco na bok.
- Spróbowałby nie wybaczyć, to zrobiłbym z niego bransoletkę. - mruknął, wpatrując się w małego gada. Oczywiście żartował, nie miałby serca skrzywdzić Beksy w jakikolwiek sposób, chociaż paradoksalnie poprzez samo prowadzenie tej pracowni krzywdził inne magiczne zwierzęta regularnie. Istniała jednak różnica między swoim zwierzątkiem, a zwierzęciem. Tak czy inaczej, Smoczoognik odwzajemniał spojrzenie, wgapiając się w ciemne oczy Esmé, najpewniej przyglądając własnemu odbiciu w nich. - Z całym szacunkiem, Ger... - odezwał się w końcu, przenosząc wzrok na jasnowłosą. - ...ale wydaje mi się, że nie podołasz temu wyzwaniu. - mówił zaskakująco poważnie, chociaż była to oczywiście tylko gra. To znaczy, mówił szczerze, ale specjalnie chciał zabrzmieć tak, jakby chodziło o coś więcej, niżeli tylko nie kradnięcie uwagi Beksie. - Beksa towarzyszy mi całymi dniami i nocami od naprawdę dawna. Jakkolwiek intrygującym stworzeniem by nie był, tak stanowisz dla niego zbyt poważną konkurencję. Nie często mam okazję porozmawiać ze wspaniałą łowczynią o uroczym, ale charakternym usposobieniu, która odznacza się urodą jakiej nie sposób mi zignorować. - w dużym skrócie wyjaśnił jej sukces w jego oczach. Wyjaśnił dlaczego ją tak chwalił bez zostawienia pola na domysły. Po prostu wyjaśnił - miała niezwykle intrygujące umiejętności, była słodka, ale z pazurem i czy tego chciała czy nie, tak wpadła w oko Esmé. - Chyba musi się pogodzić, że nie ma z tobą szans, gdy chodzi o moją uwagę. - ponownie przeniósł wzrok na stworzonko, które zajmowało się sobą - ocierało swój pyszczek o ubrania rzemieślnika, ścierając z siebie drobinki kurzu, które się przykleiły do jego drobnych łusek. - Za to nikt nie ma z nim szans w kwestii prędkości pożerania much. - bo Smoczoognik oczywiście nie był roślinożercą. Żywił się wszelkiego rodzaju owadami i robakami, które były odpowiednio małe, by mógł je wpakować na raz do pyszczka. Nocturn miał ten swój plus, że tutaj śmierdziało, a gdzie smród, tam i robactwo, więc Beksa miał zajęcie. Był łowcą, ale polował na znacznie mniejszą "zwierzynę" niż Ger. Ale nie tylko polował, bo robił to głównie dla zabawy. Był rozpieszczoną miniaturową jaszczurką, która była karmiona codziennie. Nie musiał się starać.Zaśmiał się, gdy został oskarżony o doświadczenie. Po części tak, zgadzał się, miał doświadczenie w gaszeniu drobnych pożarów jakie wywoływał jego uskrzydlony towarzysz, ale zgaszenie żaru palcami nie miało wiele z tym wspólnego. Teraz się zbliżył nieco bardziej do lady, więc byli bliżej siebie, ale być musieli, bo Esmé położył na blacie dłonie wewnętrzną stroną do góry, wskazując nie mnogość, a wielkość odcisków. Kiedyś może i było ich dużo, ale teraz łączyły się ze sobą, tworząc jedne wielkie odciski. Kiedyś cztery osobne, a teraz jeden wielki u podstaw palców. Można było wymienić jeszcze ze dwie takie plamy - wskazujące na trzymanie w dłoni jakiegoś podłużnego narzędzia, najpewniej z trzonkiem. Zwyczajne odciski kogoś, kto pracuje dłoniami i narzędziami. Bardziej nietypowe, bo pewnie widywane u... prawie nikogo, były te trzy odciski - po jednym na każdym opuszku palca. Wskazujący, środkowy, kciuk. Te były od trzymania igły lub krótkiego ostrza-skalpela. Ledwo widoczny był też odcisk na boku palców wskazujących - od strony zewnętrznej, od góry. Tych znów dorobił się od trzymania skóry i wciskania ćwieków.
- Doświadczenie, ale w rzemiośle. - wyjaśnił, a przynajmniej według niego wyjaśnił, bo tak prawdę mówiąc było to fatalne wyjaśnienie, w którym Ger musiała się domyślać o co chodzi.
[a]Schował dłonie, a zamiast tego pokazał projekt... czegoś. Czegoś, co raczej zostało szybko rozpoznane przez Geraldine, co akurat nieznacznie zaskoczyło samego Esmé. Nie podejrzewał, że... wiedziała o takich zabawach. A jednak. Tak czy inaczej, roześmiał się lekko, gdy wyraziła oczekiwanie, że to jednak nie dla ludzi, a dla jakiegoś magicznego konia.
Esmé zabrał drobny projekcik, bo przekazał już swoją myśl - miał naprawdę nietypowe zamówienia od najbardziej nietypowych klientów. Różni byli ludzie, ale Rowle ich nie oceniał. Nie w ten sposób. To dzięki nim miał pracę, dzięki nim miał zajęcie. I nie traktował wcale gorzej zamówień tego rodzaju. Nawet najdziwniejsze przedmioty musiały być na wyżynach jego rzemiosła.
- Widzisz, Ger, moja urocza łowczyni... - zaczął, ale... do czego zmierzał? Zdawał się być dziwnie zadowolony, dziwnie dumny z siebie, gdy rozpoczął te słowa. - ...potrzebuję trzech rzeczy, by się czymś zająć. - w tym momencie uniósł dłoń z wystawionymi trzema palcami. - Materiałów, to oczywiste. - schował kciuk. - Umiejętności, bo nie podejmę się tworzenia czegoś, czego zupełnie nie potrafię. - schował palec środkowy, zostawiając wystawiony tylko wskazujący. - I powodu. - uniósł ten palec nieco wyżej i wydawało się, że kwestia tego czym się zajmuje jest wyjaśniona. W końcu szycie "takich rzeczy" według niego nie było wcale uwłaczające. W tym też tkwiło piękno, to też wymagało umiejętności, to też było rzemiosłem. Opuścił dłoń i oparł się łokciem o ladę, stojąc teraz nieco bokiem do samej Ger. Blisko, wystarczająco blisko, by Beksa zapomniał o swoich drobnych uprzedzeniach wobec Łowczyni i przeskoczył na jej ramię, najpierw wpatrując się w nią, w jej reakcję. Stworzonko trochę bało się, nie było pewne, ale... jeżeli tylko na to pozwoliła, to Smoczoognik zaraz zaczął... łapać w pyszczek jej włosy targając je, niczym krokodyl próbujący wyszarpnąć mięso ze swej ofiary.- Beksa. - warknął Rowle dziwnie groźnie, dziwnie poważnie, a jaszczurka zastygła na chwilę, powoli spoglądając na swego właściciela. Nie wiadomo było czy zrozumiała co miał na myśli, czy zapomniała o swojej poprzedniej zabawie, ale zaraz puściła kosmyk włosów i zaczęła się przechadzać po ramieniu panny Yaxley, przeskakując jej po obojczyku, może nawet biuście, by zaraz znaleźć się na drugim ramieniu, poznając nowe tereny.
- Zaspokoisz moją ciekawość? - zapytał, ale tak jak często to robił - nie dał jej chwili na odpowiedź. - Czego używasz do polowania? Tylko magii? A może zastawiasz jakieś pułapki, sidła i przynęty? Albo wręcz przeciwnie, ruszasz z bronią w ręku na starcie? - bo polować na magiczne stworzenia można było różnie. Można było zatruwać pokarm lub faszerować specyfikami, które ułatwią dokonanie decydującego ruchu. Można było wabić je do pułapek czy sideł, które wykonywały za nas robotę. Metod mogło być naprawdę wiele i każda z nich mówiła coś na temat samego łowcy. Na temat jego podejścia do całego polowania, siebie, swoich umiejętności, a Esmé nawet arogancko uważał, że będzie w stanie powiedzieć w ten sposób coś więcej o samym usposobieniu i światopoglądzie polującego. W tym pytaniu tkwiła też niewypowiedziana intencja stworzenia czegoś, co pomoże Gerry w przyszłości. Zrobienie jej małego prezentu, który będzie też swoistym świadectwem umiejętności rzemieślnika, ale też samego umysłu. Bo w byciu rzemieślnikiem połowa sukcesu, to posiadanie niezbędnych zdolności, które są na wystarczającym poziomie. A druga połowa sukcesu to projekt i pomysł. Bycie rzemieślnikiem, poniekąd, było jak bycie wynalazcą. Poniekąd.